• Dziewczyny, co z wami?!

    Spotkałam dzisiaj B., która wczoraj odwołała kolację i drinki ze mną, bo miała szalenie ważny esej do napisania. Kilka godzin temu, cała w skowronkach opowiedziała mi, że była na czymś w rodzaju randki ze znajomym z poprzedniej pracy. On odezwał się ni z tego, ni z owego i poleciała jak na skrzydłach. 

    Kilka dni wcześniej A., z którą nie mogłam zgrać terminów już od kilku tygodni, gdy wreszcie umówiłyśmy się na wino – przy okazji skrzykując wszystkich znajomych – w ten sam dzień oświadczyła, że nie da rady, bo jej nowy chłopak zabiera ją na randkę.

    Mogłabym mnożyć przykłady kobiet (i ciotek), które olały mnie, bo na horyzoncie majaczył jakiś obiecujący gach. Rzucały wszystko i szły się całować (nawet wirtualnie, gdy pomiędzy nami była jedynie przestrzeń stołu i smartfon, w którym materializował się ON), licząc, że je zrozumiem. Że będę im kibicować. Otóż nie – nie rozumiem i nie kibicuję. I całkiem serio, to pewnie przez tę wiosnę, coraz częściej jestem zaskoczona, gdy ktoś nie odwołuje spotkania niż gdy nie dochodzi ono do skutku.

    Kiedy umawiam się z kimś i wpisuję sobie datę i godzinę do kalendarza, jest to dla mnie rzecz święta, odwoływalna wyłącznie w przypadku nagłego zgonu, choroby i niespodziewanego tête-à-tête z Johnnym Deppem. I obowiązuje tu prawo pierwszeństwa – gdy zaklepała mnie koleżanka, nie będzie miał mnie chłopak i basta. Może… ewentualnie… uda mi się go wcisnąć gdzieś pomiędzy przeglądanie kolorowych magazynów i fitness, tak za dwa tygodnie. Okej, będę poważna: lubiłabyś być „planem B” swojego faceta, czymś po co dzwoni – najlepiej z dostawą do domu, gdy fajniejsza od ciebie dziewczyna lub fajniejszy kumpel są zajęci? Bo ja właśnie czuję się jak plan B, który jest spoko wtedy, kiedy na horyzoncie nie ma chłopaków (jak z B.) lub wtedy, kiedy eks jest do tego stopnia do dupy, że A. chce się rzygać, gdy na niego patrzy.

    Zupełnie serio, dużo częściej dostaję spontaniczne zaproszenia na piwo od kolegów (bo właśnie są w pobliżu, bo wychodzimy razem z pracy, bo świeci słońce) niż od dziewczyn, które albo czatują z obiektem uczuć na Facebooku, albo wgapiają się w ekran w oczekiwaniu na zieloną kropkę przy jego nazwisku.

    Bo dziewczyny już tak mają, że lubią zaniedbywać relacje z przyjaciółmi, gdy pojawiają się faceci. Wówczas przyjaciele są im potrzebni już tylko do tego, żeby pochwalić im się szczęściem przez Facebooka czy pomóc się pozbierać, gdy miśka zmęczy bycie czyimś całym światem. Wszyscy potrzebujemy przyjaciół na dobre i na złe, a już zwłaszcza w przypadku tego ostatniego. Tylko niestety, każda przyjaźń zdycha, gdy się ją odłoży na bok. Facet w życiu to, owszem, sporo korzyści, ale… Samą siebie wysłałabym do psychiatryka, gdybym któregoś dnia powiedziała, że już nie potrzebuję nikogo innego, bo mój facet jest moim najlepszym przyjacielem i on mi wystarczy.

    „Łatwo ci mówić, bo masz faceta” – w tym momencie żachnęły się pewnie wszystkie zdesperowane singielki. Nie, kochane, zawsze taka byłam.

    Myślę, że nadszedł czas opowiedzieć (ekskluziw, tylko dla czytelników Proseksualnej i tych, którzy trafili tu, bo zbłądzili) historię mojego związku, która wyjaśni, dlaczego jest on taki fajny i dlaczego dostał mi się najlepszy chłopak na dzielni. Otóż zdarzyło się to, ponieważ ja Mariana nie chciałam. A on, nieprzyzwyczajony do braku całkowitej atencji dziewczyn, które obdarzał sympatią, postanowił udowodnić mi, że powinnam go chcieć („To, że mnie nie chciała sprawiło, że pragnąłem jej jeszcze bardziej” – powie Marian każdemu, kto zapyta, jak się poznaliśmy, nawet własnym rodzicom). Chodzi o to, że ja zazwyczaj miałam coś ciekawszego do roboty niż „robienie” Mariana – i nie był to element gry – poznaliśmy się w tym roku, w którym przeprowadziłam się do nowego miejsca, założyłam Proseksualną, planowałam mieć kochanków z całego świata i chodzić na miliony randek. Poznawać nowych ludzi i podróżować po Europie. Wszystko było ekscytujące, a ja uwielbiałam swoje nowe życie. Bo widzicie – ja nie potrzebuję faceta, żeby dobrze o sobie myśleć, jak i nie potrzebuję samotności, żeby mieć hobby. Taką spełnioną dostał mnie Marian. Dopiero cztery miesiące od momentu poznania (pojechał ze mną na sylwestra do Rzymu), kiedy wspinaliśmy się 7 kilometrów pod górę, żeby zwiedzić Park Potworów w Bomarzo, bo okazało się, że nie kursują tam żadne autobusy, a Włosi stronią od autostopowiczów, stwierdziłam, że w sumie mogłabym mieć tego faceta u boku na stałe. On pewnie myślał, że nie znajdzie drugiej takiej, która pokonałaby tę trasę w butach na obcasach.

    Myślicie, że Marian pożądałby mnie tak samo mocno, gdybym była na każde jego skinienie, oczekiwała, że wypełni mi każdą wolną chwilę, pozwalała jemu decydować, co zrobię danego dnia i nie czytała tych wszystkich wspaniałych książek czy nie chodziłabym na inspirujące wykłady, o których później mogłam godzinami opowiadać? Nie, bo najatrakcyjniejsi wydają nam się ludzie, którzy po prostu nie potrzebują nas do szczęścia.

    Nie ma w końcu nic imponującego w tym, że jesteś w stanie olać wyjście ze znajomymi na film, kiedy tylko facet zaproponuje ci randkę. To jest po prostu miękkobułyzm. Całkiem serio myślę, że A. i B., któregoś dnia zrozumieją, o co w tym wszystkim chodzi i nauczą się, że facet u boku nie jest wyznacznikiem ich wartości. Być może wtedy, jakimś cudem, wciąż będziemy się przyjaźnić. W przeciwnym razie czeka je przyszłość w roli „Overly Attached Girlfriend”. 

    This article has 10 comments

    1. welrod wrote:

      Może to nie jest kwestia płci tylko desperacji. Z własnej perspektywy: Jak nie mam dużych prospektów na randkę i nagle jakaś się pojawi to rzucę wszystko bo następna okazja się może nie pojawić przez najbliższy rok :D

    2. Kasia wrote:

      Ja tak samo jak Twój Marian, mam naturę zdobywczyni. Nie chciałabym, żeby dziewczyna, którą się zainteresuję od razu zorientowała się co czuję, od razu odwzajemniła i zaproponowała bycie razem. Chciałabym się troszkę potrudzić, trochę niepewności :)

    3. D. wrote:

      Oj, Nat, sądząc po Twoich odpowiedziach osobom o nickach „P” oraz ” aga”, to raczej Ty masz monopol na rację… Szkoda, bo piszesz w bardzo fajnym stylu, ale nie jesteś w stanie przyjąć konstruktywnej krytyki, a nikt nie lubi nieomylnych Panów i Pań „Ja Wiem Lepiej”. Pozdrowienia.

    4. aga wrote:

      Rozumiem ból, kiedyś miałam taką koleżankę, która wiecznie wszystko odwoływała w ostatniej chwili z błahych powodów. Natomiast opowieść o łaskawym dopuszczeniu Mariana do koryta jest już jednak niefajna. Może i uważałaś się wtedy za spełnioną, fajnie, ale byłaś też kobietą, która nie wiedziała, czego chce. Bo niby nie chciałaś Mariana, a jednak chciałaś. Może i nie grałaś, ale najwyraźniej bawiłaś się jego uczuciami. Twoja historyjka nie pokazuje, że do facetów trzeba podchodzić z głową i nie zapominać o koleżankach. Raczej wpisuje się w trend „księżniczkowania” i jest skrajnym przeciwieństwem zachowania koleżanek i przez to równie złym.

      1. Nat wrote:

        Ty chyba lubisz wiedzieć wszystko lepiej, co? :D

    5. kmoczar wrote:

      Ciekawe, z mężczyznami to tak nie działa, tj. w większości rozumieją, że kolega polujący na dziewczynę nie będzie sobie punktów ujemnych robił i normalnie podporządkuje potencjalnej kandydatce terminarz – bo sam jest na razie tylko kandydatem. Koledzy trzymają kciuki, a czas na spotkanie z nimi zawsze się znajdzie – w końcu znali się wiele kobiet temu i będą się jeszcze spotykać na piwie wiele kobiet później.

    6. P wrote:

      Założenie i przesłanie jest słuszne – kobiety nierzadko rzucają wszystko, żeby przykleić się do potencjalnego ukochanego i warto im to uświadamiać. Ale druga część „jak zdobyć idealnego mężczyznę?” razi tendencyjnością. W Twoim życiu zdarzyło się tak, że w danym momencie nie chciałaś związku. Facet Ci się średnio podobał, ale wykazał się determinacją. Czy to naprawdę taki świetny model? Trochę wpisuje się w odwieczny stereotyp rycerza „kobieta jako nagroda za moje trudy” i „jeżeli o coś walczę, to ma to większą wartość”. Nie brzmi partnersko i nowocześnie. Bycie zimną i niezaangażowaną jest możliwe dla osób, którym faktycznie nie zależy. Jeżeli ktosia poznaje faceta, który naprawdę bardzo jej się podoba, to dlaczego ma taką grać? Twoje rady warto byłoby to przeformułować.

      1. Nat wrote:

        Hah, nie grać. Zrozumieć, że facet u boku nie jest wyznacznikiem jej wartości. O tym piszę w ostatnim akapicie.

    7. Jozz wrote:

      Rozbawił mnie ten post.

    8. Bapsi wrote:

      U mnie zdarzyło się odwrotnie. Mój poprzedni chłopak spędzał ze mną stosunkowo dość mało czasu i dlatego przy natłoku obowiązków mogłam znaleźć dużo czasu dla przyjaciółek. Aktualnie mam faceta, z którym spędzam dużo czasu i kilka przyjaciółek (zwłaszcza singielek!) się zaczęło momentami obrażać albo przeżywać jakiś kryzys („może nasza przyjaźń nie ma sensu”), bo już nie mam dla nich tak dużo czasu ile miałam wcześniej. Pomimo, że nadal nasze spotkania traktuje jak świętość to widzą tylko tyle, że za mało czasu im poświęcam. Bo coś się zmieniło. Nie zamierzam wbrew sobie im ulegać, bo większość stawia faceta tak na piedestale (i jest różnica pomiędzy tym piedestałem, a pierwszym miejscem), że nie zauważa, że jest „poza zasięgiem”, bo np. „na śmierć zapomniałam, a właśnie dzwonił Michał i idziemy razem na lody, spotkamy się kiedy indziej ok?”. Takie „ty bądź dla mnie zawsze, ale nie żądaj tego ode mnie jak pojawi się facet w moim życiu”.

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr