• Dlaczego chciałabyś być striptizerką?

    Kluby ze striptizem to chyba jedna z najbardziej niewinnych odmian seksbiznesu. Jak udowodniła dziewczyna o pseudonimie Menagerii, to praca niezwykle dochodowa – by zamknąć usta wszystkim, którzy krytykowali jej dorywcze zajęcie, opublikowała zdjęcie napiwków zebranych jednego dnia: łącznie 3345 dolarów.

    Amerykanka z Atlanty, studentka koledżu, chwali sobie to zajęcie jako idealne dla dziewczyny, która wciąż się uczy – coś w sam raz przed podjęciem „dorosłej” pracy. Uwieczniwszy na fotografii zgromadzoną przez dwie zmiany kolekcję zielonych, stwierdziła, że to argument na przyszłość w dyskusji z każdym, kto zapyta ją, jak w ogóle jest w stanie pracować w nocnym klubie. W końcu to taka degradująca sprawa dla każdej kobiety, prawda? A właśnie, że guzik prawda.

    $ 3345

    $ 3345 – dzienny zarobek Menagerii

    W żaden sposób nie potępiam striptizerek czy innych pracowników przemysłu dla dorosłych. To świat dużych pieniędzy i raczej krótkich karier. Choć w przypadku Menagerii zarobek rzędu trzech tysięcy dolarów był raczej złotym strzałem (jak przyznała, przeciętnie otrzymuje od 500 do 1500 dolarów za wieczór), wielu z nas takie pieniądze ogląda tylko na zdjęciach półnagiego agenta Tomka ze sławetną walizką.

    Menagerii wskazała jednak inny aspekt pracy striptizerki, najbardziej dyskusyjny: w tej branży nie ma stawek godzinowych – to tancerka musi zapłacić klubowi, który ją zatrudnia (u niej jest to kwota 35 dolarów, niedawno podwyższona do 45 dolarów), plus odpalić 10% DJ-owi.

    I to jest według mnie największy przejaw seksizmu i nieuczciwości. Kto z nas chciałby płacić, by móc pracować? Kto z nas chciałby w ogóle pracować w miejscu, w którym musi płacić, jak to się często zdarza, za scenę, z którą w pakiecie otrzymujemy chamskie odzywki menedżerów i innych członków załogi (o klientach nie wspominając)? Przecież DJ nie dzieli się swoim zarobkiem za zapewnianie podkładu muzycznego (pomijając, oczywiście, kwestię ZAiKSów i tym podobnych). Barman nie płaci za to, że może nalewać drinki. Organizator imprez nie płaci za realizowanie swoich pomysłów. Dlaczego więc striptizerka musi płacić?

    Bo w klubach ze striptizem taki system to norma. Dziewczyny otrzymują kontrakt „niezależnego wykonawcy”, nie są więc traktowane jako pracownice, ale jak ktoś „wynajmujący scenę”. Nawet wtedy, gdy tancerka związana jest na wyłączność tylko z jednym klubem, figuruje w umowach jako ktoś z zewnątrz. Wówczas też nie ona decyduje o swoich zmianach, tylko dostosowuje się do ustalonego grafiku. Striptizerki nie więc mogą założyć związku zawodowego tancerek egzotycznych, bo tego typu kontrakty (o ile w ogóle są z nimi podpisywane) im to uniemożliwiają. A pieniądze za zmianę wpłacić muszą, niezależnie od tego, czy klientela dopisuje, czy nie. Menagerii i tak jest szczęściarą, uiszczając tylko dwie opłaty. Inne kluby żądają jeszcze napiwku dla ochrony, barmana, zdarza się, że i dla menedżera zmiany. I to nie dlatego, że w lokalu ogólna bieda – większość liczy sobie za wstęp, szatnię, towarzystwo hostess, a drinki są przeważnie o 100% droższe niż w regularnych klubach. Niektórzy mogliby się zżymać o nieodprowadzanie podatków. Otóż, oczywiście, tancerka powinna zapłacić podatek od dochodów, jak każdy, kto podejmuje się pracy objętej umową. Niestety, ten biznes jest tak mglisty, że gwarantuję, iż kluby prowizji od tancerek nawet nie wliczają w swój oficjalny obrót.

    Paradoksalnie lokale nocne mają w kwestii płac wiele wspólnego z gastronomią. Kto kiedykolwiek kelnerował, wie jak niskie są stawki godzinowe, a jak wysokie są tipy. Restauratorzy wiedzą, że kelnerowanie wiąże się z napiwkami, więc godzinówki lub pensje rzadko kiedy są wyższe niż najniższa stawka. Kluby zaś, wiedząc, jakimi pieniędzmi się w nich obraca, nie widzą kompletnie potrzeby płacenia osobom, które właściwie stanowią esencję danego miejsca. A uniform do pracy też trzeba sobie zapewnić samemu.

    Jeżeli kogoś zdjęcie ponad trzech tysięcy dolarów skusiło, niech najpierw ochłonie, zanim zgłosi się do lokalnego strip-klubu. Do tej pracy naprawdę trzeba mieć osobowość i siłę (bo niekoniecznie ciało modelki czy zaawansowane umiejętności taneczne).

    Więcej o kulisach pracy w seksbiznesie przeczytasz w felietonie mojego autorstwa w najnowszym numerze magazynu Fuss (dostępny online od 24 maja).

    [grafika wpisu via]

    This article has 1 comments

    1. […] moja dorywcza praca modelki (do zajęć z croquis) to forma niewolnictwa, zrobiłabym to samo, co jedna ze striptizerek, która postanowiła zamknąć usta krytykantom jej dodatkowego zajęcia – pokazałabym moją […]

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr