Ciałopozytywność | Więcej niż tylko hashtag

Ciałopozytywność | Więcej niż tylko hashtag

Czyjeś ciało to nie twój problem.

Żyjemy w kulturze, w której uważa się, że absolutnie wszystkie ciała wymagają jakichś napraw – do tego stopnia, że przeprowadzenie normalnej dyskusji na temat ciałopozytywności z „ludźmi z internetu” wydaje się zwyczajnie niemożliwe.

Kiedy opublikowałam wpis o częściowej rezygnacji ze stanika, w komentarzach zawrzało. Wiele kobiet potraktowało ten wpis bardzo osobiście. Pojawiły się głosy, że biust bez stanika w przestrzeni publicznej jest „niesmaczny”, a także inne dowody na to, że wiele osób zbytnio przejmuje się ciałami ludzi wokół nich. Co najmniej kilkanaście razy mruknęłam pod nosem: „czyjeś ciało to nie twój problem”. Uderzyło mnie wówczas, ile warunków musi spełnić czyjeś ciało, abyśmy mogli podejść do niego jeśli nie pozytywnie, to chociaż neutralnie. Zastanowiło mnie, ile osób spośród tych, które walczyły o staniki na ciałach innych, przyklasnęło akcji #ciałopozytywne…

Ciałopozytywność to codzienne działanie

Ciałopozytywność to więcej niż hashtag. Ciałopozytywność to codzienne działanie. To codzienne wychodzenie z domu i opieranie się potrzebie ciągłego „naprawiania świata”, czyli poprawiania innych oraz dyscyplinowania siebie. To świadomość, że jednym z aspektów funkcjonowania w ciałonegatywnej kulturze jest postrzeganie osób, które cieleśnie w jakiś sposób odstają od normy, jako głupszych, niewartych uwagi, niegodnych pożądania i namierzanie tych poglądów u siebie, oddanie się refleksji, jak na nas wpływają, a następne niepozwalanie im, aby wpływały na nasze codzienne decyzje i sposoby komunikowania się z innymi ludźmi. Bardzo trafnie podsumowała to czytelniczka w komentarzu pod tym wpisem:

Dla mnie ciałopozytywność czy ciałoneutralność jest bardzo ważna w kontekście moich przekonań. Jestem feministką, jestem za równouprawnieniem i dość szybko wywalczyłam akceptację i sympatię dla swojego nienormatywnego ciała (nadwaga, choroba genetyczna skóry). Ale… złapałam się na tym, że oceniam i w swojej głowie mówię ludziom, jak mają wyglądać. I się tego oduczam, Szczególnie, że wkrada się to we mnie pod płaszczykiem uprzejmości. Współpracownica miała bardzo gęste, szerokie brwi – „Kurde, mogłaby je wyregulować, uczennice na pewno ją obgadują, wyglądałaby o wiele lepiej”. Shame on me! Za drugim razem dyrektorka założyła bardzo luźną sukienkę lnianą, taką do ziemi, jak szata czarodzieja – „Jeju, co ona na siebie założyła, przecież zawsze tak świetnie się ubiera, w tym w ogóle nie widać jej figury”. Sama sobie kazałam się odpierdzielić.

Jak więc widać – uczenie się ciałoneutralności/pozytywności to proces, trudny proces, w którym oduczamy się oceniać siebie, ale też innych.

Every body is a beach body… czy jakoś tak

Założenie stroju kąpielowego i wyjście na plażę nie powinno być aktem odwagi. Z jakiegoś powodu jednak uważamy własne ciała za niebezpieczne miejsca, które nie uchronią nas przed systemową ciałonegatywnością. Na dodatek wydaje nam się, że inni ludzie mają takie same doświadczenia. Przyznaję, że dziwnie czuję się w świecie, w którym pokazanie się w stroju kąpielowym odbierane jest jako odwaga, podobnie, jak wyeksponowanie ciała odjętego lub dodanego. Bo ciałopozytywność to nie tylko walka o większą reprezentację rozmiarów i różnych typów budowy ciała, to też zabieganie, aby na równi prezentowane były ciała z niepełnosrpawnościami, w różnym wieku, o różnych kolorach skóry, a także ciała, które nie zawsze da się kochać, bo zawodzą one swoich posiadaczy i posiadaczki, np. z powodu dysmorfii lub dysforii.

Pianie z zachwytu, że ktoś jest odważny, bo decyduje się pokazać w internetach (czy gdziekolwiek indziej) nieidealne ciało jest antyproduktywne, ponieważ zakłada, że każdy doświadcza takiego samego lęku, projektuje więc, jak powinny czuć się osoby z określonym typem cielesności. Zwracamy więc uwagę tylko na tę jedną, nieidealną cechę, wyolbrzymiając jej znaczenie. Zwłaszcza, że ta cecha pewnie nie jest sexy, raczej jest „normalna” i powszechna, jak cellulit i brak wyrwy między udami.

Załóżmy więc, że jako nieidealna osoba chcę zrobić sobie seksowne zdjęcie, bo czuję się seksownie i chcę podzielić się tym ze światem. Publikuję je więc na Instagramie lub innym medium społecznościowym. Następnie kilkanaście, kilkaset, może kilka tysięcy osób mówi mi, jaka jestem odważna, bo potrzebujemy więcej „prawdziwych kobiet” i ich reprezentacji. Zapewne tylko kilka z nich zauważy to, co chciałam pokazać – że jestem i czuję się sexy. Nic więcej. Chciałabym mieć kontrolę nad tym, aby moje ciało w przestrzeni publicznej lub wirtualnej nie było manifestem czegokolwiek.

Akceptacja dla różnorodności nie nastanie, jeśli będziemy skupiać się wyłącznie na pojedynczych manifestach. Ona nastanie dopiero wtedy, kiedy zaczniemy wymagać i przestaniemy bać się różnorodności i jej reprezentacji wszędzie – w mediach, miejscach pracy, w rozrywce.

Ciałopozytywność jako narzędzie sprzedaży

Nie możemy też zapominać o jeszcze jednej ważnej rzeczy. Dla wielu marek – kosmetycznych, lifestylowych, odzieżowych – ciałopozytywność lub, jak kto woli, ciałoinkluzywność, to w absolutnej większości nie manifest chęci podążania w konkretnym kierunku i zapowiedź totalnej zmiany. Zazwyczaj jest to chęć sprawdzenia, jak dana kampania marketingowa zadziała, czy konsumenci i konsumentki „zagłosują” swoimi pieniędzmi i jak pokazanie modelek i modeli o różnych modelach cielesności przełoży się na sprzedaż. Jeżeli z jakiegoś powodu ten chwyt nie zadziała, działania nie będą kontynuowane, proste. Warto o tym pomyśleć następnym razem, gdy jakaś marka zaangażuje do kampanii reklamowej „prawdziwe kobiety” i „prawdziwych mężczyzn”, oraz jak konsekwentna będzie w swoich działaniach.

okładka wpisu: fuckyouverymuch