• Na wszelki wypadek

    Kilka miesięcy temu, na przejściu dla pieszych, natknęłam się na taką sytuację: młodą dziewczynę nachalnie nagabywał jakiś facet. Ona, mając pewnie wpojone, że najlepiej jest takiego przykrego amanta ugłaskać, aby się wreszcie odczepił, bezskutecznie próbowała go zbyć. 

    Czekamy na zielone światło, sytuacja się rozwija, ona mówi, że nie chce jego towarzystwa, a on nie ustępuje. Pytam dziewczynę, czy to jakiś jej znajomy. Ona zaprzecza. „Koleżanka powiedziała, że nie jest zainteresowana, więc może się odpierdol?” (w takich okolicznościach przyrody kultura słowa nie jest moją najmocniejszą stroną). Typ, obadawszy sytuację wzrokiem (ja trzymam za rękę prawie dwumetrowego „straszaka” w postaci mojego partnera, który z wyżyn własnego wzrostu nawet nie zauważył, że coś jest nie tak), odmaszerowuje, rzucając pod nosem kurwami. Odprowadzamy dziewczynę kawałek, ona odchodzi w swoją stronę, nawet niespecjalnie zszokowana, bo cóż, dla niej, jak dla wielu z nas, jest to po prostu kolejny „dzień z życia kobiety”.

    Nie piszę o tym, aby pochwalić się szczególnym bohaterstwem, bo interweniowanie w podobnych sytuacjach to dla mnie norma – czy to w klubie, czy na ulicy, i niekoniecznie z męskim poplecznikiem. Za bardzo męczyłaby mnie własna obojętność, gdybym nie zareagowała. A powyższy przykład udowadnia, że prędzej kobieta zauważy, że drugą kobietę ktoś napastuje, niż facet? Dlaczego? Tą kwestią zajęła się m. in. Amanda Hess, dociekając, dlaczego mężczyznom trudniej dostrzec mizoginię: wersja angielska, przekład na język polski. Wszystko za sprawą tragedii w Santa Barbara, która poruszyła (nie tylko) amerykańskie społeczeństwo, ale również zainspirowała uruchomienie akcji #YesAllWomen, w ramach której użytkownicy Twittera (bo nie tylko użytkowniczki) dzielą się doświadczeniami i przemyśleniami wokół przemocy (fizycznej i słownej) mężczyzn wobec kobiet, a także seksizmu.

    Wczoraj, późną nocą i przy kieliszku wina, omawiałam tę akcję z L. i nawet nie wiecie, z jaką ulgą odetchnęłam, kiedy okazało się, że L. podziela moje zdanie co do wspomnianego projektu. Bo dla mnie #YesAllWomen nie działa, tak jak powinno, podobnie jak nie działał #EverydaySexism. Dlaczego? Już spieszę wyjaśnić. Kiedy śledzę listę wszystkich tweetów opatrzonych odpowiednim hashtagiem, czuję złość, współczuję ofiarom i nie zgadzam się na taki porządek świata. Podzielam ich doświadczenia i potwierdzam, że przynajmniej raz w życiu uciekłam się do manewru sztucznej uprzejmości czy ugłaskiwania po to, żeby uniknąć konfrontacji. A potem widzę kontrakcję #NotAllMen, która w dużym skrócie ma udowodnić zarówno ofiarom, jak i mi, że „nie wszyscy mężczyźni tacy są”. Ja wiem, że mój partner taki nie jest, że mój kolega z pracy taki nie jest, że mój najlepszy przyjaciel taki nie jest, że mój sąsiad też taki nie jest, ale właśnie: posadź nawet najbardziej białego, wykształconego i średnio zamożnego mężczyznę przed omawianym feedem – bardzo prawdopodobne, że podsumuje go właśnie tą frazą: „nie wszyscy mężczyźni tacy są, a te kobiety po prostu miały pecha”. Kropka. Koniec tematu.

    A teraz wyobraź sobie, że przed tym feedem siada ten koleś, który pojawił się w mojej opowieści przytoczonej we wstępie: zapewne niewykształcony, nieznający angielskiego, żeby w ogóle móc się z tymi zapiskami zapoznać, poniekąd sympatyzujący z ideą uprzywilejowanej pozycji mężczyzn, którzy mają prawo do rozporządzania kobiecym ciałem. On powie ci: suki mają to, na co zasłużyły. Pomiędzy nim a akcją musi być jakiś pośrednik, który udowodni mu (choć niektórzy są niereformowalni), że taka postawa nie jest w porządku. Ale cóż, tego pośrednika brak.

    Ten projekt porusza przede wszystkim kobiety, a zmienia myślenie tylko tych mężczyzn, którzy w procesie stawania się istotami społecznymi, nauczyli się, że nie ma „lepszej” i „gorszej” płci. I, cholera, ich – w skali globu – jest bardzo mało. A sam wstęp do tej dyskusji na Reddit udowadnia, że nawet ci fajni faceci mogą nie dostrzegać pełnego obrazu bycia kobietą, opierającego się na ugłaskiwaniu sprawców, milczenia wobec seksizmu oraz bezsilności, dopóki nie usłyszą potwierdzenia od bliskich sobie kobiet: „Tak, to naprawdę się dzieje”. Użytkownik, który zainicjował temat na Reddit, pisze, że nie tylko on, ale pewnie wielu innych mężczyzn żyjących w cudownej bańce nieświadomości, chciałoby o tym wiedzieć. Ja mogę mieć jedynie nadzieję, że otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, będą w stanie coś z tą wiedzą zrobić.

    Dziewczyny, spróbujcie powiedzieć facetom ze swojego otoczenia, ile rzeczy robicie „na wszelki wypadek”, żeby nie paść ofiarą przemocy, molestowania czy gwałtu. Powiedzcie głośno, czego uczy się nas od najmłodszych lat.

    Bo na wszelki wypadek my, kobiety, podróżujemy w grupach.

    Na wszelki wypadek, pokonując ciemną nocą odcinek od przystanku do mieszkania, ściskamy w ręce pęk kluczy.

    Na wszelki wypadek, kupując buty, zastanawiamy się, czy w razie czego da się w nich uciekać.

    Na wszelki wypadek zastanawiamy się, czy nasz strój i makijaż nie są zbyt wyzywające.

    Na wszelki wypadek unikamy bocznych uliczek czy parków po zmroku.

    Na wszelki wypadek robimy kurs samoobrony dla kobiet.

    Na wszelki wypadek felernym amantom mówimy, że jesteśmy zaręczone, w związkach lub że nasi faceci są właśnie w kiblu, dlatego stoimy przy barze same. Bo na felernego faceta lepiej od kobiecego „nie” działa świadomość, że teren został już obsikany przez innego samca.

    I jest to szalenie męczące. Bo to nie dzieje się w jakimś nieistniejącym czy „dzikim” kraju, w którym nasze stopy nigdy nie postaną. Tak jest wszędzie.

    Wszystko to czynimy na ten jeden, „wszelki wypadek”, gdybyśmy miały któregoś dnia spotkać na swojej drodze nieodpowiedniego faceta, który postanowi uczynić nas obiektem przemocy. Pokażcie mi mężczyzn, którzy w takim samym stopniu boją się kobiet.

    I cholernie ciężko jest za taki stan rzeczy winić pojedynczych sprawców, zwłaszcza w obliczu bliskich nam mężczyzn, kwitujących problem: „nie wszyscy mężczyźni tacy są”. Chłopaki, to tylko słowa, słowa, słowa. Wiecie, co możecie zrobić, żeby to naprawdę i namacalnie udowodnić? Traktujcie kobiety z szacunkiem. Nie nazywajcie ich dziwkami, kiedy odrzucają wasze amory i nie pozwalajcie swoim kumplom na takie epitety, kiedy dziewczyny mówią im, że nie są zainteresowane. Zwracajcie uwagę na to, co się wokół was dzieje: na kolegów, którzy zaganiają dziewczyny do kąta w klubie i ograniczając ich przestrzeń osobistą, próbują z nimi „porozmawiać”, a tak naprawdę – zmacać. Miejcie oczy dookoła głowy, wykorzystajcie tę „uprzywilejowaną pozycję”, by reagować, nawet kosztem bycia „straszakiem”. Bo założę się, że nigdy, odrzuciwszy zaloty kobiety, nie usłyszeliście, że jesteście złamanymi fiutami, pierdolonymi impotentami czy czymś jeszcze gorszym. A w moim otoczeniu nie tylko ja od podrywającego mnie faceta usłyszałam, że jestem pizdą, pojebaną feministką i krową ze zjebanym ryjem, trzy w jednym. Nauczcie się radzić sobie z odmową.

    Moją przyjaciółkę ostatnio podrywał facet. Zupełnie bez znaczenia dla jego kiepskich zalotów było to, że był niesłyszący (nosił aparat słuchowy) i mówił niewyraźnie. Ale kiedy dziewczyna powiedziała dobitnie, iż nie jest zainteresowana, on nie ustawał, klepał ją w ramię (stylem głuchego, który chce zwrócić na siebie uwagę drugiego rozmówcy, tylko trochę mocniej) i rozpoczął agresywny monolog, że „gdyby nie był głuchy i mówił normalnie, topewnie by go chciała”.

    Brzmi znajomo? Ilu facetów, niepotrafiących pogodzić się z odrzuceniem, mówi: „Gdybym miał beemkę / gdybym nie był gruby / gdybym nie pracował na umowę zlecenie to by pierwsza przede mną klęczała”, obarczając winą za własne niepowodzenie nie siebie, ale tę drugą osobę? Wielu. A z powyższymi przykładami wciąż tylko stoimy u bram tego dziwnego miasta rządzonego przez mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet.

    [okładka wpisu]

    This article has 61 comments

    1. […] się burza, która sięgnęła również polskich internetów (teksty na temat m.in. na: Proseksualna, Feminoteka, Lady Pasztet). Kobiety utyskiwały na facetów agresywnych czy zwykłych barowych […]

    2. Dawid Brol wrote:

      „Bo założę się, że nigdy, odrzuciwszy zaloty kobiety, nie usłyszeliście, że jesteście złamanymi fiutami, pierdolonymi impotentami czy czymś jeszcze gorszym.” A byś się pani zdziwiła jak łatwo takie rzeczy kobietą przechodzą przez gardło. Z reguły jak spławisz dziewczynę dostanie ci się od „Pedałów” lub ewentualnie „cweli” ale ok to było od bywalczyń klubów które nie czaiły że nie gustuję w palaczkach walących fajke za fajką. Ale gorzej jesz jak chcesz koleżance w elegancki sposób wytłumaczyć że nic z tego, bo może się to skończyć wylaniem wrzątku na pysk. A z drugiej strony „gdybym nie był głuchy..” Dziewczyny wiecie ile lasek co mnie dawniej spławiały przypomniało sobie o mnie jak się trochę dorobiłem? Dziewczyny wy też jesteście chamskie arogancie i agresywne bo tacy są ludzie i tyle. To problem ludzi a nie mężczyzn wyłącznie. Buractwo to buractwo zawsze było , jest i zawsze będzie bez względu na płeć.

    3. jerz wrote:

      Witam wszystkich. Bardzo ważny temat i bardzo ciekawe uwagi. Zwykle nie wypowiadam się na forach, ale tym razem czuję się niejako wywołany do tablicy. Uważam się za bardzo przeciętnego faceta – średniego wzrostu, wagi, zarobków, urody, sprawności fizycznej i waleczności – i pomyślałem że podzielę się swoją, zupełnie przeciętną, opinią.
      Pytanie, które tak poruszane jest w komentarzach i które często sobie zadaję: czy reagować na przemoc wokół mnie? Kobieta, jako przedmiot tej przemocy, jest tutaj opcjonalna.
      Sytuacja z życia wzięta, bardzo podobna do już opisanej przez Osoba_nieznana: ulica, środek dnia, agresor atakuje werbalnie kobietę, najprawopodobniej partnerkę.
      Chcecie wiedzieć co robi „przeciętny mężczyzna”, który zauważy sytuację? Otóż przeciętny mężczyzna kalkuluje. Na zimno. Co i jak kalkuluje? Gdybym miał przelać na papier moje myśli z tej sytuacji to wyszłoby coś takiego:
      * Czy się znają? Tak
      * Czy ofiara chce, żebym jej pomógł? Nie wiem.
      * Czy znam powody, dla którego on się po niej wydziera? Niespecjalnie.
      * Typ osobowości agresora? Pojeb.
      * Czy jeżeli NIE zareaguję, to czy kobiecie stanie się fizyczna krzywda? Raczej nie, choć niewykluczone.
      * Czy jeżeli zareaguję, wtrące się w prywatne sprawy? Najprawdopodobniej tak.
      * Czy jeżeli zareaguję, agresor mnie zaatakuje werbalnie? Najprawdopodobniej tak.
      * Czy jeżeli zareaguję, agresor mnie zaatakuje fizycznie? Być może.
      * Czy jeżeli zareaguję, agresor wyciągnie nóż i spróbuje mnie zabić? Istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo, ale istnieje.
      * Czy jeśli będę musiał się z nim bić na gołe ręce, to wygram? 50/50.
      * Czy będzie fajnie jak przegram? Nie będzie, mam taką pracę, że limo pod okiem albo brak zębów mnie dyskwalifikują.
      * Załóżmy że wygram, czy agresor wyładuje na ofierze swoją przegraną? Tutaj niech się ktoś wypowie, bo statystyk nie znam, ale obstawiam, że wyładuje na niej swoją złość podwójnie.
      * Załóżmy że uspokoję go werbalnie, czy agresor wyładuje się później na ofierze? j.w.
      * Czy moja interwencja pomoże ofierze w dłuższej perspektywie? Czy sprawię, że sytuacja się nie powtórzy? Najprawdpopodobniej nie.

      Lista kalkulacji jest długa, ale doświadczonemu mężczyźnie zajmuje to chwilę. Tak, słusznie się domyślacie – nie kiwnąłęm palcem. Ryzyko, że narobię sobie problemów, jest nieadekwatne do korzyści. Zimna kalkulacja. Oczywiście każda sytuacja jest inna, zdarzało się że reagowałem. Ale nie zamierzam dokładać sobie problemów dla bliżej nieokreślonego rezultatu.

      Żeby nieco ocieplić zwój wizerunek zimnego drania – często się zastanawiam, jak zareagować. I szczerze – nie wiem. Przydałby się jakiś protokół, jakaś odezwa, zawołanie, która zmobilizuje grupę ludzi znajdujących się w danym miejscu, żeby otoczyły pojeba i powiedziały mu: „wszystkich nas nie pobijesz”.
      pozdrawiam!

    4. Osoba_nieznana wrote:

      Przeczytałam wszystkie wątki w dyskusji. Wiele zostało powiedziane na temat tego, że mężczyźni powinni bardziej zdecydowanie reagować, gdy są świadkami przemocy wobec kobiet. O ile jestem za tym, że mężczyzn powinno się uwrażliwiać na tę kwestię, mówić, dyskutować, etc (więcej takich tekstów!) to myślę, że wielu zwykłych, normalnych facetów DALEJ może autentycznie nie widzieć/nie zauważać problemu, albo nie być pewnym czy powinien zareagować czy nie. Może to zabrzmi stereotypowo, ale naprawdę kobiety o wiele lepiej czytają subtelne sygnały niewerbalne, a mimo tego, sama nie do końca byłam pewna czy reagować w sytuacji, której byłam dziś świadkiem. Czy to zwykła kłótnia i nie powinnam się wtrącać, czy jednak powinnam. Autobus, biały dzień, para, on i ona, młodzi, może 20 lat, porządnie ubrani, trzeźwi, zwykłość nad zwykłością. O czymś gadają, a nagle on ją łapie brutalnie za brodę i grozi jej zduszonym, wściekłym szeptem. I teraz pytanie: jak to brzmi z opisu? Może on jest tylko „stanowczy”? Może tak się kłócą? Temperament mają. Sory, ale wielu facetów tak by sobie pomyślało. Też się przez chwilę wahałam, ale kolejne sygnały potwierdziły intuicję: jego nachalność wobec niej, manipulacja (wysiadł na chwilę z autobusu i zaraz wrócił ciesząc się z gry na jej emocjach, manipulacja), oraz to, że w końcu wysiadł dosłownie wyszarpując drzwi z zawiasów upewniło mnie w tym, że gość jest typem agresora. Oczywiście to inna sprawa niż napaść obcego faceta/natręta na nieznajomą. Ale właśnie w tym rzecz. Do tego właśnie zmierzam. My kobiety, siłą swoich doświadczeń i wrażliwości, CZUJEMY kiedy jesteśmy świadkami tylko kłótni, a kiedy jesteśmy świadkami czegoś co nie powinno mieć miejsca, co jest przemocą, chamstwem, seksizmem. Mam wrażenie, że mężczyźni reagują tylko jak już dzieje się coś drastycznego. Wtedy czują się uprawnieni do jakiejś reakcji. Może zatem zamiast spodziewać się pomocy mężczyzn powinnyśmy w pierwszej kolejności liczyć na kobiecą solidarność? I kobiece oko i „czuja”? Jeśli, dajmy na to, w klubie gość zaczepia zaczepia laskę, w niefajny sposób, to MY to widzimy. Jesteśmy na to wyczulone. Możemy podejść, we dwie, trzy. Jeśli wtedy taki gość nie spuści z tonu, nie da spokoju, tylko zaatakuje grupkę (!) kobiet fizycznie, albo nawet tylko podniesie głos, to w oczach obserwujących mężczyzn jest to bardziej CZYTELNA sytuacja. I wtedy nie jeden, ale nawet więcej mężczyzn, jest skłonna zareagować i pomóc. Bo sprawa jest jasna, „jakiś ćwok bije/atakuje kobiety”. W opcji „one to one”, dwójkowej, wielu mezczyzn moze myśleć, ze „może oni się znają, może sie wpieprzam miedzy wodke, a zakaske”. I nie reagować. Dlatego po dzisiejszym dniu mam refleksję taką: nie zwalajmy ratowania swoich tyłków na facetów, pomagajmy sobie wzajemnie, my kobiety. Jesteśmy słabsze fizycznie, ale doskonale potrafimy nazwać sytuację na podstawie niuansów, których większość mężczyzn nie czyta, albo czyta słabo. Byłoby cudownie gdyby się to udało zmienić, ale czy naprawdę lata/wieki edukacji sprawią, że mężczyźni zmienią się we wrażliwych poetów i rycerzy wyczytujących emocja z drgnięcia brwi? Wątpię. Jesteśmy słabsze fizycznie, ale BEZ PRZESADY. Duża część siły to pewność siebie. Stado kobiet (nie dziewczątek słitaśnych chichotek, tylko KOBIET) które stanowczo da zrozumienia nawet potężnemu drabowi, że ma komuś dać spokój – może zadziałać. I to może nawet bardziej niż jeden odważny facet. Chociaż tych sobie życzymy w jak największych ilościach. Niemniej, bądźmy realistkami.
      W autobusie, jak psychopatyczny koleś wreszcie wysiadł, przysiadłam się do tej dziewczyny i mam nadzieję, że przemówiłam jej do rozumu. Przyznała „to nie pierwszy raz”. Nie zdziwiło mnie to. Czułam to. Ilu mężczyzn by to od razu „wiedziało”? Nasza słabość to też nasza siła. Korzystajmy z niej.

    5. crusia wrote:

      Ja chciałam tylko dodać, że jeśli już mężczyźni nie chcą bronić kobiet przed napastliwością troglodytów to mogliby przynajmniej nie reagować na nasze utyskiwania tekstami typu „tak naprawdę to się cieszysz, że próbował cię zmacać/rzucił tekstem o twoich cyckach” etc. Bo przecież oni to by się cieszyli, gdyby szefowa komentowała ich tyłek albo żartem składała niedwuznaczne propozycje (jakoś nigdy nie mogłam w to uwierzyć; chyba czują, że „muszą” się z takich uwag cieszyć albo brakuje po prostu tego elementu strachu przed gwałtem, wpajanego dziewczynkom od dziecka).Kiedyś w rozmowie z kolegami (dobrymi kolegami, kurwa!) wypłynęła sytuacja sprzed kilku dni, kiedy to przechodząc obok miejsca budowy usłyszałam kilka „komplementów” na temat moich nóg (było lato, miałam krótkie spodenki). Zaczęłam narzekać, że strasznie tego nie lubię i zawsze się denerwuję, gdy mijam budowlańców, a w odpowiedzi usłyszałam, że tak naprawdę to mi się podobało, a w ogóle to moja wina, bo założyłam krótkie spodenki i właściwie to przecież po to je zakładam, żeby słuchać takich komentarzy. Także ten… panowie, trochę oleju w głowie. A mówię o, teoretycznie, elicie – ludzie oczytani, po studiach, studenci najlepszych uczelni w kraju, sama inteligencja. A jednak trochę jakby troglodyci.

    6. m wrote:

      Hmmm … teraz ja mogę napisać, że to nie do końca do mnie przemawia. Również nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że przemoc ma płeć. Jest tak, że przemocy dopuszczają się mali, duzi, biali, czarni, żółci, męscy, damscy, słabi, silni … Natomiast dyskusja konkretnie o przypadku, kiedy kobieta jest ofiarą, a mężczyzna agresorem, nie skreśla i nie umniejsza wszystkim innym przypadkom, ani nie zawłaszcza tytułu „ofiary” na rzecz kobiety. Mimo, że przemoc nie ma płci, ma jednak różne mechanizmy działania. I tu jest poruszony jeden konkretny. Oczywiście, że zmiana płci nie ochroniła Cię przed przemocą, ale chyba nie dotyczy Cię problem „przypadkowej” łapy na biuście” – to jest ten inny charakter, który pewnie zamienił się miejscem z innym.

      To źle, jeśli uważasz, że oczekujemy od ciebie przeświadczenia, że „z racji tożsamości płciowej jesteś sprawcą i masz się czuć winny oraz powinieneś być cicho”. Źle jeśli tak odczytałeś tą dyskusję. Idąc tą drogą, powinieneś też, czuć się mordercą (bo chyba jednak więcej wśród nich mężczyzn), psychopatą (też chyba więcej facetów), wspaniałym kucharzem (więcej mężczyzn na stanowisku szefów kuchni), artystą, tyranem, pijakiem, władcą …

      Kobiety zażarcie bronią „swojego terytorium”, bo z trudem je wywalczyły. Tak jak Żydzi na każdy objaw antysemityzmu gromko się oburzają, czy Afroamerykanie są teraz chyba większymi rasistami niż biali. Kobiety mimo wywalczonej pozycji, dalej często muszą się bić o swoje. Stąd czasem przesadzone reakcje. Dla kobiety gwałciciel = mężczyzna, to trudno zmienić. Co nie znaczy, że kobieta od kobiety nigdy nie doznaje krzywdy. Żeby mężczyźni stworzyli własną przestrzeń, w której tacy jak ty mogliby uzyskać wsparcie (bo zawsze mężczyzna lepiej zrozumie mężczyznę, jak kobieta kobietę) muszą sami zmienić myślenie. Tak jak pisałeś o chowaniu w duchu „chłopaki nie płaczą”. Faceci myślą, że społeczeństwo oczekuje od nich wiecznego „ociekania zajebistością”. Mylą to z dojrzałością. Nie potrafią rozmawiać, mówić otwarcie o problemach tak jak Ty tutaj. Myślę, że niejeden czyta tą dyskusje, ale nie chce zabierać głosu.

    7. Marcin wrote:

      Ale nie uwierzę, że sam nie widzisz żadnej ironii w tym, że przez WSZYSTKIE Twoje długie komentarze praktycznie w ogóle nie przewija się temat problemu, o którym jest ten tekst.

      A o czym jest ten tekst? Bo ja widzę, że porusza KILKA problemów, w tym niedostrzeganie problemu przemocy wobec kobiet przez mężczyzn i nieefektywność działań, których celem jest to, żeby mężczyźni zauważyli to, że kobiety doznają przemocy. I do tego cały czas próbuję się odnosić. A w każdym razie – od tego zacząłem. Polecam powrót do moich pierwszych komentarzy.

      Zamiast tego traktujesz go jako pretekst do opowiedzenia o problemach bliskich Tobie

      Hm, mówisz? To teraz zrobię to jawnie.

      Mój problem polega na tym, że ja WIEM, jak traktowane są kobiety, bo to ODCZUŁEM. Mam za sobą dorastanie jako mała przerażona dziewczynka, niepewna siebie ale atrakcyjna dla mężczyzn dziewczyna, a potem byłem przez jakiś czas odczytywany jako młoda kobieta. Widzę przemoc wobec kobiet. Ale widzę też, że zmiana roli płciowej wcale nie chroni mnie przed przemocą. Widzę też, że jako kobieta miałbym nieporównanie większe szanse porozmawiania o swoich doświadczeniach. I wreszcie dostrzegam, że tak naprawdę jestem aż tak aktywny w tej dyskusji, bo – w przeciwieństwie do wielu mężczyzn – nie byłem chowany w duchu „chłopaki nie płaczą” i „nie zachowuj się jak baba”, więc nie jest to dla mnie temat tabu.

      Dlatego fakt, że koniec końców jedyny odzew męski jaki się dostaje brzmi jak „no fajnie, ale my to, to i tamto” tak strasznie boli i denerwuje. Bo kiedy opowiada się o czymś tak ważnym, chciałoby się być, chociażby!, wysłuchanym i zrozumianym. A nie zagłuszonym przez sprawy inne (co w tym wypadku implikuje też, że ważniejsze, a przecież oba są tak samo poważne).

      Wiem o czym mówisz. Naprawdę wiem. I jest mi przykro, że tak to odczuwasz oraz że odczuwa to ileś innych kobiet, ale… ja to wiem, bo ja mam tak cały czas, kiedy natykam się na temat przemocy ujęty w perspektywie feministycznej. Cały czas mam poczucie, że obrywam odpowiedzialnością zbiorową jako ten nic nierozumiejący mężczyzna, kiedy tak naprawdę też jestem ofiarą i też chciałbym gdzieś, kiedyś móc o tym rozmawiać, zamiast nieustannie słyszeć, że z racji tożsamości płciowej jestem sprawcą i mam się czuć winny oraz powinienem być cicho, bo tu się mówi o swoich doświadczeniach. Bo ja mam naprawdę po dziurki w nosie dość poczucia winy powiązanego z doznawaniem przemocy i serio, nie potrzebuję więcej.

      Równocześnie kiedy rozmowa toczy się w tonie „przemoc jest zła” czy „gwałt jest zły”, kiedy nie ma koncentracji na płci tylko na problemie… wtedy nigdy nie czuję, żeby pojawiało się jakiekolwiek napięcie, próba obrony przestrzeni czy wykluczanie kogoś i jego doświadczeń. Jest tylko „przykro mi, że ciebie też to spotkało” albo „to nie twoja wina”, albo „nic tego nie usprawiedliwia”, albo „co mogę dla ciebie zrobić?”. A mówienie „mnie też skrzywdzili” to nie jest „argument” i „zawłaszczanie przestrzeni” tylko „(ja również) wiem, o czym mówisz”.

      W przypadku tej konkretnej dyskusji, która toczy się tu i teraz, zakrzykiwanie dyskutantek nie sprawi, że się zjednoczymy („my” jako biorący udział w tejże rozmowie mężczyźni i kobiety) i zaczniemy współdziałać, bo niestety, ale blokuje nas fakt, że ktoś jednak woli pobabrać się we własnej krzywdzie, bo jego „kejs” pominięto.

      No właśnie. Zgadzam się w pełni z tym, że pomijanie kogoś powoduje zablokowanie tej osoby i uniemożliwia zjednoczenie przeciw problemowi.
      Masz pomysł, jak to obejść?

      W tym momencie mam wrażenie, że walczysz wyłącznie w swojej sprawie i ze swoim wiatrakiem, spróbuj spojrzeć na świat oczami OSOBY, która musi kupować takie buty, by być w stanie w nich uciekać i której serce podchodzi do gardła, gdy tylko widzi w ciemnej parkowej alejce jakiegokolwiek reprezentanta płci odmiennej od jej własnej. Pisałeś, że znasz takie OSOBY. To teraz daj im prawo o tym opowiedzieć bez dyskredytowania ich doświadczeń i zbijania ich argumentem „co ty tam wiesz, inni mają gorzej”.

      Ależ ja właśnie o to cały czas zabiegam…? O to, żeby mówić o OSOBACH? I żeby NIE mówić „inni mają gorzej”? I żeby nie dyskredytować tym innych OSÓB doznających przemocy (które przypadkiem są innej płci)?

      Niestety nie zrobimy tego z Was. Musicie sobie taką przestrzeń, nawet w ramach feminizmu, wypracować sami.
      I może dlatego, kiedy tutaj opowiadacie nam o swoich doświadczeniach, to ja podskórnie czuję, że trochę chcecie tę ciężko zdobytą, wydartą harówką na ugorze polskiej świadomości, odebrać i zawłaszczyć?

      Poniekąd masz rację. Bo wypracowanie takiej przestrzeni przez mężczyzn oznacza m.in. zmianę feministycznego „mężczyźni gwałcą kobiety i to jest bardzo ważny problem, na którym się trzeba skoncentrować!” na „ludzie gwałcą ludzi i to jest bardzo ważny problem, na którym trzeba się skoncentrować!”. To oznacza zabranie kobietom bycia tymi jedynymi, które są gwałcone, to oznacza zmianę podejścia gwałciciel = mężczyzna i to budzi opór kobiet, które o wprowadzenie takiego myślenia walczyły i dalej walczą. No i oczywiście oznacza to odpłciowienie przemocy jako takiej.

    8. m wrote:

      Nie chcę być źle zrozumiana – nie chodzi mi o to, że kalectwo w wyniku pobicia to coś lepszego, niż bycie ofiarą gwałtu. Po prostu nie można przyrównywać pobicia do gwałtu.

    9. m wrote:

      Dokładnie o tą przemoc tu chodzi, o przemoc seksualną. Oczywistą oczywistością jest to że np. kobiety, tak samo jak faceci, są napadane, okradane, bite (no fakt, może mniej, niż mężczyźni, „bo kobiet się nie bije”) tj. są ofiarami przemocy czysto fizycznej. Tylko że to nie jest ten temat. Chcemy powiedzieć o tym, co musimy znosić na co dzień, ze strony napalonych gości, żyjących w przekonaniu, że mają władzę, którzy serwują nam obrzydliwe teksty, którym latają ręce gdzie nie trzeba, którzy są nachalni, którzy uważają, że „nie” znaczy „tak” bo przecież kobieta nigdy nie wie czego chce, którzy rozmowę uważają za automatyczną zachętę do seksualnych podbojów itp. itd. i o tym też, że często nie mamy do kogo zwrócić się po pomoc. Kontrargumentem nie jest to, że facet bije faceta w biały dzień i nikt nie reaguje, bo to tak samo wymaga potępienia, z tą różnicą, że on najczęściej nie chce „dobrać się do ciebie”. Musimy o tym mówić facetom, bo ci którzy tak się NIE zachowują, nawet nie wiedzą, że my mamy takie problemy, bo tego nie widzą. Nie zauważą, jak któryś tam którąś tam klepnie w tyłek. Strach przed chodzeniem po zmroku – no błagam nie zestawiaj nawet gwałtu z obitą twarzą, a nawet miesiącami spędzonymi w szpitalu, czy nawet kalectwem … ja rozumiem, że można też mieć po takim zdarzeniu traumę, ale … błagam! … inna kategoria

      Ja mam inne doświadczenia ze szkoły. W podstawówce kilku chłopaków upatrzyło sobie kilku innych na „ofiary”. To był czas kiedy byliśmy w miarę nieszkodliwymi dziećmi i przemoc ograniczała się do głupich dowcipów. Rzadko kiedy „agresorzy” dostawali opieprz, byli na tyle sprytni, że im się udawało. Opieprz dostawał ten, który obrywał, bo zawsze w nieodpowiednim momencie na lekcji krzyknął „Eeeeej przestań!!!”. W gimnazjum był jeden idiota, który znalazł sobie jednego chłopaka, potem drugiego, żeby go gnębić. Nic strasznego. Tu go szturchnął, tam go uderzył, walnął jego głową w ścianę. Non stop. Nic widocznego, straszliwego itp. Nie obrywał, bo przecież zawsze się rozejrzał czy przypadkiem nie ma nauczyciela w pobliżu. Jego mama też na pewno mu tłumaczyła, że bić nie wolno i co z tego. Ci co rozumieli i stosowali się do słów rodziców, nie reagowali … nigdy. Mnie zawsze szlag trafiał jak byłam świadkiem tego typu sytuacji. w jednej i drugiej szkole, byłam jedyną osobą, która odzywała się w takich sytuacjach. A chłopak, który bił, tylko się głupio uśmiechał. Czyli na 15 chłopaków w klasie, znalazło się max 3 porąbańców. Nie mówię tego, żeby się chwalić, chcę powiedzieć, że wychowanie jakoś nie do końca tu się sprawdza. Mordercy, gwałciciele, pedofile itd. dobrze wiedzą co jest dobre, a co złe, tylko wybierają złe – pewnie ich mamy są niepocieszone, bo przecież nie tak ich uczyły.

      W knajpie czy klubie, ten który do mnie podejdzie i zacznie przeginać, też za pewne będzie należał do tego mniejszego procenta idiotów, którzy się nie potrafią zachować. Bo przecież normalny gość nie zacznie odstawiać takich scen. Z tym, że to sprawia, że boję się wszystkich/większości, bo nigdy nie wiem, który jest który.

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr