• Lelo: hot versus not

    Słuchajcie, boję się Lelo. Za każdym razem, kiedy biorę do ręki jakiś ich produkt do „intymnego lajfstajlu”, mam lęki, i nawet jeżeli zabawka mnie fascynuje, zazwyczaj hamuję swój gadżetowy zakupoholizm i odchodzę z niczym.

    Lelo to marka, która w świadomości konsumentów ma uchodzić za ekskluzywną, „ą-ę” i w ogóle. Stąd proste formy, bardzo spójna stylówka reklam oraz unikanie w opisach przedmiotów takich słów jak „zabawka” czy nawet „gadżet”, bo te zastępuje narracja wokół „pleasure-obiektów” oraz przymiotniki typu „wyrafinowany” czy „wyszukany”. Dodajmy do tego najekskluzywniejszy wibrator na świecie wyceniony na kilkadziesiąt tysięcy złotych i bum – mamy markę, z którą jako konsumentka nie za bardzo się identyfikuję. Nie chodzi nawet o kwestie finansowe, bo choć nie wydałabym na wibrator pięciocyfrowej sumki, to w któryś z ich flagowych produktów mogłabym spokojnie zainwestować. Mi po prostu przeszkadza ich branding. Mój „proseksualny lajfstajl” nie rezonuje z „intymnym lajfstajlem” Lelo. Kiedy przeglądam ofertę szwedzkiego producenta, zawsze mam przed oczami target w postaci pani w garsonce od co najmniej od Isabel Marant czy pana w garniturze od Hugo Bossa. Nie twierdzę, że kreowanie takich kampanii wokół rzeczy, które – dosadnie ujmując – wkłada się do waginy, jest złe. Tylko dla mnie seks czy orgazmy to nie luksus – to zabawa, radość, dynamika (w taką estetykę uderza na przykład Fun Factory). Nie śpię w jedwabiach i nie mam muślinowych haleczek. w A Lelo kreuje się na brand, którego nie wypada używać, leżąc w pościeli z kory.

    Jasne, nie zapominajmy o linii PicoBong, która trochę „odmładza” wizerunek Lelo – jest dużo bardziej „soczysta”, rozrywkowa i biorąc pod uwagę tę estetykę, możnaby wątpić, że Kiki, Honi czy Mahana wyszły z tej samej „matki”, co Mona, Gigi oraz Inez.

    Inna rzecz, która sprawia, że z rezerwą podchodzę do produktów Lelo to fakt, że jest to marka „nierówna”. Jeżeli przejrzycie recenzje poszczególnych gadżetów (zwróćcie jednak uwagę na to, kto pisze), pierwsze co powinno rzucić się wam w oczy to fakt, że wywołują podobne emocje. W sensie: albo jeden produkt jest przez znakomitą większość recenzentów wychwalany pod niebiosa, albo bezlitośnie miażdżony. Sama mam dwa gadżety od Lelo i – zupełnie przypadkowo – są to obiekty z przeciwległych biegunów. Jednego z nich użyłam może trzy razy w życiu, drugi wciąż pozostaje w grze. Przypadek? Nie sądzę. O dziwo, ten pierwszy gadżet nie był wyłącznie jednorazową wpadką producenta, bo – jeżeli przed zakupem czy nawet dla własnej przyjemności szukacie opinii o seks-gadżetach w internecie – zobaczycie, że takich wtop konstruktorskich firma ma na swoim koncie więcej.

    *

    Mój NOT

    LELO-Lyla2-cerise-remote-controlled-bullet-vibrator

    Lyla (doczekała się nawet sequela w postaci Lyli 2) miała zrewolucjonizować rynek zabawek bezprzewodowych, zabawek dla par, zabawek, które możesz zabrać w miejsca publiczne i bawić się prawie jak w filmie Shortbus. Była to pierwsza „droga”, ekskluzywna zabawka w mojej kolekcji, więc możecie sobie wyobrazić, jak wielkie miałam wobec niej oczekiwania. Dorzućmy do tych obietnic piękne opakowanie, któremu nie trzeba nawet kokardki, aby podarować komuś erotyczny prezent, satynowy woreczek na gadżet i gratis w postaci broszki – ach, jakież iskierki pojawiły się w mych (wówczas studenckich) oczach.

    To był moment, kiedy Lelo wprowadzało technologię SenseMotion, dzięki której operator pilota samym tylko ruchem dłoni mógł kontrolować częstotliwość oraz intensywność wibracji. „Na sucho”, czyli bez wkładania Lyli do waginy (a jej kształt jest do tego celu idealny) wszystko działało jak należy – włącznie z zabawą przez ścianę. Machało się pilotem, a jajko drgało, jak się mu kazało.

    „Na mokro”, cóż, gadżet nie zadziałał tak, jak obiecywał producent. W teorii powinnam móc ubrać się i zabrać Lylę na imprezę, zostawić partnerowi pilota i prowadzić niegrzeczną, erotyczną grę w otoczeniu niczego nieświadomych gości. W praktyce: łączność pomiędzy pilotem a Lylą zanikała, sterowanie wibracjami było możliwe tylko, gdy leżałam z rozłożonymi nogami, a pilot znajdował się w prostej linii i niedalekiej odległości od receptora gadżetu. Nie pomogła nawet wymiana pilota przez Lelo. Lyla okazała się bublem, którego – nawet gdyby działał przez ubranie oraz warstwy ciała (a jak się później dowiedziałam fale, które odpowiadają za łączność pomiędzy elementami zestawu nie przenikają przez tłuszcz) – nie dałoby się zabrać w miejsce publiczne i bawić się niezauważenie, bo wibracje pilota są po prostu za głośne.

    Jasne, można włożyć Lylę w odpowiednio cienkie majtki i używać jej jak typowo łechtaczkowego wibratora-pocisku, bo wtedy łączność nie zanika. Ale skoro ktoś wypuszcza zabawkę o tak anatomicznym i przyjaznym waginie kształcie to, no cóż, aż chce się ją wkładać. Dowcip nie polega na wynajdywaniu dla gadżetu nowych zastosowań (przecież każdym wibratorem mogę wymasować sobie szyję), bo na przykład używałam Lyli, pieszcząc mojego partnera podczas gry wstępnej czy do stymulacji zewnętrznych części pochwy, ale na tym, by obiekt działał jak obiecuje producent. Tylko tyle.

    Miałam też drobne problemy z utrzymaniem Lyli w czystości – bo podstawę, do której przymocowany jest sznureczek zdejmuje się do ładowania. Po zabawie musiałam pamiętać, aby gadżet rozmontować, bo pod ruchomym elementem gromadziły się wydzieliny ciała, co odkryłam dopiero przy drugim ładowaniu.

    Co zaś tyczy się Lyli 2… Jedna z moich znajomych została obdarowana sequelem Lyli. Ma ten sam problem. A ja do dziś nie rozumiem, dlaczego Lelo – zamiast po prostu wycofać gadżet z oferty – postanowiło go „ulepszać”.

    Zaś broszkę z zestawu mam do dzisiaj, w klapie mojej ulubionej, choć rozwalającej się już kurtki.

    Mój HOT

    LELO-Tor2-green-couples-ring

    Od kiedy tylko zobaczyłam dureksową reklamę pierścienia na penisa (takiego małego „bzyczka”, taniego i jednorazowego) – tę, w której pani podczas wykwintnej kolacji z panem znajduje pod serwetką pudełeczko i olśniona jego zawartością mówi: „Yes, I do” – zawsze chciałam ją powtórzyć. Okazja nadarzyła się, kiedy trafił do mnie Tor 2. „Oświadczyny” zostały zaakceptowane, a gadżet przypadł do gustu nie tylko jednemu mężczyźnie w moim łóżku.

    Tutaj kampania reklamowa, taka trochę w stylu Jamesa Bonda, mi akurat nie przeszkadzała, bo jeżeli weźmiecie pod uwagę okoliczności (było to jakieś trzy lata temu), czyli wprowadzanie na rynek zabawek erotycznych czegoś nieco bardziej ekskluzywnego niż kieszonkowa cipka, a czego mogliby używać mężczyźni solo lub z partnerkami, zapewne się ze mną zgodzicie. Bo te reklamy znacząco odbiegały od przaśności lal z rozwartą paszczą, celując w „męskiego mężczyznę”, a jak wiemy „męscy mężczyźni” dobrze sprzedają innym facetom programy treningowe, gadżety wszelkiej maści czy jogurty przeczyszczające. W tym kontekście wibrator nie odbierał facetowi „maczyzmu” – miał sprawić, że nabywca stanie się lepszym kochankiem, któremu też będzie bardzo przyjemnie.

    Tor 2 ma tę cechę, którą lubię w produktach Lelo – jest aksamitny w dotyku, karmi się go ładowarką i ma kilka poziomów wibracji. Pierścień można zakładać na dwa sposoby – częścią wibracyjną w stronę kości łonowej (męskiej) lub w stronę jąder (też męskich). Drugi wariant jest przy tym najprzyjemniejszy, zwłaszcza podczas odwróconej „kowbojki”, bo nie ukrywam, że użycie ringu to też sposób na kobiecy orgazm w trakcie penetracji, zwłaszcza dla tych babek, które potrzebują stymulacji łechtaczki i zewnętrznych partii pochwy, żeby szczytować, a lubią też czuć coś w środku. Używałam go również jako wibratora łechtaczkowego oraz w charakterze zabawki urozmaicającej grę wstępną. Bo nie muszę chyba dodawać, że zabawka „dzielona” sprawdza się również jako wibrator osobisty? Tor 2 ma 6 regulowanych trybów wibracji, chociaż nawigowanie wymaga drobnej wprawy. Niemniej jednak daje radę zarówno przy mocniejszych hitach, jak i pościelowych balladach. Polecam również nałożyć go na miękkie dildo (które musi być odpowiednio grube, żeby pierścionek się nie przesuwał) i zamienić je w wibrator.

    *

    I żeby nie było – cenię szwedzkiego producenta za kilka rzeczy: za to, że nie znajdziecie w żadnej kolekcji zabawek „penisoidalnych”, zaś paleta kolorystyczna daleka jest od barw anatomicznych i zakłada, że dziewczyny lubią nie tylko różowe gadżety. Cenię Lelo za tak drobną sprawę, jak zabawnie prowadzona strona fanowska czy dowcipy z okazji 1 kwietnia (niezapomniany Gasm, czyli eko-wibrator inspirowany Ikeą). Trochę paradoksalnie cieszy mnie spójność oferty oraz skupienie na rozwijaniu linii produktów dla par, bez rozdrabniania się we wszystkie możliwe strony.

    Wśród flagowych gadżetów Lelo najlepsze recenzje zbiera wymieniona wcześniej Mona – podobno obowiązkowy gadżet każdej szanującej się seksblogerki czy edukatorki seksualnej. I nic nie poradzę na to, że nowinek typu Ora się po prostu lękam. W końcu sparzyłam się już na jednym niewypale.

    Myślę, że każdy z nas, kto jest seks-gadżeciarzem, prowadzi taką osobistą listę „hot & not”. W przypadku gadżetów erotycznych z górnej, a nawet średniej półki dzielenie się opiniami jest o tyle istotne, że większość z nas nie ma milijonów monet na artykuły nie-pierwszej potrzeby, by pozwalać sobie na kupowanie gadżetowych wtop. Dlatego poczekajcie jeszcze na bezprzewodowy wibrator z prawdziwego zdarzenia, a jeżeli w waszym związku choć jedno z was wyposażone jest w członek – niech kupi mu pierścionek.

    put-a-ring-on-it

    Ale nie taki…

    No i koniecznie podzielcie się typami „hot” i „not” ze swoich szuflad z akcesoriami!

    [okładka wpisu oraz zdjęcia Lyli i Tora 2 via Lelo; jubilerskie precjozo via]

    This article has 10 comments

    1. […] gadżetu dołączony jest pilot. Po moich doświadczeniach ze sterowaną pilotem Lylą, nie oczekiwałam zbyt wiele (przypominam: w przypadku wibrującego jajka wszystko było nie tak: […]

    2. Sylwia wrote:

      Czemuż aż czemuż zajrzałam tu po zakupie We-vibe 4?! Ja dokładniej mam We-vibe 4 Plus i tu dodatkowo mamy notoryczny problem z parowaniem ze smartphonem :(
      Co do moich hot to zdecydowanie DeLight FunFactory (inne wibratory poszły właściwie w odstawkę po jego zakupie), zdecydowanie „no” to the cone, a takie nieco mniejsze „nie” to 8ight FunFactory – znaczy można tego używać jako pierścienia, ale ten element, który mam niby służyć do stymulacji łechtaczki to jest zdecydowanie za twardy i to po prostu boli.

      1. Nat wrote:

        Ciekawa jestem „no” dla The Cone, powiesz coś więcej?

    3. […] nic tylko brać! Szkopuł w tym, że zabawka była w kolorach, których nigdy nie było w kolekcji Lelo, a sprzedawca miał na stanie kilkaset egzemplarzy tego niecodziennego modelu. Zero informacji o […]

    4. Arkadiusz wrote:

      A co jest złego w zabawkach penisoidalnych?

      1. Nat wrote:

        To, że udają penisa.
        Nie wszystkie kobiety mają ochotę bawić się takimi protezami.

    5. Ania wrote:

      Ja miałam We-Viba II, który nie był zdalnie sterowany. Bardzo go lubiłam, ale niestety szybko się zepsuł (po dwóch latach, kiedy właśnie skończyła mu się gwarancja). Bardzo denerwujące było, że sam się włączał, był cichy, ale nie na tyle by nie przeszkadzać we śnie brzęcząc sobie tuż koło łóżka ;)

      1. Nat wrote:

        A to psotnik! Widzę, że nie tylko tradycyjne sprzęty gospodarstwa domowego dotyka przypadłość psucia się tuż po zakończeniu gwarancji…
        A zupełnie na marginesie – Lelo daje 10 lat gwarancji na swoje produkty, więc za jakieś 6 lat przekonam się, jak to jest z żywotnością ich zabawek.

    6. Juiz wrote:

      No to na pierwszy ogień ja :)
      Co do Lelo się nie wypowiem, nie posiadam ani jednego gadżetu z ich oferty, natomiast bardzo sobie chwalę Big Bossa od FunFactory – choć na początku wydawał się za duży, to jednak im dalej w las tym więcej… w każdym razie zabawa jest przednia jeśli dodam, że szanowny małżon uwielbia używać go na mnie w trakcie igraszek.
      Natomiast moim not będzie We-vibe 4. Serio. Co prawda porównania nie mam jeśli chodzi o poprzednie wersje, ale tutaj występuje to samo zjawisko co przedstawione przez Ciebie w Lyli. Co mnie cholernie irytuje. Biorę pilota i gadżet „na sucho” i wsio gra. Po zainstalowaniu w odpowiednim miejscu za cholerę nie chce reagować na polecenia pilota, mało tego – nie reaguje nawet na włącznik na samym urządzeniu – nie wiem od czego to zależy, ale podejrzewam, że chodzi o to, że gadżet jest zwyczajnie „odchylony”. Także jedyne wyjście to zakładać już włączony, co średnio jest przyjemne i zabawne. Niemniej jak już się uda to zabawa jest OK. I tylko OK.

      1. Nat wrote:

        O, widzisz, dzięki za komentarz, bo miałam We-Vibe na mojej liście „do kupienia”. Teraz się ze trzy razy zastanowię zanim sięgnę po tę zabawkę! Czyżby zastosowali tę samą technologię, co w bezprzewodowych gadżetach Lelo?

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr