• WDŻ, czyli edukacja aseksualna

    Wychowanie do życia w rodzinie jest jak lekcje religii – nieobowiązkowe. Oznacza to, że nie muszą na nie uczęszczać ci uczniowie, których rodzice podpiszą odpowiedni papierek. 

    WDŻ za moich czasów szkolnych był totalnym archeo. Dziewczynki (z katechetką) oglądały filmy o rozwoju zarodka i o miesiączkowaniu, a chłopcy (z wuefistą) oglądali mecze piłki nożnej. To były czasy – jeszcze przed nowym rozporządzeniem Ministerstwa Edukacji Narodowej z 2012 roku, które pozytywnie zaopiniowały takie instytucje, jak Sekretariat Konferencji Episkopatu Polski, czy Chrześcijański Związek Zawodowy „Solidarność” im. Księdza Jerzego Popiełuszki. A pomimo nowego rozporządzenia, raczej niewiele się zmieniło.

    Jak czytamy, z wychowania do życia w rodzinie, uczniowie mają wynieść wiedzę o życiu seksualnym człowieka, o zasadach świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa, o wartości rodziny, życia w fazie prenatalnej oraz metodach i środkach świadomej prokreacji. Bum!

    Rodzina słowem silna

    WDŻ ma przygotować do „życia w rodzinie”, pomimo tego, że młody człowiek już w jakiejś rodzinie funkcjonuje – czasem jest w niej po prostu dzieckiem, czasem paniczem, a czasem gówniakiem. I wziąwszy pod uwagę znaczenie „rodziny” w obecnych czasach, może wcale nie chceć dążyć do wersji chłopak + dziewczyna = święta rodzina. Wychowanie do życia w rodzinie ma więc przygotować do radosnej, małżeńskiej prokreacji, mimo powszechnie znanego faktu, że nie wszyscy ludzie uprawiają seks wyłącznie dla prokreacji, a ośmielę się stwierdzić, że jakaś część uczniów nigdy nie będzie ich miała. Skoro ciąża u samicy człowieka zdarza się raz na tysiąc odbytych przez nią stosunków, podczas gdy u samicy człekokształtnych – raz na sto, całe to edukowanie prokreacyjne jakoś się tu rozmywa. I raz jeszcze zapytam: a co z tymi osobami, którym „rodzina” po prostu nie odpowiada lub których zaraz się wyrzeknie np. z powodu orientacji seksualnej, czy innych życiowych wyborów?

    W WDŻ nie bierze się pod uwagę tego, czego uczniowie naprawdę oczekują. Może jestem już stara, ale tak samo w gimnazjum, jak i teraz, poszczególne fazy rozwoju zarodka ludzkiego i jakie są konsekwencje alkoholowego zespołu płodowego, wydawały mi się mało interesujące. Ale to jest właśnie paradoks naszej rodzimej pseudo-edukacji seksualnej w szkołach: wiemy wszystko o FAS, nie potrafiąc prawidłowo nazwać poszczególnych części własnych genitaliów, a co dopiero genitaliów płci przeciwnej. A co z pornografią? (zła) Co z sekstingiem? (zły) Inicjacją seksualną? (lepiej poczekać na obrączkę) W scenariuszach lekcji wychowania do życia w rodzinie takiemu zagadnieniu, jak presja seksualna poświęca się raptem 3 strony podręcznika. Tematowi „chcę urodzić zdrowe dziecko” – 13! (źródło) Z takich lekcji nie wychodzi się z przekonaniem, że seks jest okej, nie wynosi się wiedzy o innych modelach związków. Obowiązuje jeden, uświęcony związek kobiety i mężczyzny.

    Obecna edukacja seksualna zakłada też, choć nie wprost, że seks jest zakazany (albo nie może być przyjemny), dopóki nie będzie odbywał się w rodzinie. Młodzi ludzie nie mają więc przyzwolenia na seks dla przyjemności, na bezpieczne eksperymenty, na rządzenie własnym ciałem – do pewnego kluczowego momentu: kiedy osiągają pełnoletniość lub kiedy wreszcie pojawia się związek, małżeństwo, ta cała „rodzina”. Wtedy wszyscy dookoła zachęcają: „Uprawiaj seks!”.

    WDŻ nie stawia wyzwań, nie daje narzędzi do negocjowania w łóżku, nie informuje o całej logistyce seksu (kto jeszcze wierzy w przerwanie błony dziewiczej?), o przyjemności, o odróżnianiu podniecenia od zakochania. A potem niby jest małżeństwo, pełnoletniość, seks jest dozwolony, ale dziwnym zrządzeniem losu wypada jakoś chujowo.

    I czy ktoś z czytających te słowa kiedykolwiek usłyszał na WDŻ, po co jest lubrykant? Ja nie.

    Publiczność = oczekiwania

    Jedna z czytelniczek Proseksualnej tak opisała swoje doświadczenia z WDŻ:

    „Przypomniałam sobie uroczą sytuację z lekcji WDŻ jakoś w gimnazjum. Mieliśmy się zastanowić, jakie okoliczności uważamy za właściwe dla inicjacji seksualnej. Następnie mieliśmy się podzielić, idąc do różnych kątów w sali, na grupy – tych za seksem po ślubie, tych za seksem z kimś, komu ufają, niezależnie od stanu cywilnego i tych, którzy nie przykładają uwagi do tego z kim to się odbywa. Oczywiście nikt się nie odważył iść do tej ostatniej, chociaż było kilka osób, które się wkradały na imprezy w klubach i generalnie święte nie były – oni wszyscy i ogólnie większość klasy wybrali seks po ślubie. A później była „dyskusja” która de facto miała przekonać mnie i kilka innych osób, że zaobrączkowanie magicznie gwarantuje udane pożycie seksualne. Troszkę się czułam wtedy stygmatyzowana jako „ta puszczalska”, chociaż nawet nie miałam wtedy okazji się puszczać.”

    Jasne, są wśród nas osoby demiseksualne, które są w stanie przeżywać przyjemność tylko z kimś, z kim łączy je silna więź emocjonalna. Ale żeby przekonać się o własnej demiseksualności, trzeba wcześniej mieć też inne doświadczenia, trzeba mieć porównanie. Nie można zakładać, że skoro jednej osobie jest w danym układzie dobrze, to innym też musi być. Czy kogoś jednak dziwi taki obrót spraw na opisanej lekcji wychowania do życia w rodzinie? Dzieciaki nie są głupie, wiedzą, że „eksperymenty” na WDŻ są przeprowadzane tak, aby w efekcie dały pożądany rezultat, a nie po to, by kwestionować status quo wokół seksualności człowieka – stąd większość wspomnianej klasy wybrała inicjację po „zaobrączkowaniu”. Czego uczą się więc na dłuższą metę? Zadowalania „dorosłych”, reagowania tak, jak chce nauczyciel/ka – w przeciwnym razie może skończyć się na dywaniku u pedagog/a, albo wezwaniem rodziców. Wszelka „publiczność” zawsze równa się „oczekiwania”. Szkoła nie tylko na WDŻ uczy nas spełniania oczekiwań.

    Seksualność i relacje

    Według mnie wychowanie do życia w rodzinie powinien zastąpić całkiem nowy przedmiot – seksualność i relacje. Nie dość, że zawiera ekscytujący element „seks”, to na dodatek nie obejmuje wyłącznie świętej rodziny, a relacje, które mogą obejmować na równi stosunki z opiekunami i rówieśnikami, jak również relacje romantyczne. Jak powyższy scenariusz dotyczący inicjacji powinien być realizowany w ramach nowoczesnej edukacji seksualnej? Uczniom powinno się przedstawić dane sytuacje neutralnie i opatrzyć je pytaniami, na które młodzi ludzie odpowiedzieliby sobie sami, bez przymusu dzielenia się swoimi wnioskami z innymi, a w szczególności z nauczycielem lub nauczycielką, którzy zaraz będę tę samą osobę oceniać z angielskiego, wiedzy o społeczeństwie, czy z religii.

    Nowoczesna edukacja seksualna powinna być też inkluzywna, otwarta na różne orientacje seksualne i tożsamości płciowe, zachęcać do poszukiwań, być prowadzona przez kogoś, dla kogo przedmiot wiąże się z autentyczną pasją i kto ma na ten temat szeroką i wciąż aktualizowaną wiedzę. Kto wie, co w dzisiejszych czasach oznaczają randki. Kto nie udaje, że młodzież nie pije i nie zażywa. Absolutnie nie chodzi o to, aby dana osoba dzieliła się swoimi doświadczeniami, ani zachęcała do tego uczniów (co wcale nie oznacza, że stroniła od dyskusji!). Ale jednak ktoś, kto potrafi bez zadyszki powiedzieć słowa „penis”, „wagina”, „łechtaczka”, „sperma” to bardzo potrzebny wzór, jeżeli chcemy normalizować język wokół seksualności.

    Ważną częścią edukacji seksualnej na miarę współeczesnych czasów powinna też być kwestia konsensualności. A scenariusze, które linkowałam wcześniej, zawierają takie kwiatki, jak sekcja o „komunikatach niejednoznacznych”, wśród których „chyba powinniśmy przestać” jest, tak – niejednoznaczny (str. 84). Tak samo: „nie teraz, dobrze?”. To, że powyższe komunikaty wysyła dziewczyna, a chłopak ich nie ogarnia, rozumie się chyba samo przez się?

    Agdyby tak po prostu nauczyć dzieciaki pytać o zgodę?

    Wyzwania

    Problem w tym, że seks w dyskursie publicznym naładowany jest emocjami, i nie zawsze te emocje są dobre. Zbyt często temat podszyty jest lękiem, agresją, przekonaniem, że seks w życiu człowieka to się „robi”, a nie o nim gada. WDŻ powinien też zostać oddzielony od religii. W końcu w szkolnych ławkach zasiadają obok siebie osoby różnych wyznań, ale to nie zmienia faktu, że zagadnienia przemocy seksualnej, szukania pomocy, tworzenia relacji, czy zdrowia intymnego dotyczą ich w takim samym stopniu. A tymczasem dzieciakom wciąż puszcza się na WDŻ „Niemy krzyk”, zamiast rozmawiać o prawach reprodukcyjnych.

    Dlatego chyba wreszcie nadszedł czas, abyśmy przestali traktować dorastające osoby jak twór złożony wyłącznie z buzujących hormonów i pomyśleli o nich jak o osobach, które też są w stanie zakochiwać się, wchodzić w relacje, a przede wszystkim, które mają prawo interesować się własną seksualnością.

    [okładka wpisu]

    This article has 46 comments

    1. lolalola wrote:

      WDŻ to była dla mnie porażka od początku do końca. przede wszystkim nie bylo na zajęciach nic – NIC związanego z seksem, dziećmi, chorobami, czymkolwiek choć odrobinę zbliżonym do tematu. drętwa pani opowiadała o przyjaźni, bardzo luźno pojętych relacjach między ludzkich itd. do końca życia za to zapamiętam zajęcia, na których każdy po kolei miał powiedzieć na ile od 1 do 10 czuje się szczęśliwy (?!) a ja jako, że byłam wtedy mocno pogubioną, tnącą się, wiecznie smutną nastolatką po próbach samobójczych powiedziałam 1 -na co pani, oczywiście przy całej klasie, głośno analizowała jakim cudem mając lat naście, mozna w ogóle być nieszczęśliwym bo przecież moje życie to zero problemów więc o co mi chodzi – patrząc z perspektywy czasu dziwię się, ze nie rzuciłam się po tym pod pociąg ;)

      ps. jak zapatrujesz się na posyłanie dzieci na te zajęcia? moje starsze dziecko poszło w tym roku do szkoły i drżę na myśl o chwili kiedy bede musiała zdecydować czy będzie chodził czy nie.. w domu rozmawiamy otwarcie na wszelkie tematy więc nic nowego się nie dowie a boje się, ze będą mu wciskać jakieś pierdoły :/

    2. Donka wrote:

      Wdz to mialam marny, ale bogu dzieki w liceum dali nam (na 8 czy 9 godzin, ale zawsze) seks edukatorow. Tematem przewodnim byl hiv i jego profilaktyka, ale bylo tez mnostwo tematow ogolnie o seksie. Bez zazenowania i z zalozeniem, ze nie ma glupich pytan. Pierwszy raz ( choc wszystkie doswiadczenia mialam jeszcze przed soba), ktos zapytal mnie, jak wyobrazam sobie swoj wymarzony seks – co sklonilo mnie do pierwszej w zyciu refleksji, co tak naprawde lubie. Plus odpowiedzi na mnostwo pytan, na ktore w zyciu bym sama nie wpadla- tupu, czy mozna sie zarazic pozyczajac komus swoj wibrator.

    3. ginger wrote:

      Masz rację. Poziom edukacji seksualnej w Polsce jest przerażająco żałosny. Więcej tylko miesza dzieciakom w głowach niż uczy. Ja np. miałam pierwsze lekcje WDŻ chyba w 6 klasie podstawówki. Za to o samym istnieniu czegoś takiego jak seks dowiedziałam się w 2/3 klasie podstawówki. (Co prawda było to na poziomie „facet sika lasce do dupy” powtarzanego przez podwórkowych sebków, ale ok.) Potem jeszcze było coś w gimnazjum. Może i nie prowadziła tego katechetka, tylko jakiś pedagog/psycholog, ale wiedzy merytorycznej w tym za dużo nie było. O samej budowie narządów uczyliśmy się głównie na biologii, na WDŻ było chyba tylko oglądanie plansz na jednej lekcji. Oczywiście dziewczyny oglądały tylko damską planszę, a chłopcy tylko męską (bo po co wiedzieć, jak będzie zbudowany twój partner, nie?) Musieliśmy nauczyć się nazw każdego mięśnia ściany macicy. Ani razu nie padło słowo „łechtaczka”. Ani razu nie padły słowa takie jak „homoseksualizm/punkt g/masturbacja/dopasowanie seksualne”. O antykoncepcji dowiedzieliśmy się tylko, że żadna nie daje 100% skuteczności. Generalny wydźwięk zajęć był taki, że ALBO jesteś z kimś, komu na tobie zależy i zachowujecie się dojrzale, ALBO uprawiasz seks. O przyjemności z seksu też ani słowa (może co najwyżej w kontekście tego, że „faceci więcej chcą i to lubią”. A kobiety?). Nic o szukaniu tego, co każdemu z osobna będzie odpowiadało. Tylko jakieś mętne hasła o „asertywności i umiejętności odmawiania, gdy mężczyzna naciska”. Przedstawianie chłopców jako tych, którzy przez swoje napalenie nie myślą za wiele i są gotowi manipulować dziewczyną, żeby im „dała”. Standardy pokroju „dziewczynki dojrzewają emocjonalnie szybciej, więc bądźcie tymi rozsądniejszymi” (czyt. „o dojrzałości dziewczyny świadczy to, że NIE CHCE uprawiać seksu i uważa go za coś wstydliwego”). Zero mówienia o emocjonalnej warstwie seksu – wg nauczycielek seks to coś, czego po prostu chłopiec będzie chciał, bo rządzą nim hormony, a dziewczynce nie wypada nawet o tym myśleć. Coś tam o chorobach wenerycznych (w wydźwięku: patrzcie jak cierpią ci, co są na tyle bezmyślni, że uprawiają seks!).
      Nie wymagam jakichś prezentacji wibratorów czy czegoś pokroju sceny z „Sensu życia według Monty’ego Pythona”, ale dlaczego tylu dorosłych (nawet nie gorliwych katolików) nie rozumie, że właśnie ograniczając swoim dojrzewającym dzieciom dostęp do wiedzy, tylko im szkodzą i właśnie zwiększają prawdopodobieństwo, że ich dziecko przedwcześnie zaciąży/zostanie skrzywdzone/nie będzie umiało dbać o własne zdrowie/nie będzie po prostu umiało czerpać satysfakcji z bliskości nawet z ukochanym partnerem?

    4. Anna wrote:

      Mnie najbardziej przerażała reakcja moich koleżanek, z którymi dzieliłam pokój w szkole z internatem w liceum, kiedy dowiedziały się że najprawdopodobniej nie posiadam już błony dziewiczej w wyniku intensywnych ćwiczeń czy też masturbacji.

      – O Boże Ania, nie jesteś już dziewicą!
      – Dlaczego?
      – Nie masz błony.
      – Serio? Przecież nigdy z nikim nie spałam. To o to przecież chodzi, nie?
      – No… niby tak. Ale jednak błona to taki symbol…

      XD

    5. stary_dziad wrote:

      Podstawówka. Opowieści o przyjaźni, asertywności, coś o pieniądzach nawet było.
      Podział na grupy. Dziewczynki rozmawiają sobie z panią, a ja biedny siedzę na korytarzu, bo nie mam autobusu do domu. Za tydzień na odwrót. Chłopcy mają tylko zostać. Tylko katechetce, która to prowadziła coś wypadło i wzięła wolne. Ale na szczęście załatwiła naszej dwójce (tak, chodziłem na to tylko ja i kolega) zastępstwo. Dodatkową lekcje wuefu.
      Koniec końców, o wszystkim opowiedziała mi mama, jak jej powiedziałem, że pojawiły mi się włosy łonowe. I z książek od biologii kuzynki z gimnazjum.

      Potem gimnazjum. WDŻ prowadzi polonistka. Siedzieliśmy bez celu 45 minut. Czasami obejrzeliśmy jakiś film i nie edukacyjny, tylko zwykły dla zabicia czasu. Chociaż raz musieliśmy obejrzeć jakiś fabularny nagrany z TVP o parce nastolatków co wpadła.

      Szkoła średnia. Zajęcia prowadzi od biologii. Kto może ten się zwalnia i idzie do domu. Ja zostaje, bo znowu brak autobusu. Zajęcia co trzy tygodnie, bo na tydzień niby 15 minut przeznaczone na WDŻ, no to co 3 robi się godzina lekcyjna. Na sali z 5 osób, jedna dziewczyna. Jakieś zajęcia w parach, praca samodzielna. Jest antykoncepcja, choroby weneryczne. Ale wszystko biologiczne. Tabelka, rodzaje, procentowa skuteczność. Skuteczność raczej marna.

      Sam wiedzę czerpałem z książek od biologii, potem Internetu.
      Tutaj muszę podziękować Tobie nat za artykuł o palcówce. Niedawno przeżyłem swój pierwszy raz dziewczyną i to co pisałaś przydało się. =)

      1. Nat wrote:

        Nigdy nie jest za późno na doedukowanie się, nawet, gdy ta pierwsza edukacja seksualna była taka sobie – trzeba tylko chcieć, obudzić w sobie ciekawość. Super, że moje rady przydały się podczas pierwszego razu – fanfary dla Ciebie :)

    6. Vanti wrote:

      Całe szczęście, że u mnie WDŻ prowadził pan od biologii, na dodatek homoseksualista. Nie żeby poziom tych lekcji był jakiś dzięki temu wygórowany, ale na pewno oszczędziło nam to „Seksu po ślubie” i „niemego krzyku”. Niestety jedyne czego się dowiedziałam to jak wygląda zapłodnienie i poród (ba, było nawet zdjęcie główki wystającej z macicy CAŁE 5 SEKUND!). Natomiast mieliśmy osobne zajęcia o menstruacji, przyszły do nas panie z Always i opowiadały o metodach „zabezpieczeń”, upławach i tak dalej. Oczywiście w lekcji tej nie brali udziału chłopcy. Bo przecież to ich nie dotyczy. Niestety w tym kraju nie czeka nas prędko zmiana w tych tematach. Dlatego ja uciekam. Uwielbiam Cię Nat, serio. Pozdrawiam

      1. Vanti wrote:

        *waginy, sory ;p

      2. Nat wrote:

        Panie z Always opowiadały o zabezpieczeniach przed wydzielinami ciała, mam rozumieć?

        1. Vanti wrote:

          oczywiście

        2. Nat wrote:

          Każda okazja dobra do marketingu… Ale przewrotnie myślę, że nawet z takiej lekcji typu product placement można zrobić niezłą akcję edukacyjną dla męskiej części klasy. Tylko też trzeba mieć pomysł, wiedzę, a nie ograniczać się jedynie do rozdawania próbek.

        3. Vanti wrote:

          Jasne, też tak uważam. Niestety nawet dziś dla męskiej części rozmowy o menstruacji to tabu, nawet w szkole na biologii, co dopiero 15 lat temu.

    7. Oktass wrote:

      Nat, powinnaś być ministrem do spraw seksu.

      1. Nat wrote:

        Chętnie, podobno do twarzy mi w garsonce!

    8. Alicja wrote:

      Trochę się zgadam, a trochę nie. Mam inne poglądy co do stosunku przed ślubem – jestem.osobą wierząca – aczkolwiek wkurza mnie sugerowanie, iż seks NAWET po ślubie to ma służyć wyłącznie prokreacji. Kto kogo przez to oszukuje? To dla mnie masakra.
      To sam z tematyką takich lekcji. Należałoby uczyć o emocjinalnosci bardziej, o życiu z drugą osobą, o osiąganiu kompromisów (nawet, a może przede wszytkim w kwestiach seksu). Dorośli chcą przemilczeć temat, a on istnieje i będzie istniał.

      1. boo wrote:

        I gdzie to „porównanie” skoro będziesz kochać się z jedna osobą na określonych warunkach wciśnięcia kawałka metalu na palec? To twoja sprawa, jasne, ale niestety ludzie z takimi poglądami wpychają je innym do gardła

      2. Andromeda wrote:

        Ale rozumiesz, że nie każdy jest osobą wierzącą, więc nie każdy chce seksu tylko po ślubie? I nie zrozum mnie źle, ale czy przemyślałaś dobrze swoją decyzję? Mam bardzo wierzącą koleżankę, która zrobiła sobie tym krzywdę – latami tłumiła popęd, miała wyrzuty sumienia przez sny erotyczne, które jej się przydarzały. Wyszła za mąż w wieku lat 28 no i niestety, czegoś, co latami się zwalcza nie da się tak łatwo uwolnić… Popędu znaczy.

    9. Człek radosny wrote:

      „Niemy krzyk” to absolutny „standard”. Miałam WDŻ tylko w gimnazjum, ale to nadto wystarczające doświadczenie. Czy mnie w jakikolwiek sposób skrzywiło? Bynajmniej, ale miałam już wtedy względnie wyrobione zdanie na temat seksualności (na ile pozwalała na to mentalność gimnazjalisty). Nigdy nie śmiałabym stygmatyzowac kogoś za rzecz de facto naturalną, jaką jest dla mnie homoseksualizm lub biseksualizm. Za tę opinię zebrałam opiernicz (od klasy i od nauczycielki). Podobnie było z powyżej wspominanym filmem. Osobiście nie jestem zwolennikiem usuwania ciąży jako substytutu „naprawiana braku zabezpieczenia parę miesięcy temu itd.”. Ale to moje, nie innych zdanie. Ludzie korzystają ze swojej wolności, nie zmienię tego. Za to za wypowiedź, że w mej opinii nie mam moralnego prawa oceniać decyzji kobiety zgwalconej, noszacej istotę niezwykle chora lub będącej sama zagrożoną ciężkim uszczerbkiem na zdrowiu lub śmiercią podniósł się rwetes. I część klasy z pewnością miała podobne zdanie, lecz bała się zapewne źle wypaść, być gorzej „ocenionym” (nota bene jak można oceniać na tym przedmiocie?!). To chyba ironia, ze ten pro-prokreacyjny przedmiot kładzie nacisk na donoszenie ciąży za wszelką cenę, co czasem dalszą zdolność do prokrekreacji po prostu odbiera :).
      Pisałaś też niegdyś o obrzydzaniu „mniam”. Mam to szczęście, że w moim domu tego nie było, a autorytet rodziców jest i był silniejszy niż autorytet Pani od owych zajęć. Dlatego udane pożycie seksualne i konsumpcja dziewictwa (nota bene relatywnie pozna, bo w wieku 20 lat) stanowią dla mnie ważny fundament obecnego związku, w którym nic mi było dla mnie, w sensie choćby teoretycznym, novum.
      Dlaczego nie poruszano zagadnień wagi cytologii, badań piersi, kontroli stanu zdrowia na wypadek brania tabletek antykoncepcyjnych (oh wait…)? Rażąco niska ilość dziewczyn w moim wieku (22 lata) czyni choćby coroczny „przeglad”. Umiemy uzasadnić, dlaczego czujemy się naoliwione (sic!) w czasie dni plodnych (tak mówiła urocza istota z filmu o kalendarzyku małżeńskim), ale nie odrozniamy, kiedy można nazwać wydarzenie poronieniem i czym jest implantacja (i droga wladzo, to nie znaczy tyle co „owulacja”).
      I btw., choć miałam i wciąż mam jednego partnera seksualnego, ale na litość! Nie ma dla mnie pojęcia osoby „puszczalakiej”, na równi z kobietą jak i mężczyzna, jeżeli jest to osoba wolna partnersko (chyba że obie strony związku świadomie zakładają istnienie monogamii) i szanuje zdrowie osoby, z która tymczasowo uprawia seks lub temu podobne. No ale skoro facet ma w gaciach „klucz otwierający każdą kłódkę”, to jest „zdolny” i taki dooobry, zaś kobieta dająca się „byle kluczem otworzyć” jest, no cóż, chyba wiemy (i chyba znamy to durne powiedzenie, nie?), to wiele jeszcze w samej mentalności musi ulec zmianie… Tak jak „lizanie cukierka przez papierek”, czyli zakładanie kondoma (znane tez jako „nie zmiesci się na tego basiora, ale na nogę po kolano dziwnym cudem tak”). No ręce opadają! Taki sam człek, ochoczo przelatywując kolejną damę zarazi ją lub siebie kij wie czym, ale przynajmniej nachapał się cukierasa jak należy! A wystarczy się badać. Ale kiedy dotrze to do przeciętnego Iksińskiego/Iksińskiej, iż ich wspaniałe insygnia (i jak je właściwie nazywac?) też potrzebują przeglądu?
      Dziękuję Ci za ten artykuł. Ja sobie z zywotem w tej i innej materii poradziłam, ale kiedy miałam jakiekolwiek pytanie, mogłam liczyć na rodziców. Rodzice i ja na WDŻ liczyć nie mogli…

    10. to ja jeszcze słówko zza kurtyny, bo tak się składa ze jako seks edukatorce udalo mi się raz złapać fuche w postaci prowadzenia przedmiotu WDZ w technikum. spotkało się to z tak wielką nieudolnoscia organizacyjną szkoły, że lawina w postaci niechęci uczniów ruszyła zanim zdarzylam wyjść poza spis treści.
      zmierzam do tego, że obok osoby prowadzącej wazna jest też cała struktura w tle. kiedy prowadzę warsztaty z edu seks nie ma opcji aby poruszyć jakikolwiek intymny temat zanim nie zbudujemy bezpieczeństwa. tymczasem WDZ zorganizowany tak jak to ma miejsce w Polsce wymaga by na dziendobry wyjechać z antykoncepcja, cyklem i chorobami… dramat.

    11. Pau wrote:

      Widzę, że moje WDŻ nie różniło się za bardzo od reszty. Standardowo o miesiączkach i porodzie i Niemy Krzyk na VHSie. Jedno mi jednak zapadło w pamięć.

      Otóż według nauczycielki (biologii z resztą) masturbacja jest bardzo szkodliwa, ponieważ człowiek się tak przyzwyczai i zaprogramuje, że już nie będzie w stanie czerpać przyjemności z normalnego współżycia…

      Mnie na szczęście to nie zniechęciło do poznawania swojego ciała, ponieważ już tą eksplorację zaczęłam, ale pamiętam, że niektóre dziewczyny to kupiły i były bardzo przeciwne masturbacji. (oczywiście mowa była tylko o dziewczynach, bo wiadomo, że facet to musi)

      1. Biały Lis wrote:

        To o „zaprogramowaniu” ciała to dość popularny „argument”, u mnie też uparcie go powtarzano. Aczkolwiek zawsze było to mówione w kontekście chłopców, przez co bardzo długo ja i sporo moich koleżanek byłyśmy przekonane, że dziewczyny po prostu dosłownie nie mogą się masturbować, bo nie mają jak. Z jednej strony był to jeden z największych bullshitów, jakie z tych lekcji wyniosłam, z drugiej – przynajmniej nikt nam niczego aż tak uparcie nie próbował obrzydzić.

        1. Nat wrote:

          To ja dorzucę od siebie – „zaprogramowanie” się teoretycznie jest możliwe, ale… (bardzo ważne ALE) dotyczy ono głównie tych osób, które masturbują się w bardzo określony sposób, z dużą siłą (jak na przykład chłopcy, którzy na suchara penetrują przestrzeń pomiędzy ramą łóżka a materacem, czy dziewczyny, które ocierają się łechtaczką o drewniane meble). I jest to absolutnie odwracalne!
          Według mnie człowiek przed rozpoczęciem współżycia powinien się masturbować, doświadczać własnego ciała, poznawać je. Wtedy jest dużo łatwiej zatroszczyć się o własną przyjemność, wziąć ją we władanie.
          A z tym obrzydzaniem masturbacji kobietom, to jest to naprawdę przerażające. Zwłaszcza w kontekście tego, co pisałam wcześniej – że podniecenie posiadacza penisa jest widoczne, podczas gdy podniecenie posiadaczki waginy – niekoniecznie. I to, że coś tam łaskocze „w brzuchu” kobiety uczą się interpretować jako zakochanie, a nie podniecenie. Wychodzi na to, że skoro widać, to można dotykać, a schowane narządy płciowe to się najwidoczniej schowały ze wstydu, więc lepiej nie ruszać. Ech.

    12. Biały Lis wrote:

      Mój WDŻ w liceum (podstawówkowy był typowym puszczaniem filmików, gdzie rodzina siedziała przy ognisku i śpiewała piosenki o przyjaźni, plus zajęcia o mięsiączce. Nie żebym wiedziała po nich, jak się w praktyce podpasek używa, no ale wiedziałam, że tampony są zUe, bo… bo są) był fascynujący pod względem technicznym. Dosłownie. Pierwszy raz w życiu miałam okazję zobaczyć w użyciu magnetofon szpulowy i przekonać się, że puszczonego z niego nagrania nie idzie zrozumieć. Nie licząc tego dowiedziałam się głównie tyle, że jeśli ojciec prosi syna o pomoc przy samochodzie, a syn akurat nie może pomóc, bo odrabia lekcje, to znaczy, że ojca nie kocha. Nikt nie zrozumiał skąd ten wniosek, ale woleliśmy nie zadawać pytań i możliwie najszybciej skończyć tę farsę. O seksualności jako takiej nie dowiedziałam się absolutnie niczego, ale może to i lepiej, bo prowadzący zajęcia człowiek wyglądał na chętnego palić na stosie za jakiekolwiek odstępstwa od „świętego modelu rodziny”. Dziękuję więc światu za internet, z którego w wieku dwudziestu jeden lat dowiedziałam się o istnieniu aseksualizmu i mogłam odetchnąć z ulgą, że jednak nie jestem nienormalna. Szkoda, że tak późno, no ale mówi się trudno i kupuje się młodszej siostrze odpowiednie książki.

      1. Nat wrote:

        Yyy, no tak, ojciec czuje się odrzucony przez syna, a może ten syn wcale nie ma zainteresowań motoryzacyjnych? Może chce być tancerzem? To chyba nikomu nie przyszło do głowy.
        Co do aseksualności, to dopiero od niedawna weszła do powszechnego dyskursu, co nie oznacza, że wcześniej jej „nie było”. Edukatorzy w wachlarzu własnych kompetencji powinni mieć wiedzę również na temat aseksualności, no i też nie wykluczać osób aseksualnych z zajęć. W końcu „asów” też dotyczą takie kwestie jak zdrowie intymne, czy zarządzanie relacjami z innymi ludźmi.
        Dobrze, że Twoja siostra ma taką siostrę, jak Ty!

    13. Matreusz wrote:

      WDŻ które pamiętam wyglądało zupełnie inaczej. Przede wszystkim materiał był rozdzielony i tak na biologii uczyliśmy się o przebiegu ciąży, dojrzewania płciowego, konstrukcji genitaliów, rodzajów antykoncepcji, i to było ok. Nauczycielka z biologii była fachowcem, parę rzeczy nam potrafiła dopowiedzieć, bo też podręcznik w takich miejscach jak: łechtaczka, homoseksualizm, antykoncepcja po prostu albo milczał albo dawał lakoniczny komentarz.

      Drugim członem miał, „miał”, być właściwie ten cykl spotkań z psychologiem szkolnym. Cykl był rozpisany na 14 lub 9 godzin w semestrze, nie pamiętam dokładnie, a w rzeczywistości każda klasa odbyła w trakcie roku po jednej godzinie i na świadectwie wpis: WDŻ zaliczone, a szkoła miała problem organizowania tego całego przedmiotu z głowy. Nie wiem czy to było spowodowane brakiem kadr (jeden psycholog na pół etatu, a drugie pół w sąsiedniej szkole) czy silną pozycją księdza. Obecnie z tego co wiem w moim LO pracuje dwóch psychologów szkolnych, jest też inny dyrektor i ksiądz, więc może jest pod tym względem nieco lepiej. W każdym razie byłem obecny na dwóch lekcjach:

      1 lekcja: biblioteka szkolna i film o rozrywaniu płodu skalpelem (czy to ten słynny Niemy Krzyk?). Nie wiem czy zrozumiałem przekaz bo jakoś film nie zrobił na mnie żadnego wrażenia i nie potrafiłem się w żaden sposób do niego odnieść. Byłem wówczas na fazie „Druga Wojna Światowa” toteż czytałem masę wspomnień, oglądałem masę filmów. Co za różnica czy rozrywają skalpelem płód, czy granatem jakiegoś biedaka przymusem wysłanego na front w wieku 18 lat ? Świat to generalnie kiepskie miejsce a śmierć jest powszechna – tak myślałem. Reszta klasy spisywała zadania z matematyki.

      2 lekcja: homoseksualizm. Dzielimy klasę na dwie grupy, tych za i tych przeciw, i pozwalamy im się pokłócić. O to czy jest chorobą i trzeba leczyć, a może zaakceptować bo nikomu nic do tego. Rola psychologa ograniczyła się do wybierania osoby która wypowie się na ten temat. Ja zostałem wybrany parę razy lecz też nie miałem nic ciekawego na ten temat do powiedzenia bo jakoś jako 17 latek nie myślałem zbyt dużo o tym zagadnieniu i co tu mówić, nie znałem się nic a nic, swój biseksualizm (na temat którego zresztą podczas lekcji nie było ani słowa, omawiany był tylko homoseksualizm męski) odkryję dopiero lata później. Oczywiście podczas lekcji najgłośniej krzyczeli Ci którzy całym homoseksualizmem obrzydzeni, i ogólnie przeciw.

      Tyle i aż tyle. Potem z rozmów ze znajomymi dowiedziałem się że w różnych szkołach to różnie wyglądało, i gdzieniegdzie lekcje WDŻ były naprawdę na profesjonalnym poziomie. Nie mogę mówić że tak jak w moim LO, tak było wszędzie. Mi jednak czegoś żal, niby mam te 25 lat a nie potrafię sobie poradzić z kompleksami na punkcie własnej seksualności (czy moja ilość centymetrów odpowiednia, czy moje preferencje należy akceptować, czy wgl mogę być dla kogoś atrakcyjny)… i podejściem do kobiet (odkładanie z roku na rok prób poznania kogoś bo nie jestem „dość dobry” aby zainteresować sobą kobietę, głupie myślenie wyniesione z domu gdzie byłem cały czas porównywany do innych, „we wszystkim lepszych” dzieci).

      Hmm, nie wiem czy dobrze się tak otwierać. Jeśli mogę w jakiś sposób pomóc zmienić edukację seks to chciałbym powiedzieć że oprócz tych, inteligentnych, którzy doskonale wiedzą co z czym się jje, nic im nie trzeba tłumaczyć, są też tacy którzy się w tym wszystkim gubią i nie wiedzą co o swojej seksualności myśleć czy w którym kierunku ją skierować. Ja taki byłem i nadal jestem.

    14. Jotgie wrote:

      Och ja mialam przeokropny wdz. W podstawowce ograniczylo sie to do kilku spotkan po lekcjach, pod koniec 6 klasy, na ktorych dowiedzialysmy sie (bo chlopcy mieli osobno, zeby przypadkiem nie sluchali o kobiecych sprawach) ze moze niedlugo dostaniemy okres jak on wyglada i po co jest. Pomijam fakt ze polowa z nas juz od dawna okres miala.

      W gimnazjum bylam katolickim – sama nie rozumiem dlaczego podjelam taka decyzje, bo rodzice nie ingerowali w wybor mojej szkoly – wiec wdz byl jak najbardziej zgodny z nauczaniem kosciola. Dowiedzialam sie na przyklad, ze ludzie ktorzy uprawiaja seks przed slubem odwracaja piramide i zaczynaja budowac zwiazek od czubka, a kiedy chca umiescic podstawe to wszystko sie zapada. Bo jesli w zwiazku jest seks to pewnie nie ma milosci, zwiazek skupia sie tylko na seksie i po slubie ci ludzie nie maja juz sobie nic do zaoferowania.
      Powtorze, bo do dzis spedza mi to sen z powiek: nauczycielka powiedziala, ze ludzie ktorzy uprawiaja seks przed slubem, nie maja juz sobie nic do zaoferowania i ich malzenstwo musi sie rozpasc. Bo tylko dziewica i prawiczek maja sobie jeszcze cos do zaofiarowania.
      Oczywiscie antykoncepcja zla, bo nawet powstrzymywanie powstania zycia (prezerwatywy chocby) to ingerowanie w plan boski i zabijanie mozliwosci zajscia w ciaze jest tak zle jak zabicie dziecka. Poza tym po co komu po slubie antykoncepcja. Niemy krzyk ogladalismy co roku.

      Koszmaru ciag dalszy, czyli wdz w liceum. Mialam dwie nauczycielki i nie wiem, ktora byla gorsza.
      Jedna caly czas opowiadala o szkodliwosci antykoncepcji hormonalnej, bo kobieta sie tylko truje, moze pozniej miec problemy zdrowotne, albo z zajsciem w ciaze jak sie jednak zdecyduje, a to wszystko po to zeby facet mogl sobie dzialac bez kondoma. Bo faceci tacy sa, ze ich nie obchodzi zdrowie kobiety, bo oni tylko chca jednego, i jeszcze narzekaja jak musza uzyc prezerwatywy. I traktuja kobiety jak worki na sperme. I co to w ogole ma byc, jak kobieta bierze tabletki antykoncepcyjne to ma przez kilka dni w miesiacu nie brac, a wtedy faceci sa wsciekli i kaza im brac mimo to, wiec one biora nieprawidlowo bo facet sie tydzien nie powstrzyma. Przez kilka lekcji wszystko co mowila mialo taki wydzwiek. W koncu nie wytrzymalismy (wdz byl laczony i chlopcy sie czuli slabo sluchajac takich rzeczy) i poszlismy ze skarga, i przydzielono nam inna nauczycielke.
      Ta z kolei skupila sie na tym ze wszelkie zlo na swiecie jest wina homoseksualistow. Bo jest ich bardzo malo, wiec uprawiaja seks z maksymalna iloscia osob jakie tylko spotkaja, to oni roznosza wszystkie rzezaczki hiv i takie tam. A do tego musza kupowac tabletki na rozluznienie miesni odbytu bo inaczej maja wszystko popekane i dlatego widac, ze to nienaturalne i zle. A do tego znow Niemy Krzyk, zebysmy pamietali ze seks tylko po slubie bo inaczej ludzie mysla o aborcji.

      1. Nat wrote:

        Yyy, mnie najbardziej przeraża to, że pewnie nikt nie pofatygował się powiedzieć uczniom, że coś takiego, jak niedopasowane temperamenty seksualne zdarza się zwłaszcza tym osobom, które rozpoczynają współżycie dopiero po ślubie, w momencie, kiedy trudno się ze związku (z różnych względów) wycofać. No i nie wspominając już o tym, że ktoś, kto kompletnie nie zna własnego ciała, ani nie wie, czego spodziewać się po ciele drugiej osoby, raczej nie będzie orłem sypialni. A w konsekwencji „seks boli”, „seks nie jest przyjemny” i tego typu historie.
        Najgorsze, gdy WDŻ podszyty jest opiniami i ideologią, które niewiele mają wspólnego z faktami. To, czego edukatorzy seksualni nie powinni robić, to nie dzielić się swoimi OPINIAMI, że np. „antykoncepcja truje”, „tampony trują”, „prezerwatywy są niewygodne”.
        Sprawy popękanych odbytów nawet nie mam sił skomentować.

        1. Biały Lis wrote:

          Pfff, „niedopasowanie temperamentów”? Prooooszę cię, przecież wiadomo, że jeśli ludzie się kochają i są po ślubie to zawsze, absolutnie zawsze będzie im dobrze w seksie. Bo tak. Bo ten papierek magicznie tak sprawi. Bo „seks dzieje się w głowie i w małżeństwie (tylko i wyłącznie!) ludzie w pełni sobie ufają i dlatego seks, jako owoc tej miłości, jest udany…” iiii tak dalej, i tak dalej…
          Btw, ja rozumiem, że Kościół głosi, że zero seksów przed ślubem, ale moja kuzynka na rekolekcjach usłyszała ostatnio, że „kobiety są jak pączek kwiatu” i że nie wolno przed ślubem, bo jak nie jesteś dziewicą, to potem jesteś dla męża jak „łysy badyl”. Nosz urwa mać…

    15. f wrote:

      WDŻ w podstawówce miałam całkiem udany, w 5/6 klasie miałam okres w życiu, kiedy bardzo mocno naciskałam na nauczycieli, żeby mi doprecyzowali jak ten tajemniczy seks wygląda, z panią od WDŻu się udało. Do gimnazjum chodziłam w Anglii, zajęcia też były w porządku.
      W liceum natomiast miałam okazję usłyszeć, że mąż nauczycielki na dwie lesbijki mógłby popatrzeć, ale dwóch gejów to już sobie nie chce wyobrażać, (po czym w sumie stwierdziła, że znam się na temacie lepiej od niej, więc mogę dalej poprowadzić te zajęcia), że w kwestii seksu przed ślubem ona się personalnie zgadza z KK, układaliśmy wartości w związku w szeregu (nienawidzę i zawsze nienawidziłam takich głupich list), po czym dowiedziałyśmy się z przyjaciółką, że skoro ważne dla nas w związku jest rozumienie się bez słów, to znaczy, że mamy problem z komunikacją (jasne, bo intuicyjne wyczuwanie potrzeb drugiej osoby świadczy najczęściej o samych problemach w relacji, pewnie), i że skoro twierdzimy inaczej, to znaczy, że nie znamy facetów, bo zrozumienie w związkach tak naprawdę nie istnieje. Oglądaliśmy jeszcze film o AIDS, który polegał na tym, że w jakiejś szkole przeprowadzono prelekcję nt. AIDS, z której uczniowie wyciągnęli wnioski w stylu ,,NIE CHCĘ UMIERAĆ! NIE CHCĘ, ŻEBY MOI PRZYJACIELE UMIERALI!”. Generalnie tragedia. Poza tym trochę czułam, że narusza się moje prawa, bo te zajęcia nie powinny być obowiązkowe, a u nas powiedzieli: ,,Od przyszłego roku macie WDŻ. Zajęcia niby nie są obowiązkowe, ale trzeba było zrezygnować tydzień temu, jeśli nie chcieliście chodzić.” A tydzień wcześniej nikt o tych zajęciach nie wspominał…

      1. Nat wrote:

        No i jeszcze raz utwierdzam się w przekonaniu, jak ważna w kwestii seksualności jest re-edukacja dorosłych, zwłaszcza tych dorosłych, którzy mają kształcić młode pokolenia w ramach edukacji seksualnej. Te zajęcia nie służą psychologizowaniu (problem z komunikacją, serio?), ani tym bardziej wyrażaniu opinii, na co mąż mógłby sobie popatrzeć. To jest niewłaściwe na bardzo wielu poziomach. Ciekawe, że na WDŻ wałkuje się AIDS, rzadko wspominając o innych infekcjach przenoszonych drogą płciową. Niektórym chyba wciąż wydaje się, że AIDS działa jak najlepszy straszak zniechęcający do rozpoczęcia życia seksualnego…

    16. LRH wrote:

      Świetny artykuł, ostatnio Twoje teksty po raz kolejny zachęciły mnie do rozmów o BDSM’ie/edukacji seksualnej z moimi
      rodzicami i siostrą. Oby tak dalej!

      1. Nat wrote:

        Super, BDSM pod strzechy!

    17. Zet wrote:

      Miałam WDŻ w gimnazjum i liceum. Te zajęcia były świetne. To z nich dowiedziałam się wszystkiego co było potrzebne. Pamiętam, że w gimnazjum napisałam referat o antykoncepcji, musiał być zrobiony ręcznie, a nie przeklejony z neta i na podstawie książek, a nie Wikipedii. Pisząc odkryłam prawdę objawioną, że kondomy to nie wszystko. W liceum nauczycielka traktowała nas jak osoby dorosłe, mówiła otwarcie jak jest, bez zażenowania czy czegoś w tym stylu. Pamiętam jak nam mówiła, że musimy obserwować swoje ciało, że taka wiedza jest nam dziewczynom potrzebna. Że ,,W XXI w. zorientować się, że jest się w ciąży w czwartym miesiącu już dziewczyny nie wypada”. Zawsze jak słyszę w telewizji hejty na WDŻ, to jestem bardzo zdziwiona, ponieważ ja i wszystkie moje koleżanki wspominamy te zajęcia bardzo fajnie. Tak, mogę powiedzieć, że wszystkie, ponieważ poruszyłam ten temat z nimi wielokrotnie. Teraz piszę inżynierkę, oczywiście nadal się dokształcam, czytam i interesuję się tematyką wokół WDŻ, ale na tamten czas wiedza, która posiadłam była totalnie wystarczająca- nie wpadłam, wiedziałam, że nikt nie ma prawa mnie obmacywać bez mojej zgody, co to jest aborcja itd. Także nie uważam, że WDŻ jest zły. Nauczyciele mogą być lepsi lub gorsi, ja trafiłam na fajnych, wiem, że nie każdy miał to szczęście.

      1. Nat wrote:

        Cieszę się, że miałaś fajne doświadczenia z WDŻ, jednak – jak sama widzisz po komentarzach innych osób dzielących się swoimi wspomnieniami, poziom tych lekcji bywa różny. A maturę cała Polska pisze jedną, obowiązuje nas jedna podstawa programowa. Dlatego przeraża mnie, jak ogromne są różnice w nauczaniu WDŻ, jak chętnie nauczyciele podszywają je szkodliwymi ideologiami i jak często prowadzą te zajęcia ci, dla których seks nawet „na życie” kompletnie nie stanowi tematu zainteresowań. No bo przecież „nie wypada”…

    18. Abe wrote:

      Cipka. Błagam, niech ktoś zacznie używać tego słowa bez tego zażenowanego chichociku niepewności – przekleństwo? czy przypadkiem nie usłyszy mnie dziecko? Sama pamiętam swoje zażenowanie – nikt mnie tego słowa nie nauczył, nikt mnie w ogóle żadnego słowa na cipkę nie nauczył, jak tu więc powiedzieć, czego się chce i gdzie? Na samym początku seksu nazywanie cipki cipką było niesamowicie trudne, co też w jakiś sposób wpływa na samo życie seksualne. To raz.
      Ze swojego gimnazjum – o dziwo nie z wdż, z RELIGII – pamiętam, jak oglądaliśmy film o rule… kalendarzyku jako jedynym sposobie antykoncepcji. I najwyraźniej z tego pamiętam, jak myślałam, że współczuję chłopcom, bo to takie OBRZYDLIWE nawet dla mnie, choć przecież „mam” i śluz, i całą resztę. Na szczęście z powodu „mania” wiedziałam, że to jest takie obrzydliwe tylko na filmie, bo MIAŁO takie być, a w rzeczywistości wcale nie. Ale czy wiedzieli o tym chłopcy? Czy to ich zachęciło do eksplorowania ciała kobiety, do niepostrzegania go jako obrzydliwego, niezachęcającego, podejrzanego, brudnego w czasie okresu i co tam jeszcze? Wątpię. Po swoim partnerze to widzę – że nie chce tak myśleć, ale jest to takie obce, dziwne, nowe (nie ciało kobiety – ciało inaczej postrzegane), że nie umie się zazwyczaj przemóc, że tak jest nauczony i to mu mówiono (choć staram się jak mogę – odpuszczać również, kiedy widzę, że dalej będzie tylko gorzej). Bo też kobiety choćby w porno, w filmach nigdy nie mają okresu, śluzu, zapachu, smaku i tak dalej. Też średnio.
      Do tego, co powiedziałaś, dodałabym: żeby te lekcje były razem. Żeby chłopcy wiedzieli, jak działa ciało kobiety, koleżanki. Że ono ma okres i ten okres kobiety nie dziwi, że to jest jej rzeczywistość, a nie stan nadzwyczajny, co się z ciałem dzieje, skąd ten śluz, jak wygląda cipka, łechtaczka, pochwa, no, WSZYSTKO. Jak działa, co robi, co MOŻE robić, i że to nie jes tajemnica, że kobiece ciało nie jest „trudniejsze”… I w drugą stronę – chociaż jakoś mam wrażenie, że chłopięca, męska anatomia jest jakoś powszechniej znana. (Ciekawe czemu…)
      A już tak osobiście zupełnie – chciałabym, żeby ktoś mówił o BDSM jako czymś normalnym, wyjaśnił, że nieszczęsny Grey jest zły nie z powodu BDSM jako takiego, tylko ZŁEGO i szkodliwego przedstawienia wannabe-BDSM… Długa droga, ale marzyć można!

      Ach, jak Ci zazdroszczę tych warsztatów! Szalenie bym chciała, tbh, prowadzić jakąś formę edukacji seksualnej – czy to warsztatów, czy czego – dla gimnazjów, liceów może lepiej. Być jak Laci Green (o, ona odpowiada za dużą część mojego ” wdż” osobistego) ;) Jeszcze nie znalazłam sposobu – ale znajdę!

      Miłego!

      1. Abe wrote:

        Pardą, studiów, nie warsztatów, oczywiście!

      2. Nat wrote:

        Wiesz, dla mnie na filmie czyjś śluz też pewnie wywołałby dreszcze (sama np. mam problem ze śliną i jak w porno ktoś komuś pluje w narządy płciowe, w twarz, czy w odbyt, to momentalnie mi wszystko wysycha). Bo tak to już jest, że znajome ciało przestaje być obrzydliwe, no ale pewnie nikt nie pofatygował się poinformować o tym uczniów.
        Myślę, że to, że kobiece ciało jest trudniejsze wynika właśnie z tego, że takie zjawisko jak podniecenie nie jest dla kobiet widoczne w takim stopniu, co dla posiadaczy penisa, że nie możemy tego podniecenia „dotknąć”. Młodym ludziom (i starszym też) powinno się tłumaczyć, że genitalia składają się praktycznie z tych samych części, ale poukładanych w inny sposób. Wtedy łatwiej jest tę anatomię zrozumieć – tak samo własną, jak i drugiej osoby.
        Co do pracy z młodzieżą i dziećmi, idź w to! Potrzebujemy dobrych edukatorek i edukatorów seksualnych. Im nas więcej, tym lepiej dla spawy! Laci jest w tym świetna, może spróbuj sama pójść tą drogą? Bo póki co, polskie jutuby są w kwestii edukacji seksualnej raczej żenujące… Dlatego życzę Ci powodzenia i trzymam kciuki :)

      3. natalia wrote:

        Nie zgadzam się z „cipką”. Nie wiem czemu, ale jak zapytać co rozumie gdy mówi „cipka” to mówi, że „noooooo przecież wiadomo… no toooo… ten… to co kobieta ma między nogami”. Penis, pochwa, moszna, łechtaczka – raczej każdy wie co to i gdzie jest. A cipka? Co to właściwie oznacza? Co konkretnie wchodzi w jej skład? Jaki jest jej odpowiednik u mężczyzn?
        Z drugiej strony to zabawne, że „cipka” zazwyczaj oznacza wszystkie zewnętrzne narządy płciowe kobiety i pochwę, a gdy mówimy o mężczyznach, skupiamy się tylko na penisie, o mosznie już rzadziej się myśli, a o kroczu to już w ogóle. Tak, jakby nic więcej tam nie mieli, jakieś wybrakowane stwory.

        1. Nat wrote:

          Myślę, że na chwilę obecną „cipka” jest używana w zastępstwie „wulwy”/”vulvy”, czyli „sromu” – terminów, które jeszcze językowo nie są zbyt oswojone.

        2. Abe wrote:

          Ale to raczej z perspektywy kobiety mówiącej było. No i jednak „włóż/włożę ci w cipkę” albo „poliż cipkę”, ogólnie po dołożeniu czasownika robi się jednak jasne, o co chodzi (mniej więcej przynajmniej).
          O jądrach, z tego, czego już w życiu swym krótkim doświadczyłam, mężczyźni mówią dużo i często, nie tylko w kontekście samego seksu, więc trudno mi się odnieść do tego.

    19. Juiz wrote:

      Ja miałam coś na kształt WDŻ w podstawówce. To było jakieś 20 lat temu, w klasach 7-8 (jeszcze) gdy na biologii było (pobieżnie) omawianie rozwoju człowieka. Zajęcia były raz w roku szkolnym, przyszedł seksuolog (!) przy czym by było nam łatwiej zadawać pytania, spisywaliśmy je na kartce a potem seksuolog na nie odpowiadał. Generalnie wtedy szczeniaki byliśmy to i szczeniackie pytania były, ale pamiętam także, że nie zabrakło zwykłych pytań bo odpowiedzi na nie zabrakło na lekcji biologii.
      A i przypomniało mi się jeszcze coś – gdzieś w granicy 4 klasy (podstawówka przypominam!) siostra od religii puściła nam „Niemy krzyk” – tak w ramach nie pamiętam czego. Niemniej mi jako dzieciakowi wtedy niespełna 10 letniemu zapadło to w pamięć jako straszne obrzydlistwo. No i jak tu nie kochać lat 90 ubiegłego wieku? Nikt się nie przejmował, że nieletnim puszcza się tak drastyczne materiały, w dodatku tak bardzo fałszywe i nieprawdziwe w przekazie.
      Potem w liceum (chyba w 2 klasie) były zajęcia (sorry, nie pamiętam jak to się nazywało, ale raczej nie WDŻ…) raz w miesiącu – niby o seksuologii i życiu seksualnym człowieka – jak się dowiedziałam , że będzie je prowadzić pedagog szkolna (z którą miałam na pieńku bo wychowawczyni miała z nią układy a ta mnie nie lubiła z wiadomego tylko sobie powodu) to (dzięki Latającemu Potworowi Spaghetti!) moja rodzicielka stwierdziła, że jeśli nie chcę chodzić na te zajęcia to w takim razie nie wyrazi na nie zgody. I kawał życia i czasu mi ocaliła – potem słuchałam jakie bzdury były na tych zajęciach – włos mi się jeżył…

      W każdym razie ja w życiu tym seksualnym niczego nie żałuję. Absolutnie.
      I niech tak zostanie.

      1. Nat wrote:

        Nie rozumiem, dlaczego ideologiczny film z „mięsem aborcyjnym” to wciąż standard w nauczaniu tak samo religii, jak i WDŻ. A forma zajęć z seksuologiem wydaje się naprawdę fantastyczna!
        I rzeczywiście, czasem można mieć super życie seksualne bez żadnych zajęć, jednak to zależy od bardzo wielu czynników, takich jak atmosfera wokół seksu w domu, dostępnych książek, innych źródeł wiedzy. Sama miałam w swoim życiu może 3 lekcje WDŻ (tak, w ciągu całej edukacji!) i też wyrosłam na ludzi :)

      2. Forsaken wrote:

        Puszcza się dalej, puszcza się ciągle i gdyby tylko się dało, to robiłoby się to na każdej możliwej lekcji – nie ważne, czy to religia, wdż czy nawet (sic!) przyroda w liceum. Nam katechetka proponuje ten film średnio raz na miesiąc i nie potrafi zrozumieć kategorycznego sprzeciwu całej klasy. Udało jej się nam puścić pierwsze 15 minut filmu i po tym czasie z całą mocą stwierdziliśmy, że już wolimy oglądać Ojca Pio i jego stygmaty niż coś takiego – a przypominam, że ja i moi rówieśnicy to liceum. Skoro nawet 17/18-latkowie mają problem z oglądaniem czegoś takiego, to jakim cudem można puszczać to samo dzieciom i liczyć, że nie zostaną spaczone umysłowo?
        Lekcje wdż miałam niby jakieś w podstawówce i coś tam było na przyrodzie. Wtedy nikt się tym jakoś nie przejmował, zajęcia prowadziła nauczycielka historii, która nie potrafiła czegokolwiek normalnie przekazać. Na przyrodzie zrobiliśmy to na totalnym minimum i tylko od strony biologicznej, odpuszczając sobie kompletnie omawianie chociażby narządów kobiecych. W gimnazjum wdżu uczyła mnie moja mama i o ile mieliśmy już coś więcej o tym, że trzeba się zabezpieczać, a seks zły niby nie jest, to niestety, ale moja mama jest mocno wierząca i jak można się spodziewać, przemycała nam naukę kościelną jak tylko się dało.
        I w końcu liceum – zaproponowano nam wdż jako dodatkową godzinę po 8 lekcjach, więc wszyscy zgodnie uznali, że nie ma tak dobrze, nikomu nie chciało się wracać do domu po 17. Teoretycznie mamy mieć poruszane wybrane tematy z wdżu na godzinach wychowawczych, ale wiadomo, jak to wychodzi w praktyce, gdy nauczycielka nie jest do końca zorganizowana. Siłą rzeczy kaganek oświaty postanowiła nieść nam katechetka, która stworzyła takie smaczki jak ten: „całować się można z kimś, z kim się jest, dopóki nie prowadzi to do podniecenia”. Oprócz tego, jak wspominałam, kocha puszczać nam filmy o aborcji i o niej rozmawiać, ale jeśli tylko ktoś ma odmienne zdanie, to święcie się obraża i potrafi robić nam karne kartkówki (naprawdę, nie mam pojęcia, gdzie tą kobietę znaleźli, ale powinni spuścić w tamto miejsce jakąś bombę atomową. Już nawet ojciec z zakonu bernardynów jest bardziej otwarty i idzie z nim normalnie porozmawiać, bo uznaje argumenty innych. No, przynajmniej na tyle, na ile pozwala mu Kościół).
        Oprócz tego mamy naszą kochaną panią od przyrody – ok 60 letnią kobietę, która w GMO doszukuje się powiązań z okultyzmem, opowiada nam o tym, jak to pies jest mądrzejszy od niej oraz o swoich przygodach z medycyną alternatywną. Podczas rozmowy o aborcji zapytałam raz, jakie jest najlepsze wyjście z sytuacji, kiedy płód jest naprawdę mocno uszkodzony (jakoś bardziej niż zespołem Downa, taką rybią łuską arlekinową) i wiadomo, że będzie umierał długo i w strasznych męczarniach, a matka może jeszcze umrzeć przy porodzie. Co usłyszałam? „Najlepiej dla lekarza i matki byłoby nie usuwanie ciąży, by nie splamić sobie sumienia”.
        No witki opadają.
        I tak to właśnie wygląda. Jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć, nawet w kwestiach czysto technicznych o seksie, to musisz sięgać po internet – nikt na lekcji ci nic treściwego nie przekaże, a w wiosce takiej jak moja, gdy chcesz znaleźć coś odpowiedniego do przeczytania, to masz w bibliotece do wyboru albo erotyki Tetmajera czy Leśmiana, albo jakiś poradnik pisany przez księdza o bardzo mądrym nazwisku. Oprócz tego tomiszcza pełne terminologii nie do zrozumienia, pamiętające jeszcze potop szwedzki.
        A wiadomo, jak to jest z wiedzą internetową – ile ludzi, tyle prawd i przekonań. Naprawdę ciężko znaleźć coś, co rzetelnie ci powie: „słuchaj, eksperymenty i seks przedmałżeński to nic złego, zabezpieczać się trzeba bez względu na osobę, z którą idziesz do łóżka, masz pełne prawo odmawiać, jeśli nie jesteś do czegoś przekonany, badać się trzeba bez względu, czy coś ci jest, czy nie, a BDSM może być naprawdę genialną zabawą, jeśli już wybadasz, co ci się podoba”. Dlatego cieszę się, że trafiłam tutaj oraz że jeszcze wcześniej napatoczyłam się na komiks Oh Joy Sex Toy Eriki Moen. Będę na pewno wpadać częściej :).
        Dziwi mnie tylko przekonanie części ludzi starszych ode mnie, że przecież dzieciaczki w wieku nastoletnim trzymają się z dala od łóżka i na pewno przestrzegają czystości przedmałżeńskiej oraz nie eksperymentują. Chociażby z tego powodu nie mogę spokojnie porozmawiać z mamą o tym, co mnie obchodzi, bo gdyby tylko się dowiedziała, że już mam za sobą ten „jakże magiczny i decydujący o losie całego świata” pierwszy raz, nie mając za sobą 10-letniej praktyki małżeńskiej, to prawdopodobnie dostałabym opiernicz życia z dodatkowym szlabanem na 4 przyszłe reinkarnacje + znalazłaby mojego chłopaka i wykastrowała go za pomocą widelca i młotka.
        (Jeżu, jaki elaborat. Już grzecznie milknę i idę udawać, że wcale nie szukam odpowiedzi na swoje pytania w internecie, bo przecież „internety kłamią” i wszystko mam w katechizmie.)

    20. Marika wrote:

      Ostatni WDŻ na którym byłam (1 gimnazjum chyba) – chichot na widok przedpotopowych plansz pt. „budowa człowieka” i brak jakiegokolwiek sensownego komentarza ze strony nauczyciela („także ten, no, to jest człowiek” zamiast chociażby: „patrzcie i podziwiajcie, to jest łechtaczka, jak rozpoczniecie współżycie, to nie zapomnijcie pokazać partnerowi”), ewentualnie tworzenie jakiejś śmiesznej tabelki, jaki powinien być idealny chłopak. Ćwiczenie samo w sobie sensowne, gdybyśmy nie dostosowywały się do oczekiwań nauczyciela i najprawdziwszych prawd powtarzanych przez wszystkie babcie i ciocie, tylko naprawdę zastanowiły się, o jakim partnerze każda z nas marzy (mimo że wiadomo, że ideał 14latki za kilka lat przestanie być dla niej ideałem. ;)).
      Potem poznałam Ciebie i zostałam „puszczalską” – czyli nie przejmując się gromami z lokalnej parafii, zawałem ciotek, groźbą oślepnięcia i innymi tragediami wzięłam swoją seksualność i szczęście w swoje ręce. I nie uważam, że jestem mniej wartościowa przez to, że nie czekałam do zaobrączkowania i ośmielam się twierdzić, że na obecnym etapie życia stały związek nie jest tym, o czym marzę (chyba powinnam zafundować paru osobom dobrą farbę do włosów, bo przeze mnie niektórzy całkiem osiwieją ;)).
      A teraz, na studiach spotkałam genialnego człowieka. Przed każdym wykładem, zanim wszyscy spóźnialscy dowloką się na 8 rano, opowiada nam po prostu o życiu: jak być szczęśliwym, obiektywnym, że trzeba szanować każdego człowieka nawet, jeśli nie zgadzamy się z jego poglądami etc. W sumie same truizmy, ale te kilkuminutowe pogadanki dają mi więcej, niż cały WDŻ i inne tego typu zajęcia w ciągu całej mojej edukacji.

      1. Nat wrote:

        „Jaki powinien być idealny chłopak?” – a co z tymi dziewczynami, które nie czują pociągu do chłopaków? Wielu młodych ludzi, którzy nie identyfikują się jako osoby heteroseksualne, rezygnuje z WDŻ właśnie dlatego, że nawet przez głupią strukturę zajęć i język podczas nich używany, te lekcje nie są dla nich, nie zakładają ich obecności w świecie, nie odpowiadają ich emocjonalności. Nie pomagają też prowadzący, którzy mają swoje opinie na temat osób LGBTQ…
        No ale… cieszę się, że odkryłaś seksualność dla siebie, taką, która Ci odpowiada! Tak trzymaj!

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr