• Doxy Die Cast | Masażer z pierd*lnięciem | Recenzja

    Serio, jego działania nie da się określić inaczej.

    Masażer Doxy Die Cast dostałam w prezencie gwiazdkowym od Kinky Winky. Mam więc za sobą kilka miesięcy solidnego użytkowania, skrupulatnych testów i co najmniej kilkadziesiąt orgazmów doświadczonych dzięki temu urządzeniu. Czas więc, by o Doxy Die Cast usłyszał świat!

    Wygląda tak, że majtki same spadają

    Przynajmniej moje.

    Doxy Die Cast miałam na oku już od jakiegoś czasu – wielokrotnie macałam ten masażer na targach, zachwycałam się kolorami, w których Die Cast występuje (oprócz srebrnej, jest jeszcze m.in. wersja czarna, złota, czerwona, a wszystkie równie piękne), jego imponującą mocą. Nie mogłam się doczekać, aż dane będzie mi wypróbować Die Cast w roli dostarczyciela orgazmów nie tylko wizualnych, ale i cielesnych.

    Co tu dużo mówić, masażer wygląda nie tylko ładnie, ale i potężnie. Cały Doxy Die Cast jest długości ok. 35 cm i towarzyszy mu twardy futerał – swoją drogą bardzo przydatny nie tylko w przechowywaniu, ale i w transporcie. I nie, nie mam na myśli wakacji, bo jest to zdecydowanie zbyt duży gadżet na wyjazdy, a takie okazje, jak przeprowadzki czy seks imprezy z gadżetami. Trzon zabawki wykonany jest z chłodnego w dotyku aluminium, główka z silikonu, silikonowe są również przyciski. Gadżet jest też dość ciężki, bo waży ok. 800 g.

    Wersja oryginalna, z trzonem z twardego plastiku i główką pokrytą PVC, jest nie tylko lżejsza (waży ok. 500 g), ale i tańsza – różnica w cenie pomiędzy klasycznym Doxy a wersją Die Cast wynosi ok. 250 zł. Dlaczego? Dlatego, że wykonano go z tańszych surowców. Trzeba jednak pamiętać, że PVC to materiał porowaty, więc wymaga nieco więcej uwagi przy czyszczeniu i konserwacji gadżetu, a żywotność wykonanych z PVC zabawek może być krótsza. Z tego powodu sama wybrałabym silikon. Ale… no, właśnie – PVC jest dużo miększy i sprężysty, więc jeżeli ktoś woli masażer zwieńczony poduszką lub ma nieco bardziej ograniczony budżet, to oryginalny Doxy może okazać się lepszym rozwiązaniem. Jednak wówczas trzeba mieć na uwadze dbanie o odpowiednią higienę gadżetu, aby służył jak najdłużej.

    Szybki, intensywny orgazm aka pierdolnięcie

    Na chwilę obecną Doxy Die Cast to najmocniejszy masażer typu wand dostępny na rynku europejskim, który oferuje naprawdę głęboką, trzepiącą tyłkiem stymulację. Zdaję sobie sprawę, że „pierdolnięcie” nie jest tym, co lubią wszyscy, więc podkreślę raz jeszcze: wibracje Doxy Die Cast są naprawdę intensywne. Można, co prawda, regulować ich poziom, ale nawet ten najdelikatniejszy przypominają jazdę maluchem po polskich drogach w 1992 roku albo siedzenie na pralce podczas wirowania. Tylko właśnie – ani maluch, ani pralka nie dają możliwości precyzyjnego celowania w miejsce stymulacji. A to jest coś, co królowe i królowie mocy lubią najbardziej. Miłą niespodzianką jest też tryb pulsacyjny, który można uruchomić, przytrzymując włącznik ok. 3 sekund.

    Używając Doxy Die Cast, odkryłam, że w moim przypadku ten masażer najlepiej sprawdza się, gdy osiągnęłam już jakiś stopień rozgrzania/podniecenia. Moja łechtaczka zdecydowanie nie lubi, gdy z zaskoczenia atakuje się ją młotem pneumatycznym i próbuje wycisnąć z niej orgazm. Kiedy jednak jest chętna, Doxy Die Cast jest w stanie dostarczyć go w naprawdę krótkim czasie, kiedy przyciskam głowicę masażera do wulwy. Kiedy chcę nieco zwolnić tempo i oddalić moment szczytowania, stawiam na stymulację clitoris przez wzgórek łonowy, albo… przez ubranie. Im więcej warstw, tym lepiej! Podczas stymulacji bezpośredniej używam też lubrykantu, bo tarcie przy wyższych modułach wibracji jest na tyle duże, że wolę nie ryzykować używania Doxy Die Cast „na suchara”, aby uniknąć otarć przy dłuższym stosowaniu.

    Ponieważ masażer Doxy nie ma jeszcze oryginalnych nakładek, które pozwalałyby zamienić Die Cast w gadżet penetracyjny lub masturbator (większość dostępnych na rynku nasadek wykonana jest z potencjalnie niebezpiecznych dla ciała materiałów, więc wolę nie ryzykować), szukałam satysfakcjonujących rozwiązań z zastosowaniem innych zabawek. Dzięki tym eksperymentom odkryłam, że Doxy Die Cast fantastycznie komponuje się z dildami – skierowanie głowicy na podstawę didla zamienia je z całkiem mocny wibrator. Moje ulubione połączenie? Doxy Die Cast i Bouncer od Fun Factory – głównie ze względu na wzmocnienie drgań ciężarków Bouncera (recenzję tego dilda przeczytasz tutaj).

    Według mnie ten masażer idealnie wpisze się w klimat scen BDSM uwzględniających wymuszanie orgazmu. Równie dobrze – ze względu na swoją moc – sprawdzi się u osób z problemami czuciowymi w okolicach genitaliów, które potrzebują mocnej stymulacji. Nie radziłabym jednak sięgać po Doxy Die Cast komuś, kto miałby problem z utrzymaniem cięższego gadżetu w ręce.

    A co z penisami? 

    Mogłoby się wydawać, że Doxy to masażer stworzony wyłącznie z myślą o stymulacji wulwy. Cóż, nic bardziej mylnego, bo równie dobrze sprawdza się w kontakcie z penisem! O ile, rzecz jasna, osoba z penisem otwarta jest na nowe doznania i chce spróbować, jak to jest doświadczyć ejakulacji tylko dzięki wibracjom skierowanym na trzon penisa i jego wędzidełko. Albo dodać coś ekstra do praktykowanej podczas masturbacji metody fifi.

    To teraz nakabluję

    Doxy Die Cast nie jest bezprzewodowy – aby go użyć, należy urządzenie podłączyć do gniazdka elektrycznego. Kabel jest jednak na tyle długi (2,7 m), że pozwala na swobodne ruchy podczas użytkowania. Odpada jednak zabawa Die Cast w wannie lub pod prysznicem – z raczej wiadomych powodów. A jak ktoś nie wie, to niech sprawdzi, dlaczego w wannie nie można używać ani suszarki, ani tostera.

    Mechanizm masażera oznacza również pewne ograniczenia w kwestii czyszczenia zabawki. Aby uniknąć zalania, głowicę Die Cast należy czyścić specjalnym cleanerem do gadżetów erotycznych lub wilgotną ściereczką z odrobiną mydła antybakteryjnego, a następnie wytrzeć do sucha. Czy te niedogodności rekompensuje działanie gadżetu?

    Według mnie tak.

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr