• Słowa, słowa, słowa – o odpowiedzialności seksblogerów

    „Co robią sekspisarze?” – zapytałam na pierwszych Warsztatach Kreatywnego Pisania o Seksie. Celowo nie użyłam sformułowania „blogerzy”, bo towarzystwo ubierające seks w słowa to nie tylko ci, których jestestwo kończy się rozszerzeniem „blogspot kom”.

    Wielu z nas bowiem wychodzi poza „kropkę pe-el”, publikując w magazynach czy większych niż my sami portalach, wydając książki – i te papierowe, i elektroniczne, czy, od wielkiego dzwonu, organizując warsztaty i pojawiając się w śniadaniówkach – pomimo różnych politycznych zapędów i chęci ustawowego karania za seksualną propagandę, mamy się dobrze i mamy całe morza możliwości. Jest więc nadzieja w narodzie.

    Co zatem robią sekspisarze i seksblogerzy? Odpowiedź jest krótka: robią to, co chcą. Jedni promują sekspozytywną postawę, inni edukują, jeszcze inni – podniecają, wszyscy – w mniejszym lub większym stopniu – oswajają sekslingwistykę. (Niniejszym podkreślam, że to nie moja wina, jeżeli kogoś czytanie Proseksualnej podnieca, bo nie z takim zamiarem stukam w klawiaturę.) Wypełniają swoje nisze. Z różnych powodów zaczynają też pisać o seksie: niektórzy z nas po prostu to uwielbiają, inni łakną lokalnej sławy na wydziale socjologii, a są i tacy, którym marzą się gratisy, a najlepiej haj$ za to, co mają do powiedzenia. Internety pomieszczą nas wszystkich, nawet te martwe dusze, którym gdzieś po drodze pisanie się znudziło.

    Dla tych, którzy zaczęli i nadal się trzymają, mam małe zadanie: podnieś prawą rękę. Połóż ją na lewym ramieniu. Poklep. Powiedz na głos: „Dobra robota”.

    W końcu wiele argumentów przemawia za tym, aby nie publikować o seksie – zwłaszcza pod własnym imieniem i nazwiskiem: pojawiają się kwestie zawodowe (które korpo zatrudni seksblogerkę, autorkę opowiadań z gatunku BDSM?), osobiste (studentowi czy studentce socjologii jeszcze się wybaczy, ale ojcu/matce dzieciom już niekoniecznie), zawodowo-osobiste (ona finansistka, a mąż – jakiś seksbloger-onanista?), ale powiem wam jedno – my, niekoniecznie zawodowi seksuolodzy, a seks-hobbyści i reprezentanci ludu jesteśmy potrzebni. Bo obrazujemy całe spektrum postaw wobec seksualności i prędzej od nas (niż z Cosmo) wchodząca w życie erotyczne młodzież dowie się, że nie wszyscy mężczyźni mają penisy czy oddadzą kobiecie serce za laskę, a seks to nie tylko wanilia, ale cała paleta aromatów.

    Jeżeli kategoria internetowego influencera jest tu jakkolwiek miarodajna, to tak – sekspisarze mają wpływ nie tylko na tak banalne i konsumpcjonistyczne zapędy, jak wybór gadżetu, książki czy pornola na wieczór. Mają również wpływ na to, jaką postawę wobec seksu przekazują czytelnikom (w znakomitej większości sekspozytywną), ale co ci czytelnicy z tym zrobią – na to nie mamy wpływu. W końcu każdy powinien myśleć za siebie, zwłaszcza w tak delikatnej kwestii, jaką jest seksualność. Autorefleksja potrzebuje czasu, a bywa, że i… inspiracji.

    Wracając jednak do wpływu na konsumpcję – czas przejrzeć na oczy, zwłaszcza, gdy mowa o gadżetach erotycznych, o których mówiliśmy również podczas krakowskiego warsztatu. Wielu jawią się one jako mroczne przedmioty pożądania, zaś pisanie o nich – zwane szumnie recenzowaniem – nęci, stąd nie tylko w skrzynkach e-mailowych producentów, ale i, o dziwo, w mojej, pojawiają się liczne zgłoszenia od kolejnych osób, którym marzą się darmowe zabawki w zamian za podzielenie się opinią. W porządku, dobrej jakości gadżety są raczej drogie i nie sięga się po nie jak po warzywa na straganie, szukamy więc innych sposobów na ich zdobywanie – na przykład biorąc udział w konkursach czy zakładając blogi, które – z braku sponsorów walących drzwiami i oknami – wymierają (próbować każdy może). Dla większości konsumentów sięgnięcie po zabawkę erotyczną bywa – nie przesadzam – wartą przemyślenia inwestycją. Bo kto, jak nie konsument (zaznaczam: płacący konsument, nie „oblatywacz” vel – tester), w ostatecznym rozrachunku ma zdecydować czy gadżet wart jest 600 zł, czyż nie?

    Dlatego uważam, że pisanie o zabawkach dla dorosłych to niekoniecznie fajna “praca” (cudzysłów znaczący, bo w znakomitej większości przypadków pracujemy za gratisy, a żeby gratisy przyszły to też trzeba się trochę nablogować), ponieważ wiąże się z odpowiedzialnością. Opowiadanie o zaletach produktu skutkuje uśmiechem prezesa, zaś uwagi o wadach… cóż, czasem uznawane są za niewdzięczność. Ale to czytelnicy powinni być najważniejsi, bo szczerość należy im się jak seksblogerce dildo. Pisząc o gadżetach, my, sekspisarki i sekspisarze, otrzymujemy ogromny kredyt zaufania, dlatego zawsze mierzi mnie, gdy czytam, jak kolejny wibrator, który może chodzi, ale nie działa (łapiecie różnicę?) tak, jak obiecuje producent, zwala kogoś z nóg. Tak, przyjmijmy to na upiersione bądź nie klaty: mamy odpowiedzialność wobec gadżetowych neofitów, którzy może właśnie wyskrobują kilka stówek z portfela na zabawkę zachwalaną przez odwiedzanego przez nich w sieci testera.

    Sekspisanie o gadżetach dopiero raczkuje w Polsce i naprawdę niewiele jest na tę chwilę blogów niesperzedażowych (czyli niepodpiętych do konkretnego sklepu i aktualizowanych celem edukowania o asortymencie, a co za tym idzie – wrzucania kolejnych produktów do wirtualnego koszyka) oscylujących wokół rozrywkowego wyposażenia sypialni. I o ile rozumiem dziecięco-cielęcy zachwyt wynikający z otrzymania pierwszego gratisu (mnie też nie ominął, przyznaję), tak całkiem serio uważam, że pisanie o seksie to proces – proces, w którym nie zawsze czytelnik, ale sam twórca powinien dostrzec ewolucję – nie tylko własnego stylu, ale również poglądów dotyczących seksualności. Dlatego cielęcy entuzjazm seks-ekspertów/-ekspertek, który ma na celu sprawić, by strumyk gadżetów nie wysechł, kwituję wywróceniem oczami w stylu Anastazji Steele. Bo nie musimy publikować super-profesjonalnie, racząc czytelników całą specyfikacją techniczną produktu, wystarczy, że będziemy pisać szczerze.

    Wystarczy, że – nie tracąc przy tym własnej osobowości – będziemy pamiętać, że seks-świat gdzieś za monitorem to nie tylko biała heteronorma i że nie ma uniwersalnych praktyk, które każdego kręcą tak samo. Wystarczy, że zachowamy otwartość na wybory innych oraz tolerancję dla różnych form seksualnej ekspresji. Wystarczy, że będziemy pisać w miarę poprawnie. Wystarczy, że będziemy mieć dystans.

    A to, że sama nie znoszę realistycznych zabawek erotycznych czy mainstreamowego porno nie oznacza, że nie powinny one podniecać ciebie, moich przyjaciół czy mojego partnera. I obiecuję, że wszystkim zainteresowanym kiedyś o przyczynach tej awersji opowiem.

    [okładka wpisu]

    This article has 1 comments

    1. Igor Mróz wrote:

      Aż się, kurcze, poczułem zmotywowany, żeby coś o seksie napisać!

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr