• Przeszłam aborcję

    Dokładnie rok, pięć miesięcy i dwa dni temu, o 9:30 rano, w jednym z duńskich szpitali. I dzisiaj mogę wam powiedzieć, że syndrom poaborcyjny nie istnieje. 

    Ta ciąża  była wynikiem „cudu”, a raczej nieumycia rąk po zabawach ze spermą. Bardzo zdeterminowany i żywotny plemnik znalazł komórkę jajową, no i stało się. Moja przyjaciółka, bo to ona zaciążyła, dowiedziała się o tym w przeddzień naszej babskiej wyprawy do Finlandii. Zobaczyła wynik testu i po prostu się upiła. Jedyne, co czuła, to szok i niedowierzanie, w końcu zawsze się zabezpieczała. Dla mnie był jeden z tych momentów, w których po prostu kogoś wspierasz, niezależnie od jego decyzji, bez oceniania i namawiania do czegokolwiek. Tym samym przeszłam aborcję z drugą kobietą – od dwóch kresek aż po sam zabieg. Jestem pro-choicem, co nie znaczy, że jestem radykalną „aborcjonistką” – gdyby dziewczyna zdecydowała się urodzić, starałabym się być najepszą ciocią na świecie.

    To słuszny moment na publikację tego tekstu, który jest fragmentem większej, wciąż aktualizowanej całości. Chcę wam opowiedzieć, jak aborcja wygląda w cywilizowanym kraju, w którym prawo kobiet do decydowania o sobie i o swoim ciele jest respektowane. Jak to wygląda w kraju, w którym rejestrując się w urzędzie jako obcokrajowiec, nabywasz takich samych praw do opieki medycznej, jak obywatele. W kraju, w którym, kiedy rejestrujesz się na badanie ginekologiczne, a lekarz zastępujący twoją lekarkę pierwszego kontaktu jest mężczyzną, pytają cię, czy czujesz się z tym komfortowo i czy chciałabyś aby przy badaniu była obecna druga kobieta.

    W tej historii nie ma miejsca dla „ojca”, czyli tego, którego plemnik odnalazł komórkę jajową. „Ojciec” z ulgą przyjął wieść o chęci przerwania ciąży, nie poczuwał się do żadnej odpowiedzialności, a potem nazwał moją przyjaciółkę humorzastą suką, kiedy nie chciała mieć z nim do czynienia, a raczej – nie chciała umówić się z nim na komfortowy seks bez prezerwatywy (w końcu nie muszą martwić się o ciążę, skoro ta już jest).

    Kiedy bohaterka tej historii oznajmiła swojej lekarce, że jest w ciąży, ale nie chce być, ta rzekła: „To w takim razie nie gratuluję” i rzeczowo, krok po kroku wyjaśniła jej, że może wybrać pomiędzy aborcją farmakologiczną w domu a operacyjną w szpitalu. Przyjaciółka wybrała tę drugą. Wezwanie na zabieg oraz poprzedzające go badania przyszło pocztą. W dzień zabiegu, około jedenastego tygodnia ciąży, pojechałyśmy do szpitala. Pielęgniarka odeskortowała moją przyjaciółkę do sali przygotowawczej, a potem do zabiegowej. Kiedy dziewczyna wybudzała się z narkozy, zapytano ją czy przyszła z kimś i czy mają tę osobę zawołać. Mogłam tym samym towarzyszyć jej w jednoosobowej sali, w której dochodziła do siebie po narkozie. Równie istotna, co prawo wyboru, jest tu opieka: to, że kobieta nie jest sama czy nawet to, że jeżeli jest głodna, to przyniosą jej śniadanie i kawę. Pod szpitalem nie koczują pro-lajfowi, a personel nie odmaszerowuje z fochem, bo ktoś śmie na jego oddziale dokonywać rzeczy niezgodnych z sumieniem tu pracujących.

    Muszę wam powiedzieć, że seks w kraju, w którym aborcja jest legalna, uprawia się lepiej. Wiem, że w przypadku nieplanowanej ciąży, kiedy doraźna antykoncepcja zawiedzie, otrzymam pomoc i wsparcie. I nigdy, przenigdy nie poniosło mnie, aby podczas gry wstępnej zakrzyknąć: „A niech tam, najwyżej usunę!” i zrezygnować z prezerwatywy. I głupcem nazwę każdego, kto stwierdzi, że kobiety traktowałyby dostępną aborcję jak antykoncepcję. Jeżeli wydaje wam się, że kobieta chce kilka razy w roku łykać tabletkę wywołującą bolesne skurcze i krwawienie albo poddawać się narkozie, jesteście w błędzie. Jeżeli wydaje wam się, że kobieta chce kilka razy w roku mieć poranne mdłości czy laktację (moja przyjaciółka miała laktację jeszcze przez kilka miesięcy po przerwaniu ciąży) – już teraz rąbnijcie głową w ścianę. Jednym z założeń legalnej aborcji jest to, aby zminimalizować ilość powtarzających się zabiegów – pacjentki zachęca się do sięgania po stałe metody zapobiegania ciąży. Na przykład moja przyjaciółka się zaczipowała.

    Jej dalsze losy są następujące: wyjechała na prestiżowy zagraniczny staż, w międzyczasie się zakochała, a potem leczyła złamane serce, dwa razy zmieniła pracę oraz zdobyła tytuł naukowy. Chce mieć dzieci, ale nie teraz, może za kilka lat. Nie jest Polką, w jej kraju aborcja też jest legalna, więc nigdy nie wykarmiono jej ideą syndromu poaborcyjnego, przed którym tak bardzo nas, kobiety, chce się uchronić. Kiedy, jeszcze w sali szpitalnej, zapytałam ją, jak się czuje, odpowiedziała, że czuje ulgę. Bo niezależnie od tego, jakie są powody przerwania ciąży, kobieta wie, co jest dla niej najlepsze.

    „Syndrom poaborcyjny” czy raczej „trauma poaborcyjna” jako schorzenie nie istnieje – nie znajdziecie jej na liście DSM-IV-TR. W środowisku lekarzy mówi się, że jest to bardzo nośny termin ukuty przez członków ruchu pro-life, który, wspierany przez lekarzy o określonym światopoglądzie, po prostu trafił na podatny grunt. Smutek czy znaczne obniżenie nastroju po dokonaniu przez kobietę aborcji łączy się raczej z tym, jak została wychowana, jakie są jej przekonania, a nawet z tym, w jakiej atmosferze przebiegał zabieg. I nie jest to nieuleczalny smutek – kobiety, które dokonały aborcji ze względu na wady płodu, a które chciały mieć dzieci, porównują nastrój po zabiegu do żałoby, a ta nie trwa wiecznie.

    W krajach, w których aborcja jest legalna, kobiety przerywają ciążę i nikt nie idzie z tym do mediów. One, zapytane, nie boją się powiedzieć, w której klinice odbył się zabieg i robią to bez strachu, że ktoś oskarży je o przestępstwo, jakim jest namawianie do przerwania ciąży. One nie uciekają się do chałupniczych metod wygnania płodu domestosem, garścią przypadkowych tabletek czy uderzeniami w brzuch. Nie płacą kilku tysięcy złotych, by uciszyć watykańskie sumienie lekarza w przydomowym prywatnym gabinecie. Bo kobiety, które chcą usunąć ciążę, znajdą na to sposób – tylko od obowiązującego prawa zależy, czy odbędzie się to w cywilizowanych warunkach, czy na dziko. Całe szczęście, decydenci nie mają wpływu na to, że kobiety, które wiedzą, iż taka możliwość istnieje, wyjadą do kliniki zagranicznej. A na takie wyjazdy decydują się nawet te kobiety, które uzyskały pozwolenie na przerwanie ciąży. Po prostu wolą zrobić to bez ideologicznej nagonki.

    Dlatego skręca mnie, gdy czytam Terlikowskiego, który twierdzi, że dla jedenastoletniej dziewczyny poród i oddanie dziecka do adopcji będzie mniejszym złem niż przerwanie ciąży, w którą zaszła w wyniku gwałtu. Dużo gorzej żyje się ze świadomością, że miało się zostać usuniętym, ale „rząd nie pozwolił”. Znam taką osobę. Bo wcale nie jest trudno dowiedzieć się, że „mama mnie nie chciała” – czy to podsłuchując rozmowy rodziców, od rodzeństwa, czy innego „życzliwego” członka rodziny. To, gdy z pomocą specjalisty nie przepracuje się problemu, jest trauma na całe życie.

    Ale niestety, Polska to wciąż kraj, którego obywatelki uprawiają turystykę porodową. Dlaczego więc miałaby kogokolwiek dziwić turystyka aborcyjna?

    P. S. No i tego… Myjcie ręce po stosunku.

    [okładka wpisu]

    This article has 41 comments

    1. Anika wrote:

      Wszystkim kobietom, które piętnują i nienawidzą innych kobiet mówię: NIE CHCESZ ABORCJI TO JEJ SOBIE NIE RÓB. Wolę być morderczynią w Twoich oczach niż samotną matką, ofiarą gwałtu, ofiarą kościoła i jakiegoś chorego psychicznie polityka w prawdziwym życiu. Czy jajko to kura? Czy nasiono to drzewo? Czy zarodek to człowiek? Ludzie gdzie Wasza konsekwencja?

    2. viator wrote:

      niepratykująca

      „Jak patrzę na własne maleńkie dziecko, które wyciąga do góry rączki i prosi o to by mu pomóc i by je kochać, to naprawdę wiem, że aborcja jest bestialstwem i zabijaniem totalnie bezbronnych i niewinnych istot”

      Ale Ty rozróżniasz okresy rozwojowe. człowieka? Tu jest mowa o okresie zarodkowym, a Ty pokazujesz swojego niemowlaka(?). Dwie różne sprawy. Zarodek nie wyciąga rąk i o nic nie prosi.

      „Ale wiem, że z tych kilku komórek powstaje prawdziwy namacalny człowiek”

      „Powstaje” słowo-klucz.

      „A przecież każdy z nas był kiedyś tymi kilkoma komórkami w łonie matki.”

      Ba, nawet gametami byliśmy.

      1. Conrado wrote:

        Zarodek nie wyciąga rąk bo nie może, tak jak niemowlak nie powie co go boli bo nie może. Zresztą piszesz że zarodek to okres rozwojowy człowieka – więc to jednak człowiek według Ciebie czy nie? Co do słów kluczy zwolennicy aborcji też tworzą słowa-zwroty klucze by nie nazywać aborcji zabójstwem i człowieka człowiekiem.

        Jestem ojcem i ze swojej perspektywy wiem, że aborcja to zabójstwo, jakkolwiek by tego nie nazwać. A wszystko dla chwili przyjemności. Smutne to. Przy obronie aborcji przywoływane są trudne przypadki typu 11-letnie dziecko ma dziecko, gwałt. W takich przypadkach można jeszcze usprawiedliwić aborcję, chociaż i tak nie w zawsze. Zawsze natomiast obrywa ten bezbronny.

        O ile aborcję u 11 latki można porównać do usprawiedliwionego zabójstwa napastnika w obronie własnej, to aborcja bo pękła gumka jest już jak zabójstwo dla kasy. Godząc się na seks godzisz się na spłodzenie dziecka i to jest ryzyko, za które trzeba wziąć odpowiedzialność, ale nie w formie morderstwa.

        Biorąc pod uwagę całkowitą liczbę aborcji to niestety większość z nich jest robiona dla własnej wygody, w pogoni za przyjemnością i komfortem. Co zresztą widać w komentarzach typu „to kobieta powinna decydować o sobie”. Problem w tym że nie decyduje tylko o swoim ciele, ale o osobnym człowieku. Ciąża trwa 9 miesięcy, dziecko można oddać. Za tę wygodę jednak lepiej zabić, prawda?

        Skoro zygota to nie człowiek, są też naturalne poronienia i jest to argument za aborcją, to może strzelajmy do ludzi na ulicy którzy nam się nie podobają, nie spełniają naszego wyobrażenia. W końcu jakiś % ludzi i tak ginie w wypadkach i z powodu chorób a ostatecznie wszyscy umrzemy. Co tam żałować tych kilku sztuk… będą kolejne o ile ich ktoś nie wyskrobie.

    3. niepraktykująca wrote:

      Od niedawna mam własne dziecko i i, jak wcześniej temat aborcji był mi obojętny, tak teraz płakać mi się chce na myśl o tym małym bezbronnym człowieczku, który jest rozrywany na kawałki za nieodpowiedzialność dorosłych. Jeszcze w sytuacji gwałtu rozumiem, że jest się nad czym zastanawiać. Ale jeżeli ktoś nie umył rąk, albo bezmyślnie nie używał antykoncepcji, to naprawdę powinien wziąć odpowiedzialność, urodzić to dziecko, dać mu żyć i dać mu szansę na szczęście – dać do adopcji. Wcale nie ma obowiązku go wychowywać! Ale zabrać mu szansę na mniej lub bardziej szczęśliwe życie za własną głupotę – tego nie rozumiem. Jak patrzę na własne maleńkie dziecko, które wyciąga do góry rączki i prosi o to by mu pomóc i by je kochać, to naprawdę wiem, że aborcja jest bestialstwem i zabijaniem totalnie bezbronnych i niewinnych istot. A dodam, że nie jestem zagorzałą katoliczką, wręcz przeciwnie, jestem tzw osobą niepraktykującą. Ale wiem, że z tych kilku komórek powstaje prawdziwy namacalny człowiek. Zresztą już parotygodniowe dziecko ma serce, ręce itd. Aborcja naprawdę jest zabijaniem. Rozumiem, że dla osób bezdzietnych jest to trudne do zrozumienia, ale naprawdę tak jest. Można sobie gadać o prawach kobiet i o tym jak można komfortowo usunąć ciążę za granicą, ale to nie zmieni faktu, że przez aborcję zabiera się komuś życie. A przecież każdy z nas był kiedyś tymi kilkoma komórkami w łonie matki.

    4. EwaDS wrote:

      Na sam koniec.
      Zastanawiające, jak rzymscy katolicy objaśniają „boski plan” w postaci płodów bezmózgich, z rozszczepionym rdzeniem kręgowym, dziurawym sercem, zroślakami, hybrydami itd…
      Odmian patologii ciąży jest upiornie wiele, ale widocznie tak Bozia chce…

    5. EwaDS wrote:

      Tych, co tak słodko szczebiocą o „zesłanym przez Boga dzieciątku pod sercem”, ostrzegam, że największym mordercą tzw. życia poczętego jest Bóg/siły natury.
      Otóż:
      zlanie się dwóch komórek płciowych NIE TWORZY człowieka, lecz zygotę.
      8 – 12 % zygot to puste jaja płodowe bez zarodka (embrionu)
      30 -50 % embrionów ulega naturalnemu poronieniu jeszcze przed zagnieżdżeniem się w macicy (NIE pod sercem)
      ok. 20% pozostałych zarodków jest poronione już po zagnieżdżeniu się w macicy.

      A zatem od połowy do dwóch trzecich „życia poczętego” usuwa „siła wyższa”.

    6. EwaDS wrote:

      I jeszcze raz rozkoszny Tomeczek Akwinita: „Zarodek płci męskiej staje się człowiekiem po 40 dniach, zarodek żeński po 80. Dziewczynki powstają z uszkodzonego nasienia lub też w następstwie wilgotnych wiatrów.”
      Kierując się taką wiedzą embriologiczną niemal do połowy minionego wieku „spędzano płody” do 80. dnia ciąży (ciekawam, jak to szacowali), bo wszak to mógł być żeński bez zesłanej duszyczki.

    7. EwaDS wrote:

      Wśród komentujących zdarzyły się także ofiary trwającej w Polsce już trzecią dekadę akcji odmóżdżania, zwanej lekcjami religii.
      Kościół Rzymsko-Katolicki opanował cały system edukacyjny – od przedszkola, gdzie dzieci straszy się diabłami po uczelnie państwowe, gdzie się wiesza gołego mężczyznę rozpiętego na krzyżu.

      To ta sama instytucja, w której tzw. ojciec Kościoła św.Tomasz z Akwinu głosił, iż „Wartość kobiety polega na jej zdolnościach rozrodczych i możliwości wykorzystania do prac domowych”.
      Wspierał go niejaki św. Augustyn: „Kobieta jest istotą poślednią, która nie została stworzona na obraz i podobieństwo Boga. To naturalny porządek rzeczy, że kobieta ma służyć mężczyźnie.”

    8. EwaDS wrote:

      Co do wazektomii – to w Polsce jest zakazana. :-(

    9. EwaDS wrote:

      Za dość wredną postawę uważam wypowiedzi typu: „Jestem za prawem do aborcji, ale JA sama to nigdy-przenigdy”.
      Co za pyszałkowate zarozumialstwo!
      Mówiąca tak uważa się za lepszą od tych innych, co to gotowe są do „mordowania dzieciątek”.
      A skąd wiesz, jak tobie się życie ułoży???

    10. EwaDS wrote:

      Tzw. „syndrom postaborcyjny” to takie samo łgarstwo jak czyściec, niebo czy piekło.
      Gdyby istniał, to miliony Polek – waszych matek i babek – trafiłyby do „wariatkowa”.
      Tylko te kobiety, które zostały zmuszone do „skrobanki” przez inne osoby, mogły czuć żal i smutek…
      Przez 32 lata – dokładnie od 1956 do 1989 roku mieszkanki PRL-u mogły przerwać ciążę z przyczyn społecznych. To kobieta decydowała, czy chce być matką czy też nie.
      Faceci z „Solidarności” bardzo szybko oddali klerowi rzymsko-katolickiemu władzę nad kobietami, chociaż w tym ruchu było ich wiele.

    11. EwaDS wrote:

      Chazan nie zasługuje na tytuł ‚doktora’. Uważam go za lawiranta i śliskiego, zakłamanego podleca, który dostosowuje się do panującej władzy.
      A w Polsce – od prawa do lewa – wśród naszych prawodawców i prawodawczyń przeważają typy, pragnące kontrolować rozrodczość kobiet wszelkimi niegodziwymi sposobami, bo tak im każe Watykan.
      Jak zwykle – kobiety zamożniejsze i z większych miast poradzą sobie. Reszta „motłochu” ma do wyboru: beczki po kiszonej kapuście, zamrażarki czy staw w odległej miejscowości.

    12. EwaDS wrote:

      Bardzo uważnie przeczytałam cały tekst. Z uznaniem przyjmuję rzeczowość relacji i życiowość argumentów. Jedno zastrzeżenie: nie podoba mi się wprowadzenie złowieszczej postaci „radykalnej aborcjonistki”, jako upiora, od którego musi się odciąć wrażliwa kobieta, która chce wspierać swą przyjaciółkę.
      W obronie praw kobiet i mężczyzn do decydowania o własnej rozrodczości od 1989 roku szlifuję bruki (i asfalt) w stolicy Polski – państwa, które z tygodnia na tydzień staje się coraz bardziej zależne od kleru rzymsko-katolickiego.
      Kto to taki „radykalna aborcjonistka? W ciągu tego ćwierćwiecza nie poznałam nikogo, komu należałby się taki epitet. Ta sama kobieta – w zależności od sytuacji życiowej – może zdecydować się na przerwanie ciąży a za jakiś czas – na jej donoszenie i urodzenie dziecka. Szacunkiem i podziwem darzę także kobiety, które świadomie rezygnują z macierzyństwa, w inny sposób realizujące się w życiu.
      A jeśli „radykalną aborcjonistką” jest ta, co mówi, że na świat powinny przychodzić TYLKO dzieci chciane i kochane, to nią jestem.

      1. Nat wrote:

        „Radykalna aborcjonistka” – ta, która usuwałaby wszystkie, chciane i niechciane.

    13. ANI wrote:

      Monika, autorka nie może mieć syndromu aborcyjnego, bo to nie jej dotyczyła aborcja. Tak się kończy komentowanie tekstów, których się nie przeczytało.

    14. asica wrote:

      Kurcze, ja bym miała dwóch braci, czasami myślę o nich

    15. haha wrote:

      Jesteś młoda wiec jeszcze masz sporo czasu na wyrzuty sumienia, a to przychodzi z wiekiem, dr Chazan też kiedyś przeprowadzał skrobanki.

    16. Monika wrote:

      Powiem, szczerze, chciałam przeczytać całość artykułu i wszystkie komentarze, ale nie dałam rady. Po prostu w gardle mnie ściska jak zaczęłam to czytać. Boli mnie to, że kobieta jest w stanie zabic swoje maleńkie, bezbronne dziecko. A inne kobiety nie reagują, jakby była jakas znieczulica. Naprawde dla Was nie znaczy nic, zabić nienarodzone dziecko?

      Piszesz, że nie istnieje coś takiego jak syndrom poaborcyjny. A własnie już na samym poczatku wpisu daje o sobie znac: to jest pamięć tego co się wydarzyło: dokłądna data i nawet godzina. To bedzie cały czas za Tobą chodzić. Gdyby to było dla Ciebie takie nic, jak wyrwanie zęba, to nie pamiętałabyś tego tak szczegółowo.

      Twoje Dzieciątko jest już na kolanach u swojego Ojca w Niebie. Ty go nie chciałaś, ale On je chciał, od samego początku. Twoje Dzieciątko modli się za Ciebie byś i Ty kiedyś mogła być z nim razem w Niebie, by mogło Cię przytulić, skoro na Ziemi tego zrobić już nie może.

      1. Kasia wrote:

        A nie boli Cię, że 11(!) latka musi urodzić dziecko z gwałtu? Nie boli Cię, że kobieta, która najprawdopodobniej straci życie rodząc dziecko, osieroci pozostałe? Wybacz, ale znieczulica jest z Twojej strony, Ty nie będziesz im pomagać, Tobie jest łatwo tylko ocenić nie patrząc na sprawę z 2 strony. Mam nadzieję, że żadna z powyższych sytuacji nigdy nie dotknie Ciebie, ani Twoich bliskich, ale zanim osądzisz to spróbuj się wczuć w ich sytuację.

      2. Nat wrote:

        No i nie przeczytałaś i nie wiesz, o czym jest.

    17. olkazerolka wrote:

      Marzę o tym, że kiedyś wyprowadzę się do kraju, gdzie jest to normalne i akceptowalne, gdzie przestanie się dorabiać szkarłatne litery na ciele każdej kobiety, która nie była w stanie przezwyciężyć siły przypadku.

      i nie będzie to tutaj.

      1. F wrote:

        Ja tam bym chciała, żeby Polska kiedyś tak wyglądała, nie obraziłabym się, naprawdę.

      2. marcepun wrote:

        @olkazerolka

        Podzielam w pełni Twą opinie

    18. Absolutnie nic nie sprawi, abym zaczęła popierać aborcję. Nigdy. Dlatego przeczytałam tylko wstęp. Dla mnie zawsze to będzie morderstwo.

      1. Qba wrote:

        A pomyśl co by było gdybyś została zgwałcona i okazało się że jesteś w ciąży.

        Co byś wtedy zrobiła?

      2. F wrote:

        To „dlatego przeczytałam tylko wstęp” brzmi jak „zamknęłam się całkowicie na argumenty z drugiej strony, bo boję się, że przypadkiem jakieś sprawią, że zmienię zdanie””.

      3. Juiz wrote:

        Mimo, że mamy odmienne zdanie, bo każdemu wolno je mieć, to zastanawiam się czy tak samo postępujesz w innych równie ważnych sprawach. Np. głośna w ostatnich dniach sprawa 3-letniej dziewczynki zostawionej przez ojca na 8h w aucie.
        Też wydasz osąd, że skoro o dziecku zapomniał to morderca?
        Skoro w przypadku aborcji nie chcesz znać okoliczności i powodów to tak samo nie powinnaś chcieć znać powodu dla którego się stało z tą nieszczęsną 3-latką. I wysłać ojca na 25 lat lub dożywocie za zabicie dziecka. Bo okoliczności i powód Ciebie nie interesują.
        Bo łatwo wydać osąd na kimś nie znając faktów, których zresztą nie chcesz znać. Tak łatwo powiedzieć „morderca” – trudniej jednak jest wesprzeć osobę której dany problem dotyczy. Umywasz rączki i mówisz, że to nie twój problem mając wszystko w najciemniejszym kącie swojego ciała. Tfu. Nie swojego. Bo ono przecież do ciebie nigdy nie należało i należeć nie będzie, jeśli ludzie nie zaczną myśleć i postrzegać sprawy takie jakie są a nie takie jakie ty chcesz żeby były.

    19. dilajt wrote:

      A ja powiem tylko tak: moja mama drugie dziecko usunęła, bo rozchodziła się z ojcem i ówczesnym mężem, damskim bokserem. Moja babcia z dziadkiem wzięli ślub, gdy babcia była w ciąży pierwszy raz, potem pracowali tak dużo, że babcia usunęła ciążę, bo nie mieli czasu na takie rzeczy wtedy. I wiem tylko jedno, że obie żałują, w szczególności moja mama, wrażliwa osoba, choć miała poważniejszy powód, nie chcąc zostać w wieku dwudziestu trzech lat z dwójką dzieci z walniętego umysłowo ojca. I żałuje po latach, bardzo, wiem o tym. Ja niespecjalnie mam zdanie. Tym bardziej, że po prostu z nikim nie sypiam, jeśli nie jestem w poważnym związku, na którym mi zależy. Psychicznie źle bym się z tym czuła i wcale mnie seks nie cieszy, jak nie kocham i nie czuję się bezpieczna. Więc nie wiem, prawdopodobnie nie zapowiada się u mnie na żaden tego typu zabieg. Choć przyznam, że rzecz typu gwałt etc, co się czasem dzieje, podziwiam kobiety, które rodzą dziecko po czymś takim. Chyba bym nie mogła.

      1. Freya wrote:

        No ale właśnie w tym wszystkim nikt nie dostrzega kobiet, które SĄ w poważnym związku i dzieci nie chcą mieć wcale, albo mają już 3 i więcej nie chcą/nie mogą. Antykoncepcja zawodzi! Nie każda może używać hormonów, a gumki pękają! Aborcja to nie jest domena tylko „kobiet puszczalskich” jak próbuje się ludziom wmawiać (forsując jednocześnie pogląd właśnie „kobiet puszczalskich”), ale również mężatek i matek. Czy ja mam się skazać na dożywotnie bezseksie, bo dzieci mieć nie chcę? A mój mąż? Seks to jedna z podstawowych potrzeb człowieka, służy nie tylko prokreacji, ale również zaspokojeniu pragnień, poczuciu bliskości, rozrywce w końcu. Niech któraś uderzy się w pierś, że po urodzeniu planowanej liczby dzieci więcej nie pójdzie z mężem/partnerem do łóżka, bo po co, skoro dzieci więcej mieć nie chce!

    20. F wrote:

      Ja nie rozumiem też zupełnie, dlaczego ludzie na upartego chcą „ratować” zlepki komórek, mało dzieci na świecie umiera z głodu/na uleczalne choroby, bo nie mają pieniędzy? Niech się nimi zajmą i przeciwko temu protestują, a nie zmuszają innych do postępowania zgodnie z jakimś zbiorowym sumieniem, do którego nie wszyscy muszą się poczuwać.

      Osobiście bym nie usunęła ciąży, byłam w sytuacji, kiedy naprawdę byłam przekonana, że w niej jestem (sześć tygodni spóźnienia), więc wiem jak taki stres wygląda, ale po prostu znam siebie, swoje skłonności do wyrzutów sumienia i zastanawiania się „a co by było gdyby?” wiele lat po fakcie, więc wolałabym chyba jednak urodzić. Pod warunkiem, że miałoby to być zdrowe dziecko, a ja byłabym w związku z jego ojcem, tak jak było w powyższym wypadku (tzn. chodzi mi o związek oczywiście). Ale to, że ja bym usuwać nie chciała, nie daje mi żadnego prawa do decydowania za innych. To powinna być decyzja potencjalnych rodziców, a nie państwa. Aborcja to nie lody waniliowe, żeby wszyscy koniecznie chcieli mieć jak tylko byłaby legalna. Dlatego 100% pro-choice.

      A co do wielkiej traumy kobiet, które nie mogę mieć dzieci, to jeśli mam być szczera, nie rozumiem ich, nie widzę powodów, dla których nie mogą po prostu tych dzieci adoptować, ja chyba zawsze chciałam adopcji, nie ma tej odpowiedzialności dawania nowego życia na tym strasznym świecie, zamiast tego jest świadomość, że daje się komuś już istniejącemu szansę na szczęście, można kogoś uszczęśliwić + nie trzeba przechodzić przez 9 miesięczną katorgę. Może po prostu jeszcze nie jestem w wieku boomu na macierzyństwo (i duużo mi do niego brakuje), ale nie wiem czy w ogóle mogę mieć dzieci i szczerze mówiąc nie jest to kwestią specjalnie spędzającą mi sen z powiek. Chyba jednak wolę nie mieć ich w ogóle/adoptować, niż mieć w tej chwili.

      1. Freya wrote:

        Czasem się zastanawiam czy ten boom na macierzyństwo nie jest przesadzony… znam wiele kobiet, które go przeszło/przechodzą, ale znam też wiele kobiet, które do swojej ciąży podchodziły na zasadzie „eh… stało się”. Wydaje mi się, że to kolejna ze spraw, której nie powinno się generalizować, a pewne środowiska generalizują – KK, że każda normalna kobieta pragnie wielokrotnego macierzyństwa, a feministki czasem mają zapędy do twierdzenia, że potrzeba posiadania potomstwa u kobiet nie istnieje i jest narzucana. Ze skrajności w skrajność… Ale jak mawiają, w każdej grupie społecznej znajdują się mało reprezentatywne jednostki, za to głośne, przez które oceniana jest cała grupa. Też jestem za adopcją, a raczej przeciwna refundacji in-vitro, a na pewno przeciwna refundacji w 100%. Tym bardziej, że sterylizacja jest w ogóle nielegalna, ja tam czuję się dyskryminowana w ten sposób..

      2. niepraktykująca wrote:

        Z całym szacunkiem nie za bardzo podoba mi się twoje pierwsze zdanie „Ja nie rozumiem też zupełnie, dlaczego ludzie na upartego chcą „ratować” zlepki komórek”. Ty tez byłaś kiedyś „zlepkiem komórek”. Gdyby twoja matka patrzyła na ciebie jak na „zlepek komórek” to mogłabyś nie mieć szansy udzielać się na tym forum. Zrozumiesz to jak kiedyś będziesz trzymała w rękach własne dziecko.

    21. Juiz wrote:

      „I głupcem nazwę każdego, kto stwierdzi, że kobiety traktowałyby dostępną aborcję jak antykoncepcję. ”
      Mnie aż krew mrozi w żyłach gdy słyszę, że dostępność aborcji spowoduje, że kobiety nagminnie będą z niej korzystać.
      A przynajmniej w takim tonie wypowiada się KK i Pro-życie.
      A to przecież bezczelne kłamstwo.
      KK i reszcie się wydaje, że gdy człowiek ma prawo wyboru, to wybierze zawsze to co akurat KK zakazuje. I tu tkwi fundamentalny błąd. To, że ma się wybór, nie oznacza wcale, że się skorzysta z konkretnej możliwości. To oznacza jedynie, że jest dostępna taka możliwość, ale człowiek zgodnie z nazwą może wybrać – usunąć lub nie.
      i jeszcze jedno – to bóg (specjalnie z małej litery) dał człowiekowi wolną wolę – to on dał człowiekowi rozum. Dlaczego więc KK chce odebrać to wszystkim ludziom? Na jakiej podstawie?
      Jeśli taka sytuacja by się przydarzyła osobie bardzo religijnej, i kobieta będzie chciała urodzić niechciane/chore dziecko – to JEJ wybór – ja się do tego nie wtrącam. Natomiast wciąż nie pojmuję, dlaczego wybór wg. KK ma być tylko z jedną słuszną możliwością. A w zasadzie nie wybór a nakaz – bo wybór jednostronny to już nie wybór.

      I aż przykro mi się robi jak czytam, że 11-letnia dziewczynka jest określana mianem KOBIETY, natomiast sprawcy zajścia gwałtu – nieletnimi chłopczykami, którzy nie są gotowi na to by odpowiedzieć przed wymiarem sprawiedliwości za swój czyn.
      Ofiarę przedstawia się jako osobę dorosłą (odpowiedzialną, współwinną?) więc dlaczego sprawców już nie?
      To mnie właśnie boli. Bardzo.
      Konsekwencje ponosi ofiara a nie sprawca – jaka to jest sprawiedliwość wg. KK i Pro-life?

    22. kociłapka. wrote:

      Mnie osobiście nie rusza teoria syndromu poaborcyjnego. Jestem ateistką, więc o żadnym wpływie religii nie ma mowy.

      Jednak jestem zwolennikiem opcji pośredniej jaka obecnie w Polsce jest. Z trzech powodów.

      Pierwszy: jest to ingerencja w ciało i jego gospodarkę. Boję się tego. Czytałam wiele historii w biografiach czy też w internecie (jak każdy) oraz znam z opowieści (nie mówię tutaj o nadmuchanych panikarzach, ale ludziach, o których wiem, że obiektywnie oceniają sytuację) o tym jak aborcja (lub pigułki antykoncepcyjne) przyczyniła się do późniejszych problemów z zajściem w ciąże czy poronień. I nawet jeżeli nie każda aborcja powoduje takie powikłania to jeśli na mnie padnie to byłaby to większa tragedia niż wpadka.

      Drugi (i najważniejszy powód): Im młodsi ludzie tym mniej myślą o przyszłości. Kiedy byłam w liceum przeżyłam kilka sytuacji gdzie bałam się, że wpadłam i wtedy zdobywałam na czarno recepty na antykoncepcje awaryjną. To było szalenie niebezpieczne. Nikt tego nie kontrolował (moja pierwsza wizyta u ginekologa przypadła na dzień wyników z matury). To była totalna samowolka i teraz się trzęsę czasem, że mogło mi to zaszkodzić. Ale kiedy człowiek był w liceum to nie myślał o takich rzeczach. Z racji, że umiałam sobie ogarnąć „na czarno” to dużo dziewczyn przychodziło do mnie żeby im załatwić. Stąd wiem, że o ciąży myślą post factum („bo stęskniłam się za chłopakiem i wiesz… chcieliśmy no ale nie było prezerwatywy” – klasyk) i że są gotowe się nawet wykastrować, żeby tylko nie być w ciąży. My teraz tego nie wiemy i nie jesteśmy w stanie ocenić, bo jesteśmy młode, ale czuję przez skórę, intuicję i słyszę czasem jak straszna jest niemożność zajścia w ciąże. I mi się wydaje, że gorsza niż wpadka. Owszem to moje zdanie, ale większości z nas zmienia się pogląd na macierzyństwo w wieku lat około 30. Moja mama nie chciała mieć dzieci. To, że piszę ten komentarz jest najlepszym dowodem potwierdzającym, że priorytety mogą się zmienić. A stety niestety to raczej młodsi niż starsi decydują się na aborcję.

      Trzeci: Kiedy się wiąże z kimś to rozważam, że to pociągnę do końca. Gdybym wpadła i usunęła to jak związek się rozpadnie to tylko odetchnę z ulgą. To jest raczej niemożliwe być gotowym na ciąże w tym wieku, ale dziwnie się czuję kiedy wyobrażam sobie sielankową scenkę 30 lat później. Kiedy związek skończy się happy endem, a dziecko, które będzie planowane dowie się, że miało farta, bo urodziło się później, a jego młodszemu bratu/młodszej siostrze nie dano przyjść na świat. Chyba czułabym się wtedy okropnie.

      Uważam, że społeczeństwu brakuje świadomości na temat tego z czym się seks wiąże. Zawsze powtarzam, że jeśli ktoś chce się chędożyć to powinien mieć „plan awaryjny”. Przypadek Twojej koleżanki pokazuje, że nawet „niby nic” może się skończyć ciążą. Nikt o tym nie myśli. Seksu też nie da się ograniczyć jak np. alkohol. Jedyne co to można ograniczyć ludziom dostęp do takich zabiegów.

      Wiem, że sama bym dokonała aborcji, ale tylko w ostateczności. Jakby już naprawdę nie było innego wyjścia. Ale nie chcę i przykładam ogromną staranność przy zabezpieczaniu się. Jestem po prostu rozsądna. Niestety kiedy rozglądam się po ludziach, którzy mnie otaczają to takich, którzy żyją wg. słów króla Juliana „a teraz szybko szybko zanim dojdzie do nas, że to bez sensu (w tym przypadku „grozi ciążą”)” jest również niesamowicie dużo. Trochę się obawiam, że całkowita legalizacja aborcji byłaby porównywalna z rzuceniem karabinu dziecku, żeby się pobawiło wedle uznania.

      Pozdrawiam :)

      1. Freya wrote:

        Nat napisała już, że legalna aborcja wcale nie powoduje nagłej chęci jej dokonywania u mas kobiet. Korzystałaś z pigułki po, wiesz jaka byłaś w ogólniaku, wiesz, że nad tą głupawką nie da się zapanować (edukacja seksualna?), a i pewnie wiesz, że często ludzie z tej głupawki nie wyrastają nigdy i nawet jako dorośli postępują nieroztropnie. Problem w tym, że chęć ochrony tych „genitalnie głupawkowatych” przed aborcją 3 razy w roku przeszkadza ludziom takim jak ja – jestem mężatką, a ciąża dla mnie byłaby tragedią. Nie chcę, nie lubię, panicznie boję się że moja choroba nie zniesie ciąży, albo i odziedziczy ją dziecko. Mam okropną blokadę, panicznie boję się nie dostać kiedyś okresu, dzień spóźnienia to dla mnie trauma. Wiem, że gdybym wpadła, w tym kraju mogę mieć problem z aborcją – moja choroba może, ale wcale nie musi pogłębić się po ciąży i nie wiem czy zostało by to uznane za uszczerbek na zdrowiu kwalifikujący mnie do zabiegu. Na dzień dzisiejszy korzystam z krążków hormonalnych, a od czasu kiedy moja mama zapytała czy nie jestem w ciąży przypadkiem, moja paranoja urosła do tego stopnia, że używam też prezerwatyw. Sposób dla mnie? Sterylizacja. Raz na zawsze spokój. Nie, ee, nie w tym kraju. Tego też mi nie wolno, a mąż za młody i nie dzieciaty, więc wazektomia też odpada, zresztą, to ja jestem stroną „dziecka niet” w tym związku, on akceptuje, ale jakby za 10 lat mu się odmieniło, to ja nie chcę mieć na sumieniu jego nasieniowodów, niech sobie znajdzie kobietę, która da mu dziecko. U mnie jest to niewykonalne i naprawdę zrozumiem, jeśli kiedyś mi powie, że nie czuje się z tym szczęśliwy, to dość istotna kwestia w życiu. Więc jeśli ktoś jest głupi i ma zamiar aborcję traktować jako metodę anty, to niech to sobie robi, ludzie palą, piją, nie obchodzi mnie to, prędzej czy później kobieta tego pożałuje bo po prostu skatuje sobie organizm takimi zabiegami co chwilę. Chyba, że ktoś ją wyedukuje, na czym sprawa polega (edukacja seksualna pt.2?). Niech państwo nas przestanie traktować jak dzieci, a aborcję jak karabin, ja bardzo proszę…

        1. Szanowna kociłapko,
          Ja również jestem zwolennikiem „formy pośredniej”, ale problem polega na tym, że w Polsce nie ma formy pośredniej z powodów czysto prawnych. Po prostu nie ma procedur, które gwarantowałyby w 100%, że w tej mitycznej sytuacji „zagrożenia życia matki” zostanie dokonana aborcja. A, z prawniczego punktu widzenia, prawo, którego wykonanie nie jest zagwarantowane po prostu nie istnieje. A nawet gdyby lekarz był skłonny do przerwania ciąży, to sam nie ma gwarancji, czy nie zostanie następczo pociągnięty do odpowiedzialności. Ustawa z dnia 7 stycznia 1993 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży (bo się ona eufemistycznie nazywa), wprowadza otwarty katalog oparty na klauzulach generalnych, który nie służy pewności prawnej i gwarancji uprawnień ciężarnej kobiety.

          Żebyśmy rzeczywiście mieli do czynienia z formą pośrednią musiałyby być spełnione dwie przesłanki:
          1) Ustawa musiałaby, poza klauzulami generalnymi (zagrożenie życia matki…) zawierać katalog określonych chrób, wad płodu i innych konkretnych czynników pozwalających na dokonanie aborcji
          2) Utworzenie czegoś na kształt „anty-deklaracji wiary” czyli listy szpitali i lekarzy, którzy bez mrugnięcia okiem dokonają aborcji, jeżeli zajdzie taka potrzeba, a jeśli tego nie uczynią, będą odpowiadać odszkodowawczo.

          Więcej nt. konieczności wykonania gwarantowanych praw można przeczytać w Wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie A. Tysiąc przeciwko Polsce:
          http://hudoc.echr.coe.int/sites/eng/pages/search.aspx?i=001-79812

          Należy pamiętać, bo ludzie często nadintepretują ten wyrok, że ETPC nie twierdzi że kobiety mają prawo do aborcji, a jedynie, że jeżeli w jakimś państwie istnieje to prawo na papierze, to MUSI ono zostać uszanowane.

        2. Mojwa wrote:

          wazektomię można zrobić niezależnie od wieku i posiadania dzieci – nie będę robic reklamy, ale warto poszukać ;) Oczywiście, jeżeli mąż będzie chciał

        3. kociłapka. wrote:

          Owszem ja wiem jaka byłam w ogólniaku, ale nie odnoszę się tylko do siebie, ale również do wielu koleżanek (wiedziały skąd się dzieci biorą) i naprawdę byłam zdziwiona tym ile razy chuć brała górę nad rozsądkiem (tak, myślałam, że stosunek przerywany to marginalne zjawisko).

      2. Nat wrote:

        Ja tylko dodam, że mieszkałam w 3 krajach, w których aborcja jest legalna. Większym problemem od plagi niechcianych ciąż u nastolatek oraz młodych kobiet była plaga chorób przenoszonych drogą płciową. Dziewczyny biorą pigułki (najczęściej częściowo lub całkowicie refundowane) i to jest okej, ale właśnie – wciąż działa męskie lobby antykondomowe.
        Zobaczcie więc tę różnicę: na „wu-de-żecie” straszy się dzieciaki ciążą, a dopiero później HIV, HPV i innymi tego typu rewelacjami. We wspomnianych przeze mnie krajach jest odwrotnie – podstawową misją edukatorów seksualnych jest uświadamianie, jak dbać o zdrowie intymne, jak dbać o komfort psychiczny, współżyjąc, a dopiero potem – jak kontrolować płodność.
        To, że ktoś o antykoncepcji myśli post-factum nie jest przyczyną, a konsekwencją. Konsekwencją tego, że rzeczowa, pozbawiona ideologicznego smrodu edukacja seksualna nie istnieje. Tego, że traktuje się ją pobieżnie i tego, że nie biorą za nią odpowiedzialności ani rodzice, ani państwo. Rodzice, bo mówią: no, bylebyśmy nie zostali dziadkami i państwo, które wolałoby, aby wszelka prokreacja odbywała się w ramach jedynego i słusznego modelu rodziny.
        Bo to też jest paradoks: ci, którzy nie chcą mieć dzieci, nie mogą liczyć na wsparcie (bo antykoncepcja nie jest refundowana, bywa droga, a wykonanie zabiegu przerwania ciąży – lub wazektomii/podwiązania jajowodów – jest nielegalne lub sprawia wrażenie nielegalnego); ci – żyjący w związkach nieformalnych, nieheteronormatywnych czy single – jeżeli chcą mieć dzieci – też nie mogą liczyć na wsparcie.

    23. Vi wrote:

      Boy Żeleński dużo pisał o tym, co się dzieje z dziewczynkami, które noszą ciąże. Często umierają. Ciąża tak młodej osoby jest wykańczająca i dla niej i dla płodu.

      1. Ani wrote:

        Właśnie! i pisał o tym lata świetlne temu! i nic się nie zmieniło!

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr