• Chcesz być podmiotem czy przedmiotem?

    Podmioty używają przedmiotów. Przedmioty są używane przez podmioty. W kwestii uprzedmiotowienia seksualnego, czas zadać sobie pytanie: kim/czym jesteś i kim/czym chcesz być?

    W oczekiwaniu na opóźniony lot kupiłam dwupak „Men’s Health” i „Women’s Health”. Podróżowałam z moim partnerem, więc pomyślałam, że taki zestaw to dla każdego coś miłego. Po rozpakowaniu łupu przypomniałam sobie, dlaczego kilka lat temu przestałam kupować kolorowe magazyny. O ile okładka „męskiej” wersji czasopisma przedstawiała faceta walecznego, owłosionego i prezentującego wyrobioną masę mięśniową, tak z „kobiecej” uśmiechała się do mnie pani w skąpej koszulce i majtkach od bikini, z udami nienaturalnie powycinanymi photoshopem. „Jego” okładka krzyczała: „buduj, walcz, jedz zdrowo”, jej – „wyglądaj dobrze nago, miej gorętszy seks, poznaj sekrety płaskiego brzucha”. Mój partner miał do wyboru kilka planów treningowych, dietetycznych i artykuły o biznesie, technologii i podróżach, ja – informacje, jak zadowolić go w łóżku, jak ładnie wyglądać na siłowni, jak zapobiegać powstawaniu rozstępów i na jakie zabiegi zapisać się do kosmetyczki. Ta „terapia szokowa” uświadomiła mi, że biernie zgadzam się na ten podział, bo wychowałam się w takiej, a nie innej kulturze. To, co powinno być dla mnie sygnałem alarmowym – seksualizacja polegająca na uprzedmiotawianiu – postrzegałam jako wżarte do tego stopnia w kulturę, że stało się dla mnie nieważne i „normalne”. I powiedziałam sobie: dość!

    Uwaga: myślenie, że ktoś jest atrakcyjny, a nawet powiedzenie mu tego, nie oznacza, że jest przez nas uprzedmiotawiany. Podobnie jak seksualność nie równa się seksualizacji. Cieszenie się seksem, który jest naturalną i bardzo przyjemną czynnością, to coś innego niż postrzeganie drugiej osoby jako produktu wytworzonego dla naszej przyjemności seksualnej. 

    Kobieta – pars pro toto

    Uprzedmiotowienie seksualne to postrzeganie ludzi jako obiekty pożądania, a nie jako osoby. Słowem: jako czegoś, z czym, jako podmiot – użytkownik, mogę uprawiać seks służący wyłącznie mojemu zaspokojeniu i dobremu samopoczuciu. Nietrudno się domyślić, że obiektami seksualnymi w większości przypadków są właśnie kobiety.

    Absurdalne w tej sytuacji jest to, że współcześnie nie tylko mężczyźni postrzegają kobiety jako zbiór elementów. W ten sam sposób kobiety postrzegają same siebie oraz… inne kobiety, ponieważ patrzą na świat dominującym męskim spojrzeniem. Zaczynają postrzegać siebie i swoją wartość wyłącznie przez pryzmat wrażenia, jakie wywołują (o czym pisałam szerzej w Seksownej, ale nie seksualnej). Mężczyzna jawi się jako całość – kobieta jako część zamiast całości. I piszę to ja, kobieta, która odważyła się nie zarechotać, gdy światli (bo wykształceni) koledzy na jej widok zakrzyknęli: „O, cycki przyszły!” i której przed wystąpieniem publicznym mężczyzna powiedział: „Pani taka ładna, że nie wiem, czy będę potrafił się skupić”. W końcu panele o kobietach bez kobiet też są normalne, bo tylko mężczyzna jest w stanie przedstawić problem tak, aby zgromadzeni mogli go wysłuchać bez zbędnego rozpraszania dekoltem.

    Co jest „normalne”, a co „dziwne”? 

    normalnevsdziwne

    nowopen

    Nie chodzi o to, że kobiece ciało „wygląda lepiej” niż męskie. Postrzegamy je jako takie wyłącznie dlatego, że kulturowo utarło się, że może (a wręcz powinno) ono być przedmiotem do podziwiania, co zapewne w targach małżeńskich, w czasach, kiedy kobieta w inwentarzu znaczyła mniej od krowy, miało jakieś znaczenie.

    Tak zestawione obrazy wydają nam się dziwne głównie dlatego, że kulturowo zwykliśmy postrzegać seksualność męską jako aktywną, a kobiecą – jako pasywną. Zatem postawienie mężczyzny w roli słabego, pasywnego obiektu do oglądania (jak na zestawieniu z pin-up girl i pin-up boy) wywołuje u patrzącego dysonans poznawczy. W kampaniach reklamowych dużo łatwiej jest grać sloganami czy obrazami opartymi o domniemaną dostępność seksualną kobiety i sposób jej prowadzenia się (kampania American Apparel zestawiona z moją kreacją), wszyscy pamiętamy chyba „cztery osiemnastki”, „dziś będzie na twarz”, „jeszcze nie miałam tego w ustach”. Ciało kobiety to idealne tło kampanii reklamowych, w szczególności produktów skierowanych do mężczyzn. Niebezpieczeństwo tkwi w tym, że podobne przekazy usprawiedliwiają postrzeganie kobiet jako przedmioty, a faceci, nazywając siebie „zwierzętami patrzącymi” w rzeczywistości wyrządzają swojemu gatunkowi niedźwiedzią przysługę.

    Co więcej, kobieta nawet nie może się bez podtekstów z mężczyzną przyjaźnić, bo przecież on nigdy nie będzie w stanie nie myśleć o seksie, kiedy ona będzie obok! Dlaczego mężczyźni nie zbuntują się? To jasne, kto by kłócił się z uprzywilejowaną pozycją? W końcu mężczyzna, o ile nie wygląda i nie zachowuje się jak kobieta, nie musi mieć określonej budowy ciała czy fizjonomii, by być traktowanym poważnie lub jako specjalista w swojej dziedzinie. Kobieta, aby się przebić, musi zmężnieć.

    Osoba vs obiekt seksualny

    Osobę postrzegamy w kategoriach osobowości, intelektu, poczucia humoru, umiejętności, czyli wszystkiego tego, czego nie da się zobaczyć gołym okiem, co poznajemy i odkrywamy, a ten proces czyni ją w naszych oczach atrakcyjną (bądź nie). Obiekt seksualny jest wyłącznie przedmiotem pożądania, cackiem do patrzenia, które chcemy posiąść (lub nie). Zapominamy przy tym, że uprzedmiotowianie na taką skalę prowadzi do samouprzedmiotowienia i jest o tyle groźne, że zamiast postrzegać się jako istoty, my, kobiety, zaczynamy widzieć siebie jako zbiór elementów, głównie niedoskonałych, które wymagają ulepszenia, abyśmy mogły zasłużyć… No właśnie, na co? Na uwagę, na podziw. Dlatego dajemy sobie wmówić, że przyjmując pewne schematy zachowań, zyskujemy na wartości. Ale takiej rynkowej, która odbija się wyłącznie w oczach innych.

    Negatywnym skutkiem takiego postrzegania rzeczywistości jest między innymi to, jak traktujemy przemoc seksualną oraz jej przejawy w przestrzeni publicznej. W końcu niektórym wydaje się, że to „naturalny porządek”, że mężczyzna jest seksualnie dominujący, a kobieta – uległa, więc powinna chcieć być chciana, nawet w sposób, który polega na wzięciu jej siłą. W końcu to kobieta wysyła sygnały, a dzięki płci ma coś takiego w sobie, że facet nie może się pohamować. Przechodziłam kilka razy koło siłowni, która reklamowała się sloganem: „Nie tylko robotnicy będą gwizdać!”.

    Bardzo często, kiedy jadę rowerem po ulicy, kierowcy trąbią na mnie nie dlatego, że robię coś głupiego lub stwarzam sytuację zagrożenia, ale po to, by zwolnić, opuścić szybę i mrugając, powiedzieć „cześć”. I wiem, że zaraz znalazłoby się wielu, którzy próbowaliby mi udowodnić, że to komplement, że powinnam czuć się z tym dobrze. Czy kobiety trąbią na mojego partnera, który też jeździ rowerem? Łatwo się domyślić… Ciekawie o tego typu niechcianych komplementach pisała Lady Pasztet.

    Gdy zaś idzie o seksualność, jak osoba, której samopostrzeganie oparte jest na byciu uprzedmiotawianą i ciągłemu realizowaniu projektu „atrakcyjna”, ma mieć satysfakcjonujący seks? Przecież przedmioty nie mają uczuć, nie mają potrzeb, samorealizacja w ich przypadku nie istnieje. W efekcie nie tylko partnerzy nie troszczą się o ich przyjemność seksualną, bo przeżywanie rozkoszy ich samych nie interesuje – ważniejszy jest występ i partner w roli publiczności.

    A co jest chyba najbardziej niepokojące w opisywanych przeze mnie sytuacjach, to fakt, że zamiast współpracować i wspólnie walczyć o to, aby nie być postrzeganymi jako obiekty, nie tylko biernie zgadzamy się na zastaną rzeczywistość, ale też chętnie określamy naszą „lepszą” pozycję w świecie, bo w końcu jesteśmy czymś więcej niż dziewczyna w zdzirowatej sukience.

    To, że pewne zachowania są powszechne, nie oznacza, że automatycznie stają się normalne. Pamiętaj o tym, zanim kolejny raz zakrzykniesz: „O, cycki przyszły!”.

    [okładka wpisu, now open, now open AP, pin-up boy, pin-up girl]

    This article has 4 comments

    1. Eleonora wrote:

      A ja osobiście lubię być podziwiana, jakkolwiek narcystycznie to zabrzmi. Dziewczyny również często wymieniają się komplementami, które zawsze miło jest usłyszeć, a miłe słowo (nawet dotyczące wyglądu!) na początku dnia, od razu czyni go lepszym. Oczywiście sytuacje, gdy kierowcy trąbią są nawet nie tyle, co głupie, ale po prostu nieprzyzwoite, a nam
      uczestniczkom ruchu drogowego na rowerze, rozpraszające uwagę (od razu podskakuję i rozglądam się nerwowo, co zrobiłam źle). Ale już domowa sytuacja, gdy jestem ze swoim partnerem sam na sam wygląda zupełnie inaczej. Lubię podczas seksu mieć świadomość, że zaspokajam swojego mężczyznę i mu się podobam. Nawet więcej – uwielbiam ten podział na silnego mężczyznę i JEGO kobietę, która ma mu sprawić przyjemność.

    2. Lady Pasztet wrote:

      Pozwolę sobie wtrącić swoje trzy grosze, przede wszystkim, zaczęłabym od tego, że to co napisała Nat jest na wskroś feministyczne. Czy się nam to podoba czy nie, właśnie ten ruch zwraca uwagę na to, jak kobiety są traktowane przez innych oraz same prze siebie nawzajem. Niestety nie zawsze się nam udaje pokonać swoje ograniczenia narzucone nie tylko przez kulturę, ale także przez nasze ciasne umysły. Mogę się wkurzać, że w Polsce artykuł o najnowszej kandydatce na prezydentkę będzie poświęcony w połowie jej atrakcyjności fizycznej, ale i w tym momencie ktoś będzie na tyle uprzejmy, żeby zwrócić mi uwagę, że sama jestem atrakcyjną kobietą a to zaleta a nie wada. I nie wiem, co to ma do rzeczy i co dodaje w kwestii dyskusji. Ja się pytam: czy to musi być wada albo zaleta? Dlaczego nie dostrzegamy czegoś więcej w kobietach, tylko od razu kwalifikujemy je ładna/brzydka? Same sobie to robimy, chociaż tak bardzo nie chcemy padać ofiarą oceny. Mnie także, chociaż jestem feministką zdeklarowaną, kosztuje podjęcie decyzji, że dzisiaj się nie pomaluję, bo nie mam ochoty. Wiem, że żaden z pracujących mężczyzn nie zwróci uwagi. Boję się oceniających spojrzeń innych kobiet. Ale się nie maluję, bo I don’t give a fuck. I to poczucie komfortu trzeba w sobie stopniowo wyrabiać.

    3. Żmij wrote:

      Swego czasu Oscar Wilde popełnił w „Portrecie Doriana Graya” zdanie, iż „kobiety to płeć dekoracyjna”. Szczerze uwielbiam to zdanie, ponieważ oddaje właśnie to, czym według mnie kobiety ZAWSZE były.
      Ciekawostka: czy ktoś potrafi wymienić dzieła sztuki, w których kobieta byłaby obiektem pożądania przez to jaka jest osobowościowo?
      Jakiekolwiek wiersze, jakiekolwiek wielkie opowieści miłosne, cały Disney: wszystko rozbija się o to, że dziewczyna jest ładna. Że jest zachwycająca. Wiersze, poematy, muzyka – wszystko powstawało na bazie urody kobiet. Czy Petrarka zamienił chociaż dwa zdania ze swoją Laurą? Czy Romeo potrzebował więcej niż spojrzenia, żeby zakochać się w Julii?

      A my – a ja, bo byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że nie przyczyniam się do tego okropnego, błędnego koła – wierzymy, że tak właśnie ma być. Że każdy pieprzony rozstęp i dodatkowy kilogram na zawsze przekreśla naszą szansę na szczęście: bo nie zapominajmy: szczęście można uzyskać jedynie poprzez związek, bycie „z tym drugim kimś”, już pal licho, czy to heteronormatywnie czy też nie.
      Nadal zgadzamy się na to, by żyć w świecie, gdzie „…cóż, ma ciekawą osobowość” jest eufemizmem na „jest brzydka” i jest najgorszą rzeczą, jaką o dziewczynie można powiedzieć.

      Tylko jak się z tego wyrwać? W jaki sposób wyszarpać z siebie te denerwujące i strasznie krzywdzące (nas same – bo moim zdaniem w tym przypadku większa wina leży w nas, tych, które nie protestują, niż w kimś, kto nie jest w stanie postawić się w naszej sytuacji i odpowiednio zrozumieć problemu, skoro my same mamy problem ze scharakteryzowaniem czy zauważeniem go) nawyki?

      Tak czy inaczej – jestem wdzięczna za tę notkę ;). Po raz kolejny przypomniała mi o tej prawdzie, że własnej wartości powinnam szukać w sobie, nie w oczach innych.

    4. JS wrote:

      Jaka to ulga, kiedy wreszcie można takie rzeczy przeczytać nie tylko pod tagiem „feminizm”
      DZiĘKI Nat.

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr