• Womanizer czy Satisfyer? | Który lepszy?

    Oryginał versus tańszy odpowiednik, a może po prostu oryginał versus ulepszona technologia? Womanizer versus Satisfyer: 3, 2, 1… fight! 

    Przyznaję, że kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Satisfyera Pro 2, wywróciłam oczami, sapnęłam i bekłam, „bo chamstwa nie zniesę”. Produkt jawił się jako ewidentna kopia odnoszącego rynkowy sukces Womanizera, a ja już jakiś czas temu uczulałam was na podrabiane gadżety erotyczne. Nie pomagał też fakt, jak w świetle tych zarzutów zachowuje się sama marka – reprezentantka, która wręczyła mi na targach ETO Show Satisfyera do wypróbowania, nie kryła, że ideą przyświecającą temu produktowi było po prostu zrobienie lepszej i tańszej wersji Womanizera. Serio. Mam jednak świadomość, że nie dla wszystkich czytelniczek i czytelników tego typu kopiowanie pomysłów stanowi problem natury etycznej, a przyoszczędzić lubi każdy. Przekonajmy się więc, czy warto.

    Wydawać by się mogło, że wybierając Satisfyera, decydujemy się po prostu na tańszy zamiennik, który w efekcie robi nam to samo. 800 zł a 240 zł? Jest różnica, i to niemała. Czy jednak niska cena wpływa na jakość masażera, a co za tym idzie – na jakość doznań? W swojej kolekcji mam dwa Womanizery (W100 i Pro W500) i dwa Satisfyery (Pro 2 i Pro Penguin), więc mogę stwierdzić, że materiał do porównania mam. I to porównanie zdecydowanie wypada na niekorzyść Satisfyera. Dlaczego?

    pro-2-versus-pro-penguin

    Cóż, nie sztuką jest odwzorować mechanizm ssący. Sztuką jest uczynić go na tyle skutecznym, by rzeczywiście działał na wszystkie ciała.

    Satisfyer Pro 2

    Przyznaję, że design tego gadżetu jest miłą odmianą po pierwszych kiczowatych Womanizerach – różowe złoto i minimalistyczna opływowa forma są zdecydowanie przyjemniejsze wizualnie (ale dodam, że projektanci Womanizera ostatnimi czasy też poszli po rozum do głowy i zrezygnowali ze świecidełek i panterki). Dbanie o doświadczenie użytkownika kończy się jednak na projekcie samego akcesorium, bo cała reszta to po prostu opakowanie z cienkiej tektury, plastikowa wkładka i instrukcja obsługi, która jest za duża jak na pudełko, więc jest pogięta.

    satisfyer-pro-2

    Reprezentantka marki, opowiadając mi o produkcie, powiedziała, że główną zaletą Satisfyera 2 Pro jest to, iż najniższy stopień stymulacji zaczyna się u nich tam, gdzie u Womanizera jest poziom piąty. Słowem – zrobili mocniejszy stymulator. I w przypadku tego konkretnego rodzaju stymulacji zdecydowanie nie jest to zaleta. Pierwszy poziom Satisfyera 2 Pro okazuje się tak intensywny, że wywołuje u mnie ból – niezależnie od poziomu podniecenia. To, co lubiłam w Womanizerze, to fakt, że od absolutnego „suchara” potrafi stopniowo przeprowadzić użytkowniczkę do bardzo intensywnego orgazmu. Satisfyer 2 Pro od razu wali z grubej rury i nie jest to dla mojej łechtaczki przyjemne, a kolejne 10 programów to coraz mocniejsze ssanie. Gdy próbuję sobie wyobrazić kogoś, u kogo taka intensywność mogłaby się sprawdzić, do głowy przychodzą mi osoby, które lubią bawić się wymuszanym orgazmem lub posiadaczki bardzo, ale to bardzo niewrażliwych łechtaczek. Lub po prostu osoby, które uwielbiają intensywną stymulację.

    Satisfyer Pro Penguin

    To najtańszy wśród Satisfyerów (kosztuje około 170 zł), reklamowany jako idealny dla osób początkujących. I w przeciwieństwie do wersji Pro 2 jest zaskakująco „delikutaśny” – pierwszy z 11 poziomów stymulacji jest praktycznie niewyczuwalny, podczas gdy kolejne rzeczywiście mogą przypominać te, które znam z Womanizera.

    satisfyer-pro-penguin

    Nie mogę jednak zaprzeczyć, że tę taniość w Pro Penguinie czuć. Silikonowa nasadka bez przerwy luzuje się i wypada (nawet zaczepiając się o wargi sromowe), jest też na tyle cienka, że nie tłumi głośności tego stymulatora – najniższy poziom ssania to około 42 decybeli, podczas gdy najniższa i bardzo mocna „jedynka” Pro 2 to około 50 decybeli. Cóż ledwo wyczuwalne, ale głośne to ssanie, co nie czyni pingwinka specjalnie dyskretnym. „Wlot” zabawki wydaje mi się też na tyle duży, że niezbyt prezycyjnie okala clitoris, chociaż może dla posiadaczek dużych łechtaczek okaże się to zaletą.

    Doceniam fakt, że z subtelnym Pro Penguinem czas stymulacji się wydłuża. Nie jest to orgazm w kilka sekund, jak z Womanizerem, nie jest to masturbacja niemożliwa, jak z Satisfyerem Pro 2. Zauważyłam jednak coś niepokojącego – przy dłuższym użytkowaniu Pro Penguina zaczyna swędzieć mnie wulwa. Raczej nie jest to spowodowane materiałem (nakładka jest silikonowa, a sam trzon wykonany z plastiku ABS obleczonego silikonem), a czasem stymulacji. Satisfyer Pro Penguin ma to do siebie, że długo trzyma mnie na granicy orgazmu, a gdy ten wreszcie przychodzi, jest to orgazm trochę z braku laku – możliwy, ale niespecjalnie głęboki. Wydaje mi się, że ma to związek z designem końcówki – o ile Womanizery trafiają w clitoris z chirurgiczną precyzją (mają też dwa rozmiary tychże końcówek – dla przeciętnych/małych oraz dużych łechtaczek), tak Satisfyer oferuje jeden rozmiar dopasowany do projektu.

    pro-penguin-wyciekaja%cc%a8cy-klej

    Update: eksplorując otwór, zauważyłam, że łączenia plastiku i silikonu są… klejone i to niezbyt starannie. Zdecydowanie nie jest to bezpieczne dla ciała ludzkiego, zwłaszcza, że w trakcie użytkowania zabawka nagrzewa się, co powoduje, że klej topi się. Może właśnie to powodowało u mnie swędzenie? Tym samym Satisfyer Pro Penguin idzie na elektrośmieci. W tym punkcie cała ta recenzja przestaje mieć jakikolwiek sens, bo nie wiem, czy jestem w stanie zaufać producentowi, który tak nieprecyzyjnie klei swoje zabawki. Miałam jedengo Pro Penguina na rozdanie, którego już zdecydowanie nie przeprowadzę. Czy sięgnąć po ten produkt mimo wszystko? Wybór należy do was.

    satysfier-pro-penguin-klejenie

    Konserwacja Satisfyerów

    Producent od początku chciał, aby jego akcesoria były wodoodporne. Tej funkcji nie oferowały wczesne Womanizery, które okazywały się wyłącznie odporne na zachlapania i w przypadku których zanurzenie w wodzie mogło skończyć się uszkodzeniem mechanizmu ssącego. Jeżeli więc weźmiemy pod uwagę cenę nieodpornych na wodę Womanizerów, możemy stwierdzić, że w tym aspekcie producent się nie popisał. Jest jednak pozytywna strona tej sytuacji – na rynku pojawił się wodoodporny Womanizer Pro 40, którego cena oscyluje w granicach 400 zł. Konkurencja sprawiła, że Womanizer musiał trochę spuścić z cenowego tonu, co dla konsumentów jest zaletą, a także ulepszyć design.

    Wszystkie Satisfyery ładuje się magnetyczną ładowarką USB, co już jest praktycznie standardem wśród akcesoriów erotycznych. Dzięki wodoodporności łatwo Satisfyery czyścić – zarówno pod bieżącą wodą, jak i specjalnym cleanerem do zabawek. Zalecam jednak ostrożność w przypadku Pro Penguina – zabawka ma dużo łączeń warstwowych, w których mogą gromadzić się zanieczyszczenia (oraz wypływa z nich klej – patrz wyżej). Zdecydowanie lepszy jakościowo okazuje się pod tym względem odlany z plastiku Pro 2.

    Upgrade czy downgrade? 

    Gdybym wcześniej nie znała Womanizera, a spróbowała Satisfyera, nie wiem, czy przekonałabym się do stymulacji ssącej, bo zniechęciłaby mnie moc Pro 2. Gdybym przeszła od Satisfyera do Womanizera, pewnie czułabym się jak po przesiadce z malucha do mercedesa. Testując Satisfyera po Womanizerze, czuję się, jakbym zrobiła dokładnie odwrotnie – mercedesa z jakichś kompletnie nieznanych mi przyczyn zamieniła na malucha ze stuningowanym silnikiem – niby zapieprza, ale jakoś nienaturalnie szybko (Pro 2) lub nadal jest mi niespecjalnie luksusowo (Pro Penguin).

    Być może w akcesoriach Satisfyera jest jakiś potencjał. Być może intensywność Pro 2 jest dokładnie tym, czego poszukuje spora część konsumentów. Niestety, Satisfyery nie przebijają uniwersalności Womanizerów, jeszcze nie na tę chwilę. Być może klej cieknący z Penguina był tylko wypadkiem przy pracy, a być może ta wpadka mówi nam nieco więcej o samej marce? Trudno mi ostatecznie osądzić. Na chwilę obecną zdecydowanie pozostaję przy Womenizerze.

    This article has 3 comments

    1. automaty wrote:

      Nigdy nie używałam takich rzeczy. Jednak fajnie jest poczytać i poznać tajniki wibratorów. Może za jakiś czas i ja się skuszę… kto wie ;)

      1. greg wrote:

        Sprobuj konieczenie! :-)

    2. Mia W. wrote:

      Pamiętam jak kupiłam swoją pierwszą zabawkę erotyczną. To był mały, tani masażer łechtaczki. Podobały mi się takie za kilkaset złotych, ale miałam wtedy opory zapłacić tyle za seks z samą sobą. Szybko jednak przekonałam się, że często za ceną stoi jakość wykonania. Mój masażer był spoko i dał mi niejeden orgazm, ale wkurzało mnie, że był bardzo głośny (jak na kilkucentymetrowe cacko) i jego wymienne końcówki odpadały kiedy wibrował.
      Czasem jednak warto zainwestować w porządny, oryginalny produkt, bo nie bez powodu tańszy zamiennik jest tańszy – niższa cena odbywa się kosztem czegoś – i nie zawsze jest to marka czy opakowanie – czasami również jakość materiałów i technologii.

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr