• Zatyczka analna dla początkujących | Anni Diogol Paris | Recenzja czytelniczki

    Użyteczność i estetyka – tak w skrócie można opisać akcesoria marki Diogol Paris. Specjalnością tej francuskiej manufaktury są przede wszystkim zatyczki analne – błyszczące, ozdobione kryształami Swarovskiego, czasem innymi elementami dekoracyjnymi. Zdecydowanie cieszą oko, ale czy tylko oko?

    Jeden z flagowych gadżetów Diogol przetestowała dla was czytelniczka.

    ***

    Recenzja Elzy

    Do grona moich metalowych gadżetów erotycznych, obok opisywanego wcześniej wibratora Amore marki Nalone, dołączyła zatyczka analna ANNI marki Diogol Paris. To naprawdę piękna zabawka, która jest jednocześnie biżuterią (analną, ale moim zdaniem wciąż biżuterią).

    Zatyczka wykonana jest z błyszczącego aluminium – moja wersja jest srebrna, ale producent oferuje do wyboru jeszcze róż, fiolet, złoty i czarny. Podstawa została ozdobiona dużym kryształem Swarovskiego. Kryształ może być okrągły (tak jak w testowanej przeze mnie wersji) albo w kształcie koniczynki, motyla, serca czy łezki, jest też wersja magnetyczna, w której możemy wymieniać kolor kryształu.

    Nad wyglądem samej zatyczki rozpływam się w zachwytach, natomiast opakowanie, w którym ona przybyła, rozbawiło mnie i trochę rozczarowało. Plastikowe, półprzezroczyste pudełeczko wygląda jak opakowanie patyczków higienicznych do uszu. Na pewno nie kojarzy mi się z luksusem, do jakiego pretenduje sam gadżet. W środku jest tylko tekturka z podstawowym opisem produktu i kawałek czarnej gąbki. Próżno szukać dokładniejszego opisu albo instrukcji czyszczenia (na stronie producenta informacje też raczej skąpe).

    Zatyczki Anni produkowane są w trzech rozmiarach (średnicach): T1 – 25mm, T2 – 30mm i T3 – 35mm. Oczywiście wraz ze zmianą średnicy, zmienia się także ciężar i długość korka. Opisywana przeze mnie zatyczka jest tą najmniejszą i przeznaczona jest dla osób początkujących. Długość całkowita ANNI T1 wynosi 5,6 cm, po odjęciu podstawy zostaje ok. 4,5 cm długości użytkowej, to nie jest dużo. Zatyczka waży 34 g, czyli trochę mniej niż przeciętna najlżejsza „kulka gejszy” z zestawów progresywnych.

    Było o estetyce, to teraz słów kilka o walorach użytkowych.

    O ile podejścia (całkiem pozytywne) do seksu analnego mam już za sobą, o tyle z gadżetami stricte analnymi był to mój debiut. Wielkość zatyczki wydała mi się idealna na start, nie wywołała przerażenia pod tytułem „jak to się tam zmieści?!”. Przyznać muszę, że pojawiły się delikatne obawy w drugą stronę – czy uchwyt nie jest za mały i czy jest wystarczająco bezpieczny? Testy jednak rozwiały wątpliwości, zatyczka po zaaplikowaniu pewnie tkwiła na miejscu nawet w trakcie łóżkowych wygibasów.


    Zaprzyjaźnianie się z ANNI zaczęłam solo.

    Najpierw skorzystałam ze złotej zasady 3xL wymyślonej przez Paco. Analne 3xL to: lewatywa, lubrykacja i luz. Spełnienie wszystkich trzech warunków pozwoliło mi bez problemu cieszyć się przyjemnością zabawy już przy pierwszej próbie. Najprzyjemniejsze w solowej zabawie zatyczką okazało się wkładane i wyciąganie jej w różnym tempie. Na początku oczywiście bardzo ostrożnie, powoli i delikatnie, w dość długich odstępach czasu, a gdy zwieracze przywykły do nowego gościa, tempo zmieniałam według potrzeb. Takie korzystanie z korka okazało się równie przyjemne w zabawie z partnerem, myślę, że to świetne urozmaicenie łóżkowych igraszek lub pomysł na grę wstępną do penetracji analnej. Metal dodatkowo pozwala na zmysłową zabawę temperaturą gadżetu, a kryształ dostarcza pozytywnych wrażeń estetycznych.

    Dla zatyczki ANNI znalazłam jeszcze jedną fajną funkcję – zaaplikowana wcześniej, może być zaproszeniem na „tylne salony” dla partnera/partnerki. Jako strona penetrowana to ja decyduję, czy w danym dniu analne zabawy będą dla mnie komfortowe. Kryształek błyszczący pomiędzy pośladkami może w takim układzie sygnalizować drugiej stronie zielone światło. Mnie to kręci!

    Nieco mniej mojego entuzjazmu wzbudziła zatyczka biernie tkwiąca w pupie w trakcie klasycznej masturbacji lub penetracji pochwy. Nie przeszkadzała, ale jednocześnie nie była w stanie zapewnić mi dodatkowej stymulacji czy przyjemnego uczucia wypełnienia, jakiego chyba podświadomie oczekiwałam. Nie zdecydowałam się też na kilkugodzinne noszenie zatyczki w sobie, ponieważ w sytuacji pozałóżkowej obecność zatyczki była dla mnie neutralna, a chwilami trochę irytująca (chyba przez to, że ANNI jest dość krótka i trafia płytko).

    Zatem rozmiar T1 okazał się idealny do rozgrzewki, pierwszych prób wybadania terenu oraz do ozdoby, za to niekoniecznie będzie w stanie zaspokoić większe apetyty osób oswojonych z tematem.

    Na koniec jeszcze kilka uwag technicznych.

    Aluminium, z którego wykonano zatyczkę, jest materiałem hipoalergicznym. Nie stawia ograniczeń w zakresie rodzajów lubrykantów, które możemy stosować w kontakcie z tym gadżetem. Gładka, metalowa powierzchnia szybko nabiera poślizgu już przy niewielkiej ilości żelu, ale mimo wszystko lepiej nie żałować sobie mazidła.

    Opływowy kształt zabawki oraz to, że wykonana jest z toczonego kawałka metalu bez żadnych łączeń czy zagłębień w części użytkowej, pozwala na łatwe utrzymanie jej w czystości. Ciepła woda z mydłem w zupełności wystarczy. Ja postanowiłam być „nadgorliwa” i wygotowałam moją zatyczkę. Nie był to dobry pomysł. Pod wpływem wrzątku aluminium straciło połysk i pokryło się ciemną patyną. Nalot udało mi się usunąć wodą z octem, jednak metal nie odzyskał połysku i teraz wygląda jak stal szczotkowana. Z jednej strony to wina mojej nikłej wiedzy z zakresu materiałoznawstwa, z drugiej strony ze świeczką szukać instrukcji czyszczenia gadżetów wykonanych z aluminium. Przed użyciem sprayów czyszczących na wszelki wypadek upewnijcie się, czy środek nie reaguje z aluminiową powierzchnią.

    ***

    Elza recenzowała wibrator otrzymany w ramach akcji, którą przeprowadziłam wśród osób subskrybujących mój newsletter. Jeżeli chcesz co 2 tygodnie otrzymywać ekskluzywne treści niepublikowane na blogu, mieć szansę na zgarnięcie zabawek erotycznych do testów i zyskać dostęp do konkursów realizowanych wyłącznie wśród subskrybentów, zapisz się już dziś!

    Testy przeprowadzane przez czytelniczki i czytelników są możliwe również dzięki mikrodonacjom z funduszu kawowego. Jeżeli chcesz wesprzeć moją pracę…

    okładka i zdjęcia wewnątrz wpisu: Elza

    This article has 1 comments

    1. haar wrote:

      Osobiście do aluminium podchodziłbym nieco sceptycznie. Nieobrobiona powierzchnia stopu (nawet wysokiej jakości np. aluminium lotnicze) ma tendencję do pokrywania się cienką warstwą tlenku, matowienia, czernienia nawet pod wpływem potu z dłoni itp. – odporność chemiczna nie jest zachwycająca. Dla spokoju sumienia do zastosowań wewnętrznych powierzchnia powinna być anodowana (oksydacja elektrolityczna). Powłoka taka znacznie poprawia właściwości mechaniczne i chemiczne.

      Bezpieczną opcją jest zastosowanie stali nierdzewnej, ale to niestety wiążę nie się z wyraźnie większą masą gadżetu.

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr