• Idę, idę, a dojść nie mogę | Anorgazmia

    Wiele kobiet, w szczególności młodych i dopiero wchodzących w życie seksualne, doświadcza przypadłości zwanej anorgazmią, czyli niemożności osiągnięcia orgazmu solo oraz z partnerem/partnerką.

    Zanim jednak porozmawiamy o anorgazmii, zdefiniujmy czym jest orgazm. W powieściach, filmach i czasopismach dla kobiet opisuje się go jako „Wielkie O”, zjawisko porównywalne do trzęsienia ziemi lub latania. A w najprostszym ujęciu, orgazm jest po prostu reakcją fizjologiczną organizmu na przyjemną stymulację seksualną, więc sposobów jego doświadczania jest tyle, ilu jest ludzi uprawiających seks (zresztą sam orgazm „powstaje” w mózgu…). Orgazm może być dla danej kobiety tylko czknięciem, podczas gdy dla innej będzie czymś obejmującym całe ciało. Z braku takiego rozróżnienia, jedyne, o czym mówi się kobietom w kwestii orgazmu, to: „Będziesz wiedziała, kiedy to przeżyjesz”. W efekcie okazuje się, że wiele kobiet szczytuje, nie wiedząc, że szczytuje, bo czeka na rozstępowanie się niebios, kiedy ich orgazmy to po prostu krótkie czknięcia przyjemności.

    I tutaj mamy też pewien paradoks, bo presja „Wielkiego O” sprawia, że więcej kobiet woli udawać orgazmy niż autentycznie je przeżywać.

    Czym jest anorgazmia?

    Zacznijmy od tego, że istnieją dwa rodzaje anorgazmii – pierwotna, dotykająca kobiet, które nigdy w życiu nie doświadczyły orgazmu, oraz wtórna – występująca u tych osób, które z różnych powodów na pewnym etapie życia tracą zdolność do przeżywania orgazmów, choć pojawiały się one wcześniej. Anorgazmią nie jest sytuacja, w której dana kobieta po prostu nie osiąga orgazmu w wyniku danego rodzaju stymulacji, na przykład pochwowej, podczas gdy inny (na przykład stymulacja łechtaczkowa) sprawia, że bez problemu szczytuje, choć niektórzy mogliby upierać się, że jest to anorgazmia sytuacyjna.

    Co ciekawe, „anorgazmia” jako termin medyczny odnosi się do sytuacji, w których „adekwatna” stymulacja nie prowadzi do orgazmu. Zastanówmy się więc, co miałoby znaczyć w tym kontekście określenie „adekwatna”? Skupiająca się wyłącznie na genitaliach? W rzeczywistości wiele osób „znajduje” orgazm w mniej adekwatnych miejscach na swoim ciele.

    Możliwe przyczyny

    Wiele czynników może powstrzymywać kobiety od szczytowania, najprościej możemy podzielić je na czynniki psychiczne/moralne oraz czynniki fizjologiczne. Do tych pierwszych, niezwiązanych bezpośrednio z biologią, zaliczamy między innymi: negatywne przekonania na temat seksu oraz seksualności, zachowania narzucane przez wyznawaną religię (na przykład uznawanie podniet za grzeszne), brak akceptacji dla własnego ciała oraz wyglądu, brak zaufania do partnera, brak satysfakcji w związku, depresja, stres, ale również nieprzepracowane traumatyczne doświadczenia seksualne z przeszłości. Przyczyną może być również nieuświadomiona aseksualność (ewentualnie demiseksualność), czyli brak jakiegokolwiek zainteresowania seksem oraz brak lub nikłe pożądanie seksualne. Warto więc poświęcić chwilę na refleksję nad relacją z własnym ciałem i seksualnością.

    Przyczynami fizjologicznymi mogą być na przykład choroby typu cukrzyca, uszkodzenia stawów biodrowych, niestabilny poziom hormonów, pochwica, uszkodzenia pochwy w wyniku porodu naturalnego, choroby układu krążenia lub uszkodzenia nerwów. Je dużo łatwiej wykryć w gabinecie lekarskim niż zdiagnozować na własną rękę. Jako czynnik biologiczny możemy również wymienić skutki uboczne stosowania pewnych leków, np. antydepresantów.

    Przezwyciężanie anorgazmii polega głównie na pracy holistycznej, czyli całościowym podejściu do osoby, która zmaga się z tym problemem. Bardzo często też wiąże się z zaakceptowaniem faktu, że orgazm nie powinien być celem samym w sobie, ale przyjemnym dodatkiem do kontaktu z własnym ciałem lub bliskości z drugą osobą.

    Zmieńmy terminologię

    W pracy z anorgazmią szczególnie pomocna okazuje się masturbacja oraz… jej przedefiniowanie. Niektórym kobietom pomocne może okazać się zaprzestanie myślenia o masturbacji jako czymś wstydliwym lub zdradzaniu partnera, i przemianowanie jej np. na sesje miłości własnej. Najlepiej zacząć od poznania własnej anatomii i części ciała, które pozytywnie reagują na stymulację seksualną – nie musi to być wyłącznie wulwa, choć zapoznanie się z nią poprzez obejrzenie jej w lusterku może przynieść nieoczekiwane efekty.

    W przygotowaniach do „randki” z samą sobą warto postarać się o intymną atmosferę, w której nikt nie będzie przeszkadzał nam w odkrywaniu swojego ciała i w której nie będziemy krępować się, że ktoś niepożądany usłyszy, co się dzieje lub niespodziewanie wejdzie do pokoju. Nie zaszkodzi również odrobina olejku do masażu czy kilka kropli lubrykantu. Następnie warto po prostu dotykać swojego ciała, poznawać i nazywać jego reakcje, przejąć nad nim władzę i kontrolę nad własną przyjemnością.

    Udowodniono również, że kobietom anorgazmicznym bardzo pomaga wprowadzenie do sypialni gadżetów, szczególnie masażerów łechtaczkowych, które oferują silną i bezpośrednią stymulację łechtaczki, „najłatwiejszego”, bo najlepiej zorganizowanego pod kątem zakończeń nerwowych miejsca, z którego możemy wycisnąć orgazm. Warto też sięgnąć po literaturę dotyczącą kobiecej seksualności, np. Ona ma siłę dr Emily Nagoski, lub Jej orgazm najpierwW absolutnej większości przypadków anorgazmia nie jest „wyrokiem” na całe życie, a sytuacją, z którą można pracować. 

    Jeżeli jednak poświęcanie czasu na zdiagnozowanie, skąd mogą brać się negatywne podejście do seksu czy na przykład niechęć do masturbacji, a także skupienie na własnej cielesności nie pomagają, warto udać się do lekarza, który zleci niezbędne badania.

    Zaangażowanie drugiej osoby

    W pracy z anorgazmią pomocne okazuje się również włączenie partnera lub partnerki poprzez zdjęcie z anorgazmicznej kobiety presji szczytowania. Być może, po dłuższym przyjrzeniu się relacji, okaże się, że para nie spędza wystarczająco dużo czasu na pieszczotach, a seks koncentruje się wyłącznie wokół penetracji. Potraktujcie seks jako wspólną zabawę, okazję do eksperymentów. To naprawdę nie wyścig, którego metą jest orgazm.

    Najważniejsze jest tu zrozumienie, że orgazm to nie nagroda za starania aktywnej osoby, potwierdzenie jej seksualnych umiejętności., a w zbliżeniach powinno liczyć się to, co jest w nich najważniejsze: bliskość, umacnianie relacji, kontakt fizyczny i sprawianie sobie nawzajem przyjemności – nawet bez orgazmu. Niech seks będzie dla was tortem, a orgazm – wisienką, bez której tort może naprawdę smakować tak samo dobrze.

    Tekst po raz pierwszy ukazał się na blogu nieistniejącego już butiku Bossy Bedroom Equipment.

    okładka wpisu: We Heart It

    This article has 8 comments

    1. Mąż wrote:

      Orgazm…taa :) Moja ślubna przedkłada pentrację nad inne aktywności seksualne, bo nie musi się wysilać (znaczy leży i czeka aż skończę:P i nigdy, przez 23 lata małżeństwa nie miała orgazmu (ze mną w każdym razie, o innych nie wiem :P ) ) Kilka razy prawie by się udało w trakcie seksu oralnego, ale z zawsze przerywa ciut przed, bo twierdzi, że się boi…że umrze :P :D Reszta tego całego seksu ją po prostu nudzi/nuży/, chociaż zawsze może pomyśleć w tym czasie o wielu fajnych, ważnych sprawach..:) I co? I nic, kochamy się dwa razy w roku (czasem trzeba przecież :P ) I wydaje się być szczęśliwa (pod warunkiem, że w domu ogarnięte i mąż broń Boże nie siedzi, tylko coś tam robi :) )….czyli orgazm to temat przereklamowany chyba? :P

    2. Cas. wrote:

      Przez pierwsze 1,5 roku życia seksualnego z moim pierwszym (i jedynym jak dotąd) partnerem nie miałam orgazmu. Partner stawał wręcz na głowie, żeby poznać moje ciało, żebym przede wszystkim ja poznała swoje ciało (miałam problem z masturbacją, zupełnie mnie to nie kręciło, dlatego nigdy sama nie doszłam), bardzo mnie wspierał i zachęcał, wręcz dopingował w tej nauce, za co jestem mu bardzo wdzięczna, ponieważ bez niego pewnie bym się poddała w połowie drogi. Ale udało się – najpierw nieśmiało (jestem skłonna stwierdzić, że przynajmniej pierwszych kilka(naście) orgazmów przeżyłam orientując się, że to ‚to’ długo później), ale potem zaczęłam je kontrolować, razem z partnerem sprawiliśmy, że szczytowanie było coraz przyjemniejsze. Taka nauka siebie razem z partnerem, do którego ma się zaufanie i któremu zależy na naszej przyjemności jest też ciekawą drogą i wiem, że wspólny seks mógłby nie być dzisiaj tak przyjemny, jak jest, gdybym szczytowała już przy pierwszych naszych zbliżeniach :) a tak to, próbując absolutnie wszystkiego wzajemnie odkryliśmy cały wachlarz pieszczot, które są dla nas najprzyjemniejsze.
      Sekspozytywność! :)

      1. ppp wrote:

        Fajnie, ale taki doping dla mnie byłoby już zdecydowanie presją, nie wyobrażam sobie stawać na głowie, żeby się partner masturbował mimo, że go to nie kręci (?!). Zupełnie mi się to nie kojarzy z chęcią sprawienia drugiej stronie przyjemność, raczej z traktowaniem kobiecego orgazmu jako trofeum.

        1. Cas. wrote:

          Tylko to był doping za moim ‚pozwoleniem’ :) w sensie, sama z siebie chciałam osiągać orgazmy, to nie było tak, że partner mnie zmuszał czy stawiał po ścianą, nie nie. A on bardzo mi pomógł, bo i starał się sprawiać mi jak najwięcej przyjemności, poświęcał mi mnóstwo czasu i uwagi, a jednocześnie pracowałam sama nad sobą, do czego również mnie zachęcał :) nie było w tym presji, bo wiadomo, ona absolutnie by nie pomogła w tym wszystkim.

    3. ppp wrote:

      Naprawdę liczę na to, że coś w podejściu ludzi się zmieni, bo na razie pod płaszczykiem troski o kobiecą przyjemność robi się ludziom okropne rzeczy. Zarówno presja orgazmu, jak i obrzydliwe podejście, że jak orgazmów nie ma, to po co się starać, to jakaś masakra.

      Sama orgazmów nie miałam niemal do 30 roku życia, przyszły same z siebie, nie robiłam nic szczególnego, żeby ich „szukać”, bo straciłam nadzieję (wcześniej się bardzo przykładałam, wręcz do masturbacji zmuszałam, łoł…). Byłam z tym samym partnerem (BTW fatalnie wspominam nasz seks), tak samo mało wiedziałam o swoim ciele i go nie akceptowałam, po prostu orgazmy zaczęły się pojawiać, najpierw przez sen, potem w najdziwniejszych codziennych sytuacjach a w końcu również podczas stosunku. I zgadzam się, u mnie to też nie było żadne trzęsienie ziemi, wiedziałam, że to „to” bo byłam dobrze przygotowana teoretycznie, ale poczułam się niemal rozczarowana, że to o to tyle hałasu.

      Dziś jestem w stanie z moich orgazmów wycisnąć znacznie więcej, ale to idzie w parze z ogólną poprawą mojej satysfakcji, mojego stosunku do własnego ciała i ogromną zmianą mojego podejścia do związków i seksu. I orgazmy są właśnie wisienką.

      1. M. wrote:

        Gdy wspominasz o tych orgazmach przy codziennych sytuacjach, to mi się przypomina odcinek Chirurgów, gdzie dziewczyna ma właśnie nagłe orgazmy w niespodziewanych sytuacjach i przez to miała bodaj wypadek samochodowy

    4. maciejj wrote:

      Niestety nigdy nie udało mi się doprowadzić kobiety do orgazmu. I pewnie już się nie uda. Na nic nie książki i internetowe porady:(

    5. Oliwia wrote:

      Dokładnie to co napisałaś. Orgazmu nie miałam (chyba???), a jak miałam to raz, i inaczej to sobie wyobrażałam :P
      Nie jestem z tych kobiet, które orgazmy udają. Po prostu ich nie mam, i trudno. I mówię to prosto z mostu facetowi, a takie usilnie staranie się na doprowadzenie mnie do orgazmu zazwyczaj wywiera na mnie presję, i już na nic nie mam ochoty.
      Tutaj zazwyczaj pojawia się drugi problem, bo skoro ja nie mam orgazmu, to po co on miałby się jakoś dodatkowo starać, skoro i tak z tego nic nie będzie? Wydaje mi się, że faceci nie rozumieją do końca tego, że i bez orgazmu seks jest zazwyczaj przyjemny. A skoro nie widzą efektów swojej pracy, no to lepiej zrobić szybki numerek, ograniczyć grę wstępną do minimum i wszyscy są zadowoleni.

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr