• 50 Shades of Pale

    Grey jest wykastrowany do poziomu erekcji, na którą nasuwa nowe gumki, jest jedynie „prętem stali ukrytym w aksamicie”. Chwila, są przecież klapsy. Przecież o klapsy, nie o fiuty, tutaj chodzi.

    Czyli: jak Katarzyna Frank bladła co raz bardziej.

    Przeczytałam. Nie będę ściemniać, że musiałam z racji pisanej przeze mnie literatury. Chciałam. Miałam chętkę na niegrzeczną książkę. Starałam się panować nad chętką, jako że choruję na nadmierne budowanie oczekiwań wobec popkultury. Po trzydziestu latach jej pochłaniania wiem, czego chcę. I zazwyczaj tego nie dostaję. Na szczęście istnieją dobrzy rzemieślnicy czerpiący satysfakcję z najprostszych rozwiązań i chwała im za to. Na to właśnie liczyłam sięgając po rzekomo pornograficznego klocka. Chciałam zabawy, chciałam łaskotek w mózg i krocze. Niestety, w przypadku Fifty Shades of Grey, tak, tak, Mister Grey tak samo, jak w Secretary!) mamy do czynienia ze sprytnym oszustwem. Poziom „pornu w pornie” jest zastraszająco niski. Dałam się złapać na marketingową otoczkę. Nastawiłam się na pop soft porn, czyli miękką pornografię spod znaku dominacji (dominance/submissive, czyli o stopień bliżej do waniliowego seksu niż BDSM), po prostu – rozrywkę erotyczną dla dorosłych. Dostałam harlequinowe odchrząkiwanie w stylu Zmierzchu. 50 Shades of Grey jest wciąż bardzo, bardzo Zmierzch. Nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że to pierwsze fanfiction, które sprzedało się w milionach egzemplarzy. 50 Shades… jest produktem zaprojektowanym pod pokolenie Twilight, które wyrasta z wampirów, dojrzewa (biologicznie, niekoniecznie intelektualnie) i zaczyna interesować się seksem. Dominacja jest tylko wabikiem, zapowiedzią pikantniejszych, egzotycznych wybryków, które nie następują. Czekałam przez te setki stron na perwersje, na kombinacje, na fikołki, na soczyste lanie w dziewicze pośladki i błyszczące narzędzia tortur. Akcja zaczyna się dopiero na 113 stronie (całowanie w porno się nie liczy). Jest parę nieśmiałych klapsów, ale to zdecydowanie za mało. Gdzie to sado-maso? Ja, miłośniczka erotycznych perwersji pop, ani nie dowiedziałam się niczego nowego, ani nie zaspokoiłam podstawowych apetytów. Grzęzłam tylko w kliszach, popłuczynach i werbalnym anturażu. Zły pornos to taki, w którym bardzo dużo mówi się o erotycznych rytuałach, ale nie poddaje się im bohaterów. BDSM pojawia się w 50 Shades… jako afrodyzjak albo straszak. Mister Grey wciąż obiecuje, wylicza, sporządza listy, straszy i nic z tego nie wynika, tylko obiecanki-cacanki. Przypomina to podejście erotomanów gawędziarzy, którzy opowiadają o erotycznych ekscesach, zdobywając wiedzę od Cioci Wiki lub Wujka Gugla.

    Zerżnę cię w usta, dobiorę ci się do tyłeczka, och, te wszystkie świństwa, które będę z tobą wyczyniał, Anastazjo, tyle mogę cię nauczyć, tyle mogę ci pokazać… No i? No i na gadaniu się kończy. Kulki waginalne rzucone na zachętę nie wystarczą. To, co dzieje się między parą (czy pary nie są już przypadkiem passé?) głównych bohaterów nigdy nie wykracza poza sferę harlequinów w stylu Red. Tak, tak, zeszłego deszczowego lata, w biblioteczce nadmorskiego pensjonatu, robiłam badania. Sfera erotyczna harlequinów nie ma przede mną tajemnic. Rozpoznaję bezbłędnie ten smrodek zalatujący wodą kwiatową Pani Walewska i papierosami typu Vogue. Nie mam nic przeciwko harlequinom. Uważam, że są potrzebnym katalizatorem, ułatwiają sublimację popędów. Tylko harlequina powinno się sprzedawać jako harlequina. Nikt nie nazwie czerwonego, bardziej odważnego romansu pornosem. I to jest mój główny zarzut. Brak pornografii BDSM w produkcie, który jako taki się promuje.

    Świetny marketing to najmocniejsza strona 50 Shades… Z relacji medialnych wynika, że para bucha z majtek, baterie w wibratorach siadają po 100 stronach, że czerwienią się dziewczęta w środkach komunikacji miejskiej lub męskiej. Oto nadeszła era, w której kobiety odważnie sięgają po pornografię (której de facto nie ma). Z nadzieją, że mnie również przypiecze odrobinkę między piegami, zaryzykowałam i wyczekiwałam rumieńców. Gdzie tam. Zbladłam tylko. Nie chce mi się wierzyć, że masowa wyobraźnia kobiet na całym świecie może być tak płytka, tak skostniała w przyzwyczajeniach i kliszach. Czy naprawdę pragniemy tylko tyle? To ma być uniwersalna fantazja? Czy nasza odwaga kończy się tam gdzie literatura pensjonarska się zaczyna?

    50 Shades… jest szkodliwą książką, tak jak za szkodliwą uważam każdą literaturę pensjonarską. Szczytem jest oczywiście Zmierzch, kastrujący nastoletnie pożądanie w zamian za obietnicę wiecznego życia w czystości… ekhm… tzn w miłości. Główna bohaterka 50 Shades… w niczym nie różni się od Belli, jest równie bezbarwna, pozbawiona indywidualnego rysu i osobowości. Równie mocno gardzi sobą i swoją cielesnością, dopóki nie pojawi się przybladły Adonis, konstytuując istnienie jęczącego dziewczęcia. Bella bez Edwarda znika/zanika tak samo, jak Anastazja nie istnieje poza Greyem, który nie jest tylko częścią składową jej życia, ale samym życiem.

    50 Shades… umacnia mit dopochwowego, natychmiastowego orgazmu (wielokrotnego dodajmy), ale bez opisu narządów płciowych. Buduje zafałszowany obraz BDSM, przemycając guglowe prawdy jako warunki negocjowane za pomocą maili (czy literatura pensjonarska może obyć się bez prozy epistolarnej?), spisując w listy rytuały, ale nie opisując ich samych. Mamy do czynienia ze stłumionym seksem, gdzie mężczyzna całkowicie odpowiada za kobiecy orgazm i wydaje na niego przyzwolenie. Anastazja, zdana na łaskę partnera, ani razu nie przygląda się dokładnie genitaliom Greya, opisując tylko doznania, nie zaś fizyczność. Jądra? Włosy łonowe? Żołądź? Sperma? Zapomnij…

    Grey jest wykastrowany do poziomu erekcji, na którą nasuwa nowe gumki, jest jedynie „prętem stali ukrytym w aksamicie”. Chwila, są przecież klapsy. Przecież o klapsy, nie o fiuty, tutaj chodzi. No… są klapsy. Ale co to za klapsy otrzymane po długim targowaniu się, klapsy które nie owocują refleksją czy nauką, ale szlochami i płaczem w poduszkę. Dominacja bez dominacji. Submissive pociągająca nosem. Oh my…

    Nowoczesna kobieta zasługuje na coś więcej niż tylko model seksualności z kosmosu, z niemodnej już, obrośniętej stereotypami Venus. Anastazja nie masturbuje się. Na pytanie o uprawianie miłości własnej reaguje oburzeniem. Nie ogląda swojego krocza w lustrze. Nie eksperymentuje sama ze sobą. Nie jest samej siebie ciekawa. Anastazja swój pierwszy orgazm w życiu osiąga za pomocą… uwaga… za pomocą pieszczot sutków. Odnosząc się do własnych doświadczeń, przyznaję, że przez piętnaście lat aktywności seksualnej nigdy nie udało mi się dojść w ten sposób (ba, czasami w ogóle nie dochodzę). A tutaj, pierwszy raz w życiu na golasa przed kochankiem i proszę, wham, bam, thank you madame. Wszystkie pieszczoty, czy to stymulacja manualna, czy oralna, nigdy nie stanowią sytuacji erotycznej samej w sobie. Są wtórne, są jedynie przygrywką, przed tym, czego Anastazja naprawdę pragnie. Palec to za mało, język nie wystarczy, to tylko tortury, gra wstępna.

    Anastazja wielokrotnie błaga o penetrację, bo tylko penetracja liczy się jako prawdziwe, mocne doznanie. Tylko orgazm pochwowy zakańcza akt seksualny. A jeśli orgazm pochwowy, to oczywiście automatyczny, niemal za każdym razem wielokrotny. Z procy prosto do gwiazd. Szast, prast i orgazm. To tylko soft porn, wiem, ale 50 Shades… ma ambicje realnego ujęcia nowoczesnego erotyzmu. Są kondomy, badania lekarskie, Grey nie brzydzi się ani krwi miesięcznej, ani tamponów. Są nawet jakieś tam gadżety erotyczne, kulki i palcat, jakieś niezdarne próby manipulacji zmysłami. Więc jeśli już sprzedajemy bohaterkę z zamysłem erotycznej wiarygodności, to nie wyposażajmy jej w spust między nogami. XXI wiek, a mit supremacji pochwowego orgazmu i kobiety, która nie jest odpowiedzialna (nie chce być?) za swój własny orgazm, ma się świetnie.

    Nie będę narzekała na konsumpcyjną stronę i nachalne, ekonomiczne insygnia władzy. Niemal nie wspomnę maca, blackberry i audi. Wyposażenie księcia na białym koniu przez wieki niewiele się zmieniło, zmieniają się tylko marki. Zaczynam blednąć i zgrzytać zębami dopiero, gdy zdaję sobie sprawę, że fantazja o tym, żeby nie robić nic, tylko leżeć, pachnieć i tarzać się w luksusie (bo do tego sprowadza się uprzedmiotowienie w stylu 50 Shades…) sprzedaje się w milionach egzemplarzy. Ale to infantylność języka trylogii napawa mnie realną grozą.

    Byłam przekonana, że TAM (cipka) i TO (fiut) to efekt braku erotycznych doświadczeń Anastazji. Liczyłam, że język będzie dojrzewał razem z bohaterką, wzbogacał się w miarę zdobywania kolejnych lekcji i poszerzania dyscypliny. Niestety, organy płciowe czy deskrypcje czynności erotycznych pozostaną już zawsze w konwencji mglistego opisu. Skoro Anastazja nie uczy się i nie poznaje empirycznie, tylko leży i wije się w pościeli/w wannie/na biurku/w domku na łódki, to jak język opisu seksualności może się zmieniać? Anastazja zatrzymuje się na etapie „wsadzania” i „pieszczenia”, w reakcjach typu: oh my… i wow czy jeez. Taka konwencja w harlequinie, rozumiem.

    Jestem trochę rozgoryczona, jak to furiat pasjonat. Chciałam podgrzewania krwi i parujących majtek. I na poziomie marketingu tak właśnie jest. Stada kobiet czytają pornografię, mówią o swojej seksualności, eksperymentują (mam nadzieję, że nie z BDSM bo wtedy mogą się (nie)przyjemnie rozczarować). 50 Shades… składa obietnicę, razem z cyrografem, który wyciąga spod łóżka Grey, zaraz po tym jak skończy grać Bacha, przy świecach i z gołym torsem. Atmosfera powinna rosnąć. Powinna pęcznieć. Niestety. Podróż kończy się tam gdzie się zaczyna. Na zaspokajaniu. Kogoś lub o coś. Tylko jeden partner jest aktywny. Anastazja leży i doznaje, a automatyzm orgazmu wynosi ją na wyżyny. Nie musi robić nic. Musi tylko trzymać ręce przy sobie. Podmiot i obiekt uprzedmiotawiają się nawzajem. Stłumione pożądanie nie rozwija się. I to naprawdę nie ma nic wspólnego z perwersyjnymi eksperymentami ze zmianą pozycji władzy. Dominacja jest pretekstem dla seksualnego lenistwa i bezradnej bierności.

    Dlatego gdy czytam, że ta książka ma wyzwalającą dla kobiet moc, staram się zrozumieć. Myślę, wyzwalającą – nie. Ośmielającą – tak. Niektóre z nas potrzebują ośmielenia. Ośmielenia, by chociaż marzyć. Nie będę piętnować ani wyśmiewać oczywistych elementów, które działają od wieków na niewieścią wyobraźnię. Postaram się nie mądrzyć, jak to na intelektualnego burżujosnoba przystało: „wiedziałam, że to jest złe, ale nie wiedziałam że aż tak”. Powiem tylko, że można lepiej. Bardziej. Świeżo. Nowocześnie. Kiedyś zasłużymy sobie na pornograficzną bohaterkę z krwi i kości. Taką, co nie zawsze dochodzi, brzydzi się nieobrzezanego penisa, po pierwszym razie ogląda się przez godzinę w lusterku i czuje dziwną pokusę wobec pachnącego seksem łóżka współlokatorki. A może i nie? Może prawdziwe kobiety nie podpalają zbiorowej wyobraźni? Może podnieca nas tylko takie porno, które nie niesie ryzyka, Disney porno do powtórzenia tylko w Disney zamku? Może my nie chcemy seksu z wyobraźnią i przytupem? Może rzeczywiście chcemy tylko leżeć i pachnieć, z książką w łóżku?

    Katarzyna Frank: blogerka, pornografka, puszczalska. www.lipshitblog.blogspot.com

    This article has 2 comments

    1. Demonia wrote:

      Lubisz soft pop porn? Zajrzyj do Kasi Kropki :)
      Polecam Ci też serię „Osiemdziesiąt dni…” – niezwykle wciągająca, zawierająca opisy PRAWDZIWEGO bdsm :D

    2. Naga wrote:

      pierwsza część trylogii, to tylko wstęp. ja też narzekam na więcej gadania, niż rzeczywistych akcji i przez pewien czas frustrowalam się, czemu autorka nie przedstawiła Grey’a z jedną z „pietnastu”. nie wiem, widocznie miała w tym pewien zamysł i z niecierpliwością czekam na (przetłumaczone) kolejne części. bo mi się mimo wszystko ten wstęp podobał. mimo, że bohaterka infantylna (nieskomplikowana, każdy jest w stanie poczuć się w jej skórze, zrozumieć, co czuje w danym momencie), a Grey nierzeczywisty („popierdolony na 50 sposobów”, nie idzie go zrozumieć, stanowi tajemnicę, niby jest ostry, ale tak łatwo z tego rezygnuje, bo „nagle” ma uczucia). właśnie to daje pole do fantazji. bezpiecznych, pozostających w mojej głpwie. bo czy zachęca do spróbowania czegokolwiek w łóżku? póki co zniechęca, bo bohaterka ciągle płacze, że boli i cały czas się czemuś sprzeciwia – tyle z jej „uległości”. liczę na to, że w kolejnych częściach v
      będzie mniej harlequina, więcej BDSM porno, bo na to się nastawiałam, zasiadając do tej serii.

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr