• Gdy w związku brakuje ci… brzucha

    Powiadam wam: życie jest miałkie bez dobrego wina i bez dobrego gacha. Niestety, tylko to pierwsze możesz sobie kupić, a o to drugie cholernie trudno.

    Długo nie wiedziałam, jak określić tę przypadłość, aż wreszcie oświeciła mnie jedna z kobiet mojego życia, mówiąc: jesteś życiową heroinistką. Trafiło w punkt. Bo rzeczywiście: kiedy w życiu heroinisty niewiele się dzieje, ciało zaczyna go swędzieć, więc szuka kolejnej działki wrażeń. Zatem przyznaję: jestem heroinistką, która – choć bywa ciężko – próbuje kontrolować swój nałóg.

    Z jednej strony heroinistom można zazdrościć, bo wtedy, kiedy inni tylko mówią o robieniu rzeczy (na przykład przeprowadzce, wyjeździe z plecakiem przez Europę, wytatuowaniu się czy rzuceniu pracy), oni realnie je robią. Z drugiej – życie z heroinistą jest cholernie męczące i niepewne, bo całkiem prawdopodobne, że któregoś dnia tenże oświadczy, że jedzie na roczny wolontariat na Bali, lub z szaleństwem w oczach postanowi napisać całą magisterkę w trzy dni przed ostatecznym terminem złożenia pracy (a spróbuj zapytać, co heroinista robił przez całe dwa lata studiów. Odpowie ci, że żył albo kolekcjonował wrażenia, słowem: robił coś, czego przyzwoici ludzie nie zrozumieją). Dlatego utrzymać przy sobie heroinistę, gdy ten nie chce współpracować – rzecz niemożliwa, choć Dharmie i Gregowi jakoś się udawało.

    Heroiniści mają to do siebie, że odchodzą, gdy przestają się dobrze bawić, gdy kopie ich w dupę monotonia codzienności. Bo heroiniści, chcąc przezwyciężyć tę miałkość, gdy nie znają takich rzeczy, jak przeżycia estetyczne, z reguły sięgają po używki lub… seks, byle z kimś nowym, gdzieś na boku. Albo po jedno i drugie jednocześnie (całe szczęście, ja sięgam po piękno. Zazwyczaj…). Generalnie trudno im angażować się tak w życie, jak i w związki. A na pierwszy rzut oka wydają się tacy… normalni.

    Gdybym miała gdzieś ulokować to uczucie, które towarzyszy mi, gdy obcuję z czymś stymulującym (i nie musi być to wyłącznie stymulacja erotyczna, wystarczy, żeby obiecywało przygodę), umieściłabym je gdzieś w okolicy brzucha i lędźwi. To ten skurcz, na ogół interpretowany jako „motylki”. Ja mam „motylki”, gdy widzę kogoś atrakcyjnego, gdy flirtuję z kimś atrakcyjnym, gdy obcuję z wybitnym dziełem sztuki czy literatury, gdy przeprowadzam się do kolejnego miejsca (mieszkałam już w czterech krajach i to nie z biedy, a z wyboru), gdy uczę się jakiejś nowej rzeczy. Nie jestem permanentnie pobudzona, potrafię funkcjonować między ludźmi, ale raz na jakiś czas wpadam w ciąg i to raczej się nie zmieni, a przynajmniej nie przez najbliższe 4 lata, jak przepowiedziała stara Cyganka.

    Spróbujcie więc sobie wyobrazić heroinistkę i ciepłe kapcie związku. Nie do pomyślenia, prawda? No właśnie. Podobno każdemu z nas przytrafia się w życiu jedna taka relacja, po której wszystkie inne wydają się jakieś niedorobione. Bo jest inna, bo jest emocjonalnie intensywna, bo jest jakimś ideałem, do którego powracamy myślami, bo zapewniała nam ciągły uczuciowy haj. Uzależniamy się od niego, więc chcemy więcej. Mądrzy ludzie jednak wiedzą, że na ciągłym haju serce prędzej czy później wysiada, dlatego powinniśmy nauczyć się doceniać i na nowo odnajdywać w partnerze (lub partnerce) to, co kiedyś rozwibrowało nam lędźwie. Tak, moi mili – nie na obietnicę stabilizacji już na etapie pierwszych randek, a na ucisk w dołku należy zwracać uwagę.

    Bo najgorsze, co mogłoby się przydarzyć heroinistce to chcieć się całować w deszczu, biegać nago po polanie i tańczyć tak, jakby nikt nie patrzył – i chcieć to robić z facetem (albo z kobietą – wstawić w dalsze pola, jeżeli potrzebne), i nie móc tego robić z facetem, z którym się jest. Gdy nie ma pożądania już na starcie, prawdopodobnie nie pojawi się ono już w ogóle. Prawda jest bowiem taka, że motylki z czasem zdychają, to jasne, ale nigdy nie przylecą tam, gdzie ziemia jest jałowa i pasja na niej nie chce rosnąć.

    Zdarza się i tak, że wizja podniecającego żywota (moja ulubiona metafora karczemnych awantur połączonych z rzucaniem w siebie talerzami to tylko jeden z przykładów) i codzienność (gdy zainteresowane strony nie kłócą się w ogóle) rozjeżdżają się, w sypialni uzależnionego kochankowie zmieniają się jak w kalejdoskopie. Heroiniści rzucają się w ten wir, przekonani, że tylko wtedy są w stanie poczuć cokolwiek. Dlatego pasja – pasją, ale czasem trzeba też trzeźwo ocenić sytuację i… pomyśleć o konsekwencjach, a przede wszystkim przypomnieć sobie, czy były jakieś motylki. Jak nie było nawet gąsienicy, to lepiej odejść. Po prostu któregoś dnia obudzicie się i odkryjecie, że w waszym związku brakuje wam tej strategicznej części ciała – od pasa w dół aż po uda. Bo zdarza się to nie tylko w „heroinistycznych” związkach. Po prostu heroiniści odczuwają to dużo bardziej.

    Moje kontrolowanie nałogu jest nieco schizofreniczne, bo gdy idzie o romanse (bez ballad) bardzo często igram z ogniem, nigdy do niego nie wskakując, czyli flirtuję, jednocześnie nie śmierdząc związkową desperacją (aka: parciem na związek, skoro jeden już mam). Tak po francusku – bez dotykania. W moim przekonaniu to, co miałabym do stracenia jest dla mnie zbyt cenne, zaś czyjś ból nie jest wart kilku sekund mojego zapomnienia. Miałam bowiem to szczęście, że już lata temu nauczyłam się rozróżniać podniecenie od zakochania (bo nie zapominajcie, że babki już tak mają i bardzo często sygnały ciała świadczące o podnieceniu interpretują jako zakochanie) i przyznaję, że czasem wplątuję się w podniecające sytuacje. Zdarza mi się więc „zgłodnieć na mieście”, ale zawsze wracam do domu na kolację.

    A tak w ogóle, to idzie wiosna. Ciężki czas dla heroinistów…

    [grafika wpisu via]

    This article has 1 comments

    1. Zdarza mi się więc „zgłodnieć na mieście”, ale zawsze wracam do domu na kolację.

      dawno nie słyszałam trafniejszej metafory :)

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr