• Sporty wodne: H2O Vibe | Recenzja czytelniczki

    I nie, nie o „takie” sporty chodzi… 

    Proseksualna Akademia Testerów powstała między innymi po to, by udowodnić, jak odmienne mogą być doświadczenia różnych osób z tymi samymi gadżetami. Testowany przeze mnie oraz Wiktorię Aleksandę wibrator na wodę od Drop of Sweden okazał się jedną z tych zabawek, choć przyznam, że nie była to sytuacja z cyklu „one woman’s trash is the other woman’s treasure” (bo jako pistolecik na wodę jest naprawdę nieczego sobie) …

    Ale same zobaczcie:

    ***

    Kiedy przyszła do mnie paczka, poczułam się tak, jakby Gwiazdka przyszła w kwietniu. Może nawet lepiej, bo znałam przecież zawartość paczki i zapowiadała się obiecująco. Okoliczności w tamtej chwili pozwalały jednak tylko na wstępne zapoznanie się: powąchałam, polizałam (zabawka jest pozbawiona zapachu i smaku), pooglądałam (intensywny róż), po czym musiałam wyjść z domu, pozostawiając H2O Vibe w spokoju aż do wieczora.

    Kupiłam dwie małe baterie i zaczęłam testować, najpierw tylko trzymając urządzenie w ręce. Po przeczytaniu recenzji na Proseksualnej spodziewałam się słabych, ledwo wyczuwalnych wibracji, dlatego ich siła bardzo mnie zaskoczyła. Nie wiem czy to wynika z mojego małego doświadczenia z zabawkami erotycznymi (do tej pory posiadałam jedynie wibrator Bcute, który wibruje zdecydowanie słabiej, nawet na najsilniejszym trybie), czy z wrażliwego organizmu, ale według mnie wibracje są zdecydowanie intensywne.

    Następnie zdecydowałam się na test na mokro – dosłownie i w przenośni. Obawiałam się odrobinę, że końcówka przewodu nie będzie pasowała do wibratora (wiadomo jak to czasem bywa z zapewnieniami, że pasuje do 99% – zawsze mogłam być tym pechowym jednym procentem), ale połączyłam je ze sobą bez problemu, po czym… Dostałam silnym strumieniem wody w oko. Trzeba od początku uważać, gdzie się go kieruje, zwłaszcza jeśli wcześniej miało się końcówkę prysznicową, z której woda raczej spływa, niż tryska (bo o ile końcówka w moim brodziku ma nawet nieco zbyt duże ciśnienie, to ta z wanny pozostawia wiele do życzenia, także nigdy nawet nie było szans na używanie jej w ciekawszym celu niż mycie), bo nagła zmiana siły przepływu wody może być dość zaskakująca. Szybko jednak udało się go opanować tak, żeby trafiał w bardziej odpowiednie miejsca…

    Wibrator na wodę

    Używanie lubrykantu wodnego (bo innego w domu nie miałam) pod wodą nie ma żadnego sensu, ale mimo to próbowałam! Wibrator na początku wydał mi się naprawdę duży i początkowo miałam lekki problem z wprowadzeniem go do środka (prawdopodobnie spory udział w tym miały wysuszające właściwości wody), ale kiedy się to już udało, a strumień został skierowany na łechtaczkę, okazało się, że H2O Vibe jednak jest genialnym wynalazkiem.

    Mimo, że nie mam problemów z orgazmami, byłam przyzwyczajona, że trzeba się jednak trochę, przynajmniej kilka minut w celu osiągnięcia ich napracować – albo własnoręcznie, albo musi się tym zająć ktoś inny. Natomiast z tym wibratorem wystarczy właściwie leżeć, przytrzymać lekko, żeby nie zmieniał pozycji, ewentualnie od czasu do czasu przycisnąć guzik, żeby zmienić rodzaj wibracji – poza tym, urządzenie robiło za mnie wszystko. W przypadku prysznica (przynajmniej ja mam takie, nie najlepsze doświadczenia), zawsze strumień był albo zbyt słaby – i wtedy za bardzo nic się nie działo – albo za mocno, co czyniło stymulację wręcz bolesną i mimo, że prowadziło do orgazmu, był on zbyt szybki i tak mało intensywny, że prawie niezauważalny. W H2O Vibe da się natomiast wyregulować go idealnie (za pomocą kranu), a efekty są świetne -dzięki nieprzerywanej i niezmiennej (oczywiście tryby można przełączać, ale tuż przed/w trakcie przynajmniej ja wolę zostać przy jednym)stymulacji orgazm jest intensywny i trwa naprawdę długo.

    Zimny strumień w ciepłej wodzie jest odczuciem bardzo ciekawym, tyle, że ta ciepła woda, w której się leży niestety szybko zaczyna się ochładzać, więc praktykowanie takiej kombinacji nie jest możliwe zbyt długo.

    Minusem jest włączanie/wyłączanie. Używa się do niego tego samego przycisku, co do przełączania trybu wibracji, o ile jednak ta ostatnia czynność nie jest problematyczna – wystarczy przycisnąć guzik, to samo rozpoczęcie/zakończenie współpracy z urządzeniem jest już trudniejsze, najczęściej potrzebuję do tego kilku prób i niestety nie nabrałam wprawy z kolejnymi użyciami. Trzeba przytrzymać idealnie około sekundy, bo przyciskanie przez dłuższy okres czasu nie poskutkuje. Dość irytujące, kiedy chce się szybko wyłączyć urządzenie, na przykład kiedy ktoś ma zamiar wejść do pokoju. Na szczęście wibracje nie są zbyt głośne.

    H2O Vibe

    Kolejny minus odkryłam, kiedy na drugi dzień miałam zamiar przetestować wibrator na sucho. Poprzedniego wieczoru wyciągnęłam baterie, gdyż nigdy nie zostawiam ich wewnątrz urządzeń, także rano włożyłam je ponownie. Urządzenie zaczęło wibrować (od razu, bez wciśnięcia guzika) bardzo słabo, ledwie wyczuwalnie. Zaczęłam się zastanawiać czy słabsze wibracje nie są może specyfiką „suchej” końcówki, mimo, że całe zdarzenie już zaczęło mi się wydawać podejrzane. Zamieniłam końcówki. Nic się nie zmieniło. Doszłam do wniosku, że widocznie coś się zepsuło, ale zdecydowałam się spróbować masturbacji z takim, „nowym” działaniem.

    Po kilku minutach, wibrator nagrzał się do bardzo wysokiej temperatury, zwłaszcza odkręcana końcówka, która dosłownie parzyła mnie w rękę. Pamiętając, że według instrukcji, jeśli urządzenie się nagrzeje, trzeba je natychmiast wyłączyć, stwierdziłam, że dalsze ryzykowanie nie ma sensu, odkręciłam końcówkę (bo wyłączyć się nie dało, tak samo jak i włączyć czy przełączyć trybu), wyjęłam baterie i pozostawiłam do wystygnięcia.

    Po kilkunastu minutach zdecydowałam się na kolejną próbę – jak się okazało, dziwne działanie było spowodowane niewłaściwym włożeniem baterii. Nie jest to w żaden sposób oznaczone, w którą stronę powinny być włożone, także za każdym razem zgaduję właściwy układ. Jeśli włoży się obie w tę samą stronę,  nic się nie wydarzy, natomiast jeśli włoży się je w różne strony, ale w niewłaściwej konfiguracji, efekt jest taki, jak opisany powyżej. Obecnie, kiedy już o tym wiem, przemienienie baterii, jeśli nie trafiłam, nie jest tak strasznie frustrujące, ale wtedy byłam dość przerażona ekstremalną temperaturą (i tym, że zabawka, która ma dopiero jeden dzień już się zepsuła).

    Przy używaniu ,,na sucho” (ale z lubrykantem, więc właściwie to bardziej na mokro…) znika problem wielkości i dyskomfortu z nią związanego, ale trzeba uważać, żeby zabawka się nie przekręcała – zagięta końcówka jest przyjemna na przedniej ściance, ale na innych już niekoniecznie.

    Wibrator nadaje się również dobrze do stymulacji łechtaczki, sutków czy innych części ciała – końcówka skupia wibracje.

    Używałam go również z partnerem, przede wszystkim do podwójnej penetracji i spisał się doskonale, wibracje były odczuwalne dla obu stron i zdecydowanie przyjemne. Poruszanie nim było również komfortowe.

    Przy testach z partnerką zwróciłam uwagę na to, że w porównaniu z innymi akcesoriami, które miałam do tej pory okazję używać na kimś, bardzo wygodnie się go trzyma, nie wyślizguje się z ręki. Minusem, który odkryłyśmy jest jednak to, że przy wyczerpanych już w dość dużym stopniu bateriach często się wyłącza – wolałabym, żeby działał do pewnego momentu, a potem po prostu przestał, niż był taki „niezdecydowany”, ale to już chyba nieco przesadne czepianie się.

    Jeśli chodzi o wytrzymałość baterii, to w czterech opisanych powyżej sytuacjach + kilku innych, w których niczego odkrywczego nie stwierdziłam, używałam cały czas tych samych, trudno mi powiedzieć ile to dokładnie mogło być godzin, ale szacuję, że ponad trzy. Tak jak już wspomniałam, myślę, że samoistne wyłączanie się jest zwiastunem tego, iż są u kresu wytrzymałości. Ogólnie moim zdaniem z wydajnością nie jest źle.

    Wibrator został wykonany z silikonu medycznego, którego jestem wielką fanką – mimo, że uważam, iż żaden materiał nie zastąpi dotyku skóry drugiego człowieka, jest to jeden z tych najmilszych, które miałam okazję mieć w rękach. Powinni z niego robić maskotki, kupiłabym! W związku z powyższym, mimo, że  bardzo dziwny zwyczaj, zdarza mi się zasypiać trzymając silikonowe gadżety w ręce, z H2O Vibe też spędziłam w ten sposób kilka nocy. Miałam też okazję używać zabawki wykonanej z innego, znacznie gorszego materiału, który szybko powodował ból i otarcia, także osobiście bałabym się kupić coś niesilikonowego.

    Jeśli chodzi o utrzymywanie w czystości, to nie znajduję żadnych miejsc, w których mogłyby się gromadzić bakterie, powierzchnia jest gładka i łatwa do wyczyszczenia.

    Podsumowując, największym minusem zabawki są problemy z włączaniem – właściwa konfiguracja baterii i odpowiednie przytrzymanie przycisku. Później, kiedy już wszystko jest w porządku w sferze przygotowań, zdecydowanie polecam, mi przyniosła dużo radości: pomysłowa, wygodna, stosunkowo ładna (chociaż biel końcówek trochę mnie odpycha, gdyby były czarne, byłoby idealnie), a przede wszystkim zapewnia świetne orgazmy, zarówno na mokro, jak i w wydaniu ,,klasycznym” – także ja oddawać zakończenia ,,suchego” kotu nie zamierzam (i wcale nie dlatego, że nie mam kota!) – i mam nadzieję, że wibrator będzie mi długo służył w obu wersjach.

    Testowała: Wiktoria Aleksandra

    [zdjęcia – mat. producenta]

    This article has 1 comments

    1. Emer wrote:

      Super recenzja :) Dzięki, Wiktoria!

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr