• O kobiecie – „paterze na rybę” i rybim fetorze problemów zastępczych

    Pamiętam, jak kilka miesięcy temu rozbawiła mnie dyskusja wokół otwarcia jednej z trójmiejskich restauracji, którego największą atrakcją było Nyotaimori – sushi podane na ciele nagiej kobiety. Uwłaczające, oburzające, brudne i niesmaczne – wrzało w komentarzach osób, których nawet na imprezie nie było.

    Za dwa dni po raz pierwszy w życiu jadę do Gdańska i obok sloganu o „mieście wolności” wciąż pamiętam nazwę tej restauracji. Taka specyfika nawet najczarniejszego PR-u: po jakimś czasie z główek umykają powody oburzenia, a zostaje samo wspomnienie marki. Dlatego nie zdziwiłabym się, gdyby ci, którzy zarzekali, iż stopa ich nigdy w tej susharni nie postanie, ochoczo kupili vouchery na Grouponie do tego właśnie lokalu, by rozkoszować się surową rybą w wodorostach, choć może na normalnym talerzu.

    Wielu, gdy zaczęła się wrzawa wokół imprezy, poddało się retoryce patery i jęło wtórować inicjatorce dyskusji, że rzeczywiście Nyotaimori uwłacza godności kobiety lub usprawiedliwiać się, że choć pojawili na otwarciu, to zobaczywszy modelkę wyszli lub po prostu z niej nie jedli. Jakby tego było mało, pokaz został uznany za niesmaczny oraz… naruszający zasady higieny. Rzeczywiście, nawet ja, gdy słyszę „patera na rybę”, mam skojarzenia raczej biegnące ku podeschniętej rybie po grecku na mocno zakrapianej imprezie, rozmemłanej i ogólnie odpychającej, którą nie chciałabym być wysmarowana od ramion po uda, a tym bardziej nie chciałabym z kogoś zeskrobywać włoszczyznowej papki. Totalny abiekt. Dlatego frazę uważam za copywriterskie mistrzostwo. Jednak niepokoi mnie tutaj coś innego.

    Czasami tak bardzo skupiamy się na bronieniu czyjejś godności, zapominając, że za całą tą maskaradą kryje się człowiek. Uprzedmiotawiamy osobę, która jest kolejnym przykładem rzucanym między innymi w naszej zapiekłości „w bardzo słusznej sprawie” (cudzysłów znaczący). Sama nigdy nie zostałabym rzeczniczką modela, który na imprezie promującej nową linię kosmetyków do makijażu stał ubrany jedynie w spodnie i naszyjnik z logo producenta, rozdając drinki i zapraszając kobiety na darmowe malowanie. Nie stanęłabym w obronie hostessy uatrakcyjniającej nowy model samochodu na targach motoryzacyjnych. Nie życzyłabym sobie również, jako kobieta mająca doświadczenie w zarabianiu ciałem, aby ktoś ze swoją wizją świata był rzecznikiem mojej godności.

    Jakie zaś byłyby reakcje ludu, gdyby na otwarciu pojawił się nagi model (bo męska wersja tej ceremonii – Nantaimori też istnieje)? Wolę nie gdybać.

    We wszystkich dyskusjach o uprzedmiotawianiu, zwłaszcza w przemyśle rozrywkowym, zapomina się o jednym – o tym, że nadzy lub półnadzy modele, jak przypuszczam, są osobami dorosłymi, które podjęły świadomy wybór i za swoją pracę otrzymały wynagrodzenie, nie zaś miskę ryżu. Dlaczego światłe gremium narzuca nam(!) to, jak mamy myśleć? Gdyby ktoś mi powiedział, że moja dorywcza praca modelki (do zajęć z croquis) to forma niewolnictwa, zrobiłabym to samo, co jedna ze striptizerek, która postanowiła zamknąć usta krytykantom jej dodatkowego zajęcia – pokazałabym moją wypłatę za dwie godziny pracy, będącą ponad czterdziestokrotnością godzinowej stawki minimalnej. Ale nikt by pewnie nie uwierzył, że była to suma zarobiona uczciwie i bez obecności obleśnych panów, którzy zamiast rysować, bawili się bardziej osobistym pędzlem. Moi koledzy – modele mieli dokładnie taką samą godzinówkę. Aż dziw bierze, gdy myślimy o nierównościach płac kobiet i mężczyzn, prawda?

    To, że ktoś z różnych powodów nie podjąłby się takiego zajęcia, nie daje mu prawa do rozporządzania wyborami innych i dorabiania ideologii do problemów, które de facto nie istnieją, a są po prostu kwestiami zastępczymi. Nawet gdyby pracodawcy chętniej zatrudniali młode kobiety, wynagradzali je tak samo, jak mężczyzn, a godzinówka na poziomie 8zł netto/h za 40 godzin pracy tygodniowo pozwalała na więcej niż opłacenie 85% czynszu za kawalerkę w średnim mieście, nie odmówiłabym kolejnego pozowania na zajęciach, bo nie tylko daje mi ono dodatkowe pieniądze – ja tę pracę po prostu lubię, choć może komuś nie mieścić się to w głowie.

    Niektórzy tak bardzo bezrefleksyjnie chcą naszego dobra, że ze wszystkich sił starają się je nam odebrać. Może zawalczcie o nie w naprawdę palących kwestiach?

    [grafika wpisu via]

    This article has 8 comments

    1. 50+ wrote:

      Nat pisze: „…że wszystkie pracownice sektora seksualnego działają w nim z własnej woli i z przyjemnością, nawet nie wiem, skąd to u mnie wyczytałaś.”
      A skąd Ty, Nat, wyczytałaś, że WSZYSTKIE?
      A jeśli nie wszystkie, to których jest więcej i nad którymi raczej należałoby się pochylić?

      Nat pisze: „…zawody, z którymi sprzeciwiające się wszystkim odłamom seks-biznesu feministki walczą najbardziej i mówią o uprzedmiotowieniu kobiet w tymże. Nawet, gdy same „uprzedmiotowione” wypisują sobie na czołach, że uprzedmiotowione się nie czują. Dlaczego?”
      Zejdź na ziemię, Nat; sex-branża to częściej zniewolenie, niż zawód wybrany. I to, co niewolnicy „wypisują sobie na czołach” też należy odbierać jako wymuszone; niekoniecznie pięścią.

      Powierzchownie (przyznaję) przejrzawszy Twoją stronę odniosłem wrażenie, że lubisz posługiwać się przykładami stanowiącymi efektowne wyjątki, a uzasadniasz nimi poglądy i tezy, które idą wbrew głównym nurtom rzeczywistości. Gratuluję, to inteligentne i efektowne = dobre na bloga.
      Tyle, że pomimo niezaprzeczalnego istnienia wyjątków, prawda jest zasadniczo inna. Zilustruję to przykładem z dwiema prawdami przeciwstawnymi; wybierzmy swoją czując się absolutnie wolni:
      1) Pieniądze nie śmierdzą,
      2) Nie chcę być szambonurkiem.
      I żeby nie było, że jestem jakimś zapiekłym ortodoksem; wręcz przeciwnie – najbliższy jest mi tutaj wpis kmoczara z 14 sierpnia 2013 o 01:46 Pozdrawiając go dodałbym od siebie refleksję do ostatniego zdania o instynktach: Upatrywanie człowieczeństwa w zdolności do eliminacji instynktów (=zaparcia się swej natury) jest jakąś patologiczną „poprawnością”. Człowiek to coś więcej niż zwierzę, a nie coś mniej.

      Prawda nas wyzwoli :)

    2. Wielkimi krokami zbliża się odfollowanie tego bloga… niestety irytuje mnie już któryś wpis z rzędu. W tym wypadku nie krytykuje się osoby, która zatrudnia się w charakterze takiej modelki/modela, tylko raczej całe ZJAWISKO, które jest wyrazem kultury patriarchalnej (nieprzypadkowo pochodzi to z Japonii). Fakt, że półnagie hostessy reklamują kosmetyki albo że jada się z nich sushi nie przekracza czyichś drobnomieszczańskich horyzontów, bo nagość nie jest specjalnym tabu, szczególnie nagość kobieca na służbie biznesu; nie jest to też temat zastępczy, tylko objaw podobny do tego, co mniejsze pensje kobiet niż mężczyzn.

      1. Nat wrote:

        http://www.zombiesamurai.pl/post/54167474819/jak-zniszczyc-blogera :)
        Niestety, ale w tym samym patriarchalnym młynku również występuje zjawisko, kobiety-aktorki porno, kobiety-prostytutki czy właśnie kobiety-modelki zarabiającej więcej niż mężczyźni w tej samej branży, a są to te zawody, z którymi sprzeciwiające się wszystkim odłamom seks-biznesu feministki walczą najbardziej i mówią o uprzedmiotowieniu kobiet w tymże. Nawet, gdy same „uprzedmiotowione” wypisują sobie na czołach, że uprzedmiotowione się nie czują. Dlaczego?
        Poza tym to japońskie zjawisko występuje też w wersji męskiej, więc zarówno mężczyzna może pełnić rolę patery.

        1. W moim odczuciu feminizm nie walczy z aktorkami porno, tylko z samą pornografią, która niektóre aktorki upokarza. Nie wmówisz mi, że większość tych dziewczyn gra w filmach z wolnego wyboru i nie czuje się w żaden sposób swoim zawodem uprzedmiotowiona, bo to zbliża się niebezpiecznie do stwierdzenia, że wszystkie pracownice sektora seksualnego pracują w owym sektorze z wolnego wyboru i z czystą przyjemnością, a to jest stwierdzenie absurdalne i żałosne. Pornografia i usługi seksualne są szkodliwe, choćby z tej racji, że rzutują na postrzeganie innych kobiet. I choć kobiety zajmujące się tymi usługami mogą się nie czuć uprzedmiotowione, to korzystający z tych usług mogą mieć na temat ich – i wszystkich innych kobiet, w tym nas – mieć zupełnie inne zdane.

        2. Nat wrote:

          Ależ ja nic nikomu nie wmawiam i absolutnie nie twierdzę, że wszystkie pracownice sektora seksualnego działają w nim z własnej woli i z przyjemnością, nawet nie wiem, skąd to u mnie wyczytałaś.

      2. kmoczar wrote:

        Objaw zupełnie nie podobny do kwestii pensji; jest prostą konsekwencją tego czym dla mężczyzn jest kobiece ciało. A jest najważniejszym atraktorem – zgoła inaczej niż w przypadku męskiego ciała w oczach kobiet, stąd pewnie brak zrozumienia. To nie jest tak, że mężczyźni urządzając sobie kulturę po swojemu, świadomie i nieżyczliwie redukują znaczenie kobiet, do kwestii fizjonomii. Powodem jest (co doskonale wyjaśnia psychologia ewolucyjna) to, że kobieta „ładna” (a przede wszystkim jej ciało) jest dla mężczyzny kimś, kim zaradny i opiekuńczy mężczyzna jest dla kobiet – atrakcyjnym partnerem (w szerokim ujęciu). Tłumaczenie zjawiska kulturą patriarchalną to sposób, który bardzo często i powyżej, świadczy o niezgodzie autora na rzeczywistość. Duża część mężczyzn, odczuwa atrakcyjność kobiet jako jeden z najważniejszych (lub najważniejszy) pozytywny bodziec w relacji, a na pewno najłatwiej zauważalny i najlepiej eksponowany spośród tych kluczowych. Nie wiem skąd się bierze ta niezgoda u części kobiet do przyjęcia tego na wiarę i imputowanie złych intencji. To pogoń za instynktem; ludzie wolni od instynktów kłamią.

    3. Jak to się mówi, a tak „Póki nie płacisz za mnie rachunków- nie masz nic do powiedzenia w kwestii mojego życia”.
      True story. Bo najłatwiej nam wszystkim przychodzi paplanie bez sensu, zamiast krytycznie patrzyć na swoje uczynki, taka już jest psychika człowieka. Mamę oszukasz, męża oszukasz ale życia nie oszukasz!

    4. kmoczar wrote:

      Wydaje mi się, że ludzie walczący o godność rozumianą szeroko i absolutnie; Ci, którzy mówią o modelkach uprzedmiotawiających kobiety itp. zjawiskach – mają na myśli efekt jaki dana akcja wywiera na godności pozostałych osób należących do danej „uprzedmiotowionej” czy jeszcze inaczej dotkniętej grupy. Z tej perspektywy, pytanie modela czy on rzeczywiście czuje się dotknięty jest bezcelowe. Ci protestujący bronią przecież nie samego prowokatora, ale np. kobiet jako ogółu – to ich wizerunek z odciśniętą paterą „cierpi”.

      Jednak błędem tych nawoływań do obrony godności – jest często nadgorliwa, lub wręcz obsesyjna interpretacja znaczenia, jaką niosą ze sobą różne indywidualne „szokujące” działania i happeningi.

      Główną przyczyną takiej histerycznej reakcji, jest – moim skromnym zdaniem – różny poziom otwarcia, indywidualnej odwagi do nonkonformistycznych zachowań; ludzie którzy widzą innych eksplorujących obszary im niedostępne; kompensują swój dysonans poznawczy poprzez nadawanie tym zachowaniom wartości negatywnych, na podstawie dopisanych znaczeń. Dzięki temu odpowiedź na pytanie: skąd taka różnica między swobodą moich zachowań, a zachowaniem modela czy innej „skandalizującej” osoby – brzmi: „ja dbam o dobro innych”, zamiast, zwykle prawdziwszej: „ograniczają mnie zahamowania”.

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr