• Prolinki: „Fuss” i „W niewoli uczuć”

    „Dawno temu, w czasach podstawówki, mała Natalia w ramach zadania domowego opisała, jak wyobraża sobie swoją przyszłość. Jej wizja była jasna: mąż milioner, samochody i gromadka dzieci (w tym szlachetnie adoptowane), prawdopodobnie żadnego wykształcenia uniwersyteckiego, a pracować będzie tylko dla rozrywki.

    Dzisiejsza Natalia woli harować na własne miliony, jeździ rowerem, a o mężu i dzieciach póki co nawet nie chce słyszeć. Różnica wynika z tego, że małą Natalię karmiono konsumenckimi fantazjami w zupełnie niewychowawczym stylu, bo dziś już nawet nie zliczę, ile razy jako kilkulatka widziałam Pretty Woman i bezrefleksyjnie (ba, do czternastego roku życia nie wiedziałam, że główna bohaterka była prostytutką!) marzyłam, że taka historia stanie się kiedyś moim udziałem. Osiągnięcia matki rodzicielki, prowadzącej wówczas własny biznes, nie były żadnym punktem odniesienia, jako niewystarczająco fabulous, niewystarczająco glamour.

    Przecież ogólny przekaz jest taki, że za dobrobytem niemal każdej kobiety zawsze stoi jakiś mężczyzna. Weźmy na przykład dwie współczesne ikony wykreowane przez przemysł rozrywkowy: Carrie Bradshaw (główną bohaterkę Seksu w wielkim mieście, serialu sfilmowanego na podstawie powieści Candace Bushnell) i Anastazję Steele (Pięćdziesiąt twarzy Greya autorstwa E. L. James) dzierżące rząd dusz milionów kobiet na całym świecie. Ta pierwsza za dziennikarską wierszówkę biegała w butach od Manolo Blahnika, by skończyć jako pani Johnowa Preston w apartamencie na Manhattanie; druga przeszła karierę od wiecznie przygryzającej wargę absolwentki literatury do wywracającej oczami żony miliardera, który czasem w łóżku lubił dawać jej klapsy. Czyżbyśmy zatem nie były warte takich historii? Żaden to grzech pragnąć, by zjawił się w naszym życiu facet, który wreszcie zaopiekuje się nami, kupi Louboutiny, loft w Nowym Jorku i willę w Toskanii, a do tego zafunduje spełnienie erotycznych pragnień. Czy zatem mogę winić moje rówieśnice za niestrudzone wypatrywanie swoich Mr. Bigów i Christianów Greyów? Cóż, mogę.

    Czas wreszcie przyjąć prawdę na upiersioną klatę: gdyby Big i Grey istnieli naprawdę, żadna kobieta przy zdrowych zmysłach nie wytrzymałaby z nimi dłużej niż sto dni…”

    Całość przeczytasz, klikając tutaj.

    [grafika wpisu: fragment ilustracji Magdaleny Marcinkowskiej]

    This article has 2 comments

    1. Laura wrote:

      Gratuluję! Świetny tekst! Bardzo przyjemnie czyta się Twoje felietony.

      1. Nat wrote:

        Dziękuję :) Komplementów nigdy dość!

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr