„Sztuka obsługi penisa”, czyli seksualność samca | Refleksje po lekturze

„Sztuka obsługi penisa”, czyli seksualność samca | Refleksje po lekturze

Rzadko piszę na blogu o książkach, a pisania o publikacjach, z którymi mam problem, zwyczajnie unikam, wychodząc z założenia, że nie warto poświęcać im niezasłużonej uwagi. Dla „Sztuki obsługi penisa” zrobiłam jednak wyjątek.

Zaczęło się od tego, że otrzymałam egzemplarz „Sztuki obsługi penisa” w bardzo niedyskretnej kopercie. Domyślam się, że przesyłka w takiej formie była po prostu elementem promocji książki i raczej nie współgra z tym, jak pakowane są paczki dla kupujących, ale kiedy pomyślałam o osobach, które chcą chronić swoją prywatność i seksualną sferę życia, zrobiło mi się niewesoło. Osoby przygotowujące paczki PR-owe powinny mieć na uwadze to, że „kreatywnie” nie musi od razu oznaczać penisa na kopercie. Just sayin’.

Sztuka obsługi cis-mężczyzny

„Sztuka obsługi penisa” Andrzeja Gryżewskiego i Przemysława Pilarskiego to wbrew pozorom nie książka o tym, jak obsługiwać penisa, a raczej wywiad-rzeka obejmujący anegdotki o problemach, z jakimi pojawiają się u terapeuty cis-mężczyźni. Historie z gabinetu przeplatane są informacjami o biologii i hydraulice męskiego układu rozrodczego. Tym drugim nie mam nic do zarzucenia, ponieważ sama ze swojego codziennego życia i pracy wiem, jak mało osób płci dowolnej ma pełną wiedzę na temat własnej anatomii i jej funkcjonowania. Serwowania tego typy informacji nigdy za wiele, w końcu zrozumienie własnego ciała prowadzi do konsekwencji w postaci zwiększenia przyjemności i lepszego seksu. Problemem w „Sztuce obsługi penisa” okazuje się jednak to, co biologii nie dotyczy.

Specjaliści przy piwie?

Tutaj dochodzę do jednej z bardziej problematycznych kwestii – ta książka nie może się zdecydować, czy chce być zapisem rozmowy dwóch kolegów przy piwie, czy może jednak specjalistycznym, kompleksowym poradnikiem, którym w założeniu chyba być miała. W przypadku rozmowy przy piwie, która rządzi się swoimi prawami i można sobie pozwolić na więcej luźnych uwag, jeszcze bym pewne kwestie pominęła (na przykład wielokrotne wspominanie przez Gryżewskiego, że profesor Zbigniew Lew-Starowicz jest jego niedoścignionym mistrzem). W przypadku specjalistycznego poradnika… cóż, były momenty, w których trudno było mi uwierzyć, że dany fragment naprawdę wyszedł spod pióra terapeuty.

Chcę wierzyć, że autorzy tego typu publikacji starają się robić coś dobrego, używając informacji, wiedzy i doświadczeń, które są dla nich dostępne, jednak osobiście dotyka mnie, kiedy obok sumiennie podanych faktów na temat biologii pojawiają fragmenty i sformułowania, które w najlepszym przypadku można uznać za niefortunne, a w najgorszym – za szkodliwe. I będę czepiać się słówek dlatego, że one najczęściej odzwierciedlają czyjeś poglądy, a po nich oceniam, czy jestem w stanie danej osobie zaufać. Mam też świadomość, że poruszane przeze mnie kwestie przy bardziej powierzchownej lekturze książki mogą zwyczajnie umknąć, dlatego uznałam, że warto wywlec je na światło dzienne.

Seksuologia i seksizm

To nie tajemnica, że współczesna psychologia i seksuologia bardzo często w taki czy inny sposób wspiera i napędza seksizm – wciąż pokutuje binarność podziałów, przekonanie, że u mężczyzn jest tak, a u kobiet inaczej (i najczęściej na ich niekorzyść). Fragment o mężczyźnie zgłaszającym reklamację w momencie, w którym partnerka przestała być dla niego atrakcyjna, jest tego przykładem. Zabrakło tutaj doprecyzowania, że druga osoba nie przestaje być atrakcyjna tylko dlatego, że zmieniła się jej fizyczność, bo podobne przypadki mają miejsce również w relacjach, w których żadna ze stron się nie roztyła.

Niestety, w rozdziale, „Jak mam pożądać, kiedy nie pożądam”, z którego pochodzi powyższy fragment, nie ma nic o tym, że zupełnie normalne jest to, że partner/ka, który/a jest w domu, zawsze na wyciągnięcie ręki, powszednieje i przestaje być tak ekscytujący/a, jak ktoś, kto pozostaje poza zasięgiem. Cóż, tak jesteśmy zaprogramowani, że nowe jest zawsze ciekawsze. To, że brak zainteresowania można, a nawet powinno się zrzucić na zmieniającą się fizyczność kobiety, bo przecież mężczyzna to wzrokowiec, jest tylko przykrym powielaniem stereotypu.

Takie upraszczające postawienie sprawy nie pozostawia miejsca na zrozumienie fenomenu słabnącego zainteresowania seksualnego w długotrwałych relacjach, a tym samym nie inspiruje do eksplorowanie alternatyw, takich jak otwarcie związku, zmiana konktekstu powszedniego seksu lub flirt. Autor nie sugeruje, aby zainteresowane osoby zastanowiły się, jak wspólnie mogą uczynić z seksu priorytet, pracować nad tym, żeby perspektywa współżycia była dla nich ekscytująca, a tym samym nie stwarza fundamentów dla seksualności szytej na miarę i praktyk, które mogłyby wyjść poza monogamiczną heteronormatywność.

Skróty (bez)myślowe, czyli casus luźnej pochwy

W publikacjach dotyczących seksualności nie powinno być miejsca na skróty myślowe – w końcu obcowanie z tematem, który dla wielu osób jest przedmiotem domysłów, już samo w sobie jest trudne. W „Sztuce obsługi penisa” jest to kolejny z grzechów głównych.

Autorzy książki o penisie nie mogli sobie podarować napisania kilku słów o pochwie. W rozdziale „Trzydzieści trzy centymetry Rasputina”, który porusza kwestię kompleksu rozmiaru i kształtu członka, pada stwierdzenie, że bardzo często wrażenie małego członka wynika z faktu, że kobiety mają za luźne waginy i kompletnie niewytrenowane mięśnie, więc powinny uprawiać trening Kegla, żeby się lepiej na penisie zacisnąć i mieć możliwość doświadczyć orgazmu.

Stan wiedzy współczesnej osteopatii ginekologicznej dowodzi czegoś zupełnie przeciwnego – większość cis-kobiet ma ponapinane i przetrenowane mięśnie dna miednicy, więc zachęcanie ich do zwiększonego i ciągłego treningu przynosi efekt odwrotny do zamierzonego i prowadzi m.in. do chronicznego bólu. Tendencja ta odwraca się z wiekiem i doświadczeniami ciała, bo problem luźnych mięśni dotyczy raczej osób starszych lub po naturalnych porodach. Niestety, takiej informacji w „Sztuce obsługi penisa” nie znajdziemy.

(Nie)wiedza seksuologiczna

Niestety, większość osób, które jako specjakiści i specjalistki wypowiadają się w mediach, zyskując tym samym dostęp do szerokiego grona odbiorców. to najczęściej ludzie w długotrwałych monogamicznych związkach (przeważnie małżeńskich), którzy są zwyczajnie oderwani od rzeczywistości współczesnych randek, budowania relacji, tego, jaki udział mają w tym media, aplikacje randkowe, internet. Te osoby mają wgląd do tego świata głównie z perspektywy pacjentów, dla których – to nie tajemnica – takie nawigowanie seksu i związków mogło w pewnym momencie stać się problematyczne. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji perspektywa cyberseksu wciąż jawi się jako zagrożenie, nie jako jedna z najbezpieczniejszych form ekspresji seksualnej, jeśli wziąć pod uwagę ryzyko infekcji intymnej, niechcianą ciążę lub fizyczne uszkodzenie ciała. Niepokoi mnie tutaj język używany do opisywania romansów online – „cyberlala” jako określenie kobiety z komputera to tylko jedno z nich.

To samo tyczy się też pornografii – pisanie, że w seksuologii panuje zasada, że po porno można sięgać dopiero po tym, jak ma się jakieś doświadczenia seksualne, mija się z celem i zwyczajnie zamiata pod dywan problem edukowania o pornografii i uczenia obcowania z nią. Jasne, że może z aparatem poznawczym własnego doświadczenia łatwiej byłoby zweryfikować prawdziwość tego, co dzieje się na ekranie, ale współcześnie jest to mrzonka. I w sumie nawet w czasach mojego dzieciństwa, kiedy jeszcze nie było ogólnodostępnych internetów, już była to mrzonka.

Zdaję sobie sprawę, że seksuolog też może nie wiedzieć – np. nie wiedzieć, co dzieje się w świecie gadżetów erotycznych, nie mieć pojęcia, gdzie znaleźć dobre, etyczne porno, nie znać się kompletnie na mniej mainstreamowych stylach ekspresji seksualnej i tym, jak uprawiać je bezpiecznie. Powinien jednak umieć się do tej niewiedzy przyznać, a gdzie ma taką możliwość – uzupełnić braki lub odesłać zainteresowane osoby do rzetelnych źródeł. W przeciwnym razie istnieje duże ryzyko, że wciąż będziemy postrzegać inność jako zaburzenie.

Seksualność mężczyzny

Tutaj przejdę do sedna – „Sztuka obsługi penisa” jako przewodnik po samczej seksualności (nie wymyśliłam tego sformułowania – pojawia się ono na okładce) skupia się na bardzo konkretnym mężczyźnie (lub, jak kto woli, samcu): z kompleksem rozmiaru sprzętu, z problemami w relacjach z kobietami, więc heteroseksualnym, takim, który wciąż dzieli seks na „grę wstępną” (nie-seks) i „penetrację” (seks właściwy), niepogodzonym z kompleksem świętej i ladacznicy, nieumiejącym poradzić sobie z emocjami i w konsekwencji uciekającym w porno, cyberseks i zdradę. Ten samiec nie umie też rozmawiać o seksie, bo inicjuje go, pytając partnerkę, „czy będzie dzisiaj robota”, a nagą fotkę partnerki zapisze na dysku i pokaże znajomym.

Sposób, w jaki rozmowa w książce jest prowadzona, sugeruje, że ten facet to współczesny polski everyman, z którego trochę się śmiejemy, trochę mu współczujemy, ale i tak nie potrafimy umieścić go w szerszym kontekście społeczno-kulturowym. Współczesny mężczyzna – z penisem lub bez – zasługuje na  lepszą reprezentację i takie ujęcie seksualności, które pomoże mu osiągać spełnienie, cieszyć się seksem i swoim ciałem. Bez robienia z niego samca na siłę.

4 komentarze

Zostaw komentarz
  1. n

    15 marca 2018 at 16:01

    Dziękuję za recenzję, to ja pytałam o nią w przedostatnim poście. Księgarnie udostępniają pierwsze trzy rozdziały tej książki za darmo i po ich przeczytaniu miałam podobne odczucia do Ciebie, ale i tak wciąż rozważałam kupienie (bo przecież to nie ja jestem Specjalistą). Więc tym bardziej fajnie, że zdecydowałaś się napisać.
    Do zarzutów od siebie dodam zupełnie niepotrzebne uwagi dotyczące bieżącej sytuacji politycznej, nie mam pojęcia co żarciki z ministra Szyszko robią w książce o psychologii.

  2. mag

    6 marca 2018 at 22:52

    Szkoda, ze tak rzadko piszesz o książkach bo bardzo mi się podoba wpis. Zastanawiałam się czy książkę przeczytać ale to co u Ciebie w 120% mi wystarczy. Dodam, że bardzo nie lubię polskich everymanów

  3. niechcę

    6 marca 2018 at 22:06

    Mój partner ma penisa rozmiaru, powiedzmy, przeciętnego i w niektórych pozycjach, np klasycznej misjonarskiej, niewiele czuć. Co robi mój facet? Zakłada moje nogi na swoje ramiona lub bieże mnie od tyłu. Gdyby mi zaczął gadać, że to wina mojej niewytrenowanej pochwy, to chyba bym go trzepnęła w czerep.

  4. Juiz

    6 marca 2018 at 19:27

    Właśnie od czasu premiery mam problem, czy przy większych zakupach czytelniczych nie zakupić i tej książki.
    Obserwując Twój TT i widząc cytaty poważnie zaczęłam się zastanawiać czy faktycznie ten fejm sieciowy z okazji premiery jest czegoś warty skoro wyskoczyły takie kwiatki (a nawet cięższe donice). Posiadam parę (no nie dosłownie, ale kilkanaście by się znalazło :P) książek Starowicza, Izdebskiego, Depko czy Długołęckiej i generalnie nie tylko mi się dobrze czytało, ale też miałam na względzie że to dość poważni ludzie w dziedzinie i kwiatków takich nie będzie (choć nie dam sobie ręki uciąć że nie ma). Niemniej nie bardzo wiem kim są panowie Gryżewski (choć z bio na Lubimy Czytać wynika że może choć trochę powinnam?) i Pilarski. I czy tą publikację traktować na równi z tym co już posiadam, czy może odsiać bo nie warto?
    Chociaż seksuolog nie dietetyk czy endokrynolog itp to jednak cytat ze zrzucaniem nadmiaru kilo na tyłku z lekka mnie wkurzył. Sama mam problem z nadmiarowymi kg i naprawdę ciężko przy chorej tarczycy, PCOS oraz IO schudnąć ot tak, jakby to sobie panowie życzyli…
    Dzięki za reckę, nie ma to jak przeczytać opinię kogoś innego niż tzw „prędkich czytaczy” którzy pochłaniają i chwalą wszystko co im w ręce wpadnie (jak w pewnej grupie na FB :P)
    PS. Jak masz ochotę poczytać coś naprawdę kiepskiego to ostatnio czytałam „Spełnienie” Marion Magic.
    PS2. To jest propozycja na dzień, kiedy nie masz humoru a chciałabyś się pośmiać z nieudolności pisarskich ;P

Dodaj komentarz