• Ciemna strona życia z facetem-feministą

    Bycia w związku z facetem-feministą można pozazdrościć. Zawsze jednak musi pojawić się jakieś „ale”… Czy feminista ma jakieś wady? Cóż, póki co okazało się, że może mieć jedną, ale za to dosyć poważną (według niektórych kobiet).

    Zostałam zainspirowana moim niedawnym wypadem na drinka ze znajomą. Ot, bar w centrum miasta, wczesny wieczór i potrzeba nadrobienia czasu, którego wcześniej dla siebie nie miałyśmy. Zaczęło się od komentowania kultury mężczyzn z kraju Hamleta i tego, jak imponujące są ich męskie przyjaźnie. Obserwowałyśmy kilka samczych grup. Ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu, zaobserwowałyśmy, iż panowie spotykają się przy piwie w barze i nad tymże piwem aktywnie ze sobą rozmawiają. Koleżanka jest Brazylijką (ognistą, jak sama twierdzi), więc punktem odniesienia byli „nasi” – stwierdziłyśmy wówczas, iż ci „nasi” rodacy, aby spotkać się z innymi mężczyznami w pubie, potrzebują towarzystwa kobiet lub meczu na dużym ekranie. Tak na wszelki wypadek, by nie zostać uznanymi za uczestników gejowskiego spędu, ewentualnie uniknąć krępującej ciszy. Bo o czym faceci mieliby ze sobą gadać? To baby wygadują się wszystkim dookoła, oni przecież nie muszą.

    Wyznałam, że bardzo lubię „tutejszych” właśnie za brak standardów dotyczących płci. Za zaangażowane ojcostwo i za tak rzadko widywany samczomaczyzm. Wtedy też przypomniała nam się reklama, nawet nie wiem, czego, ale spot przedstawia rodzinę z dziećmi, w której pracujący tata wykonuje wszystkie zabiegi wokół latorośli, do momentu aż ledwie trzyma się na nogach. Nie wiem sama czy reklama miała na celu zdiagnozowanie kondycji współczesnego mężczyzny, ale koleżanka zakrzyknęła wówczas: „Nat, przecież to czysta prawda!”. Wie z autopsji – jej przyjacielem z bonusem jest samotny ojciec dwóch synów.

    Jak się okazało, znajoma najczęściej… nie może doprosić się o seks. Mówi, że prędzej on zajmie się jej dzieckiem (ona jest samotną matką, więc jak któreś z nich chce wyjść wieczorem, to sobie pomagają), niż ją zaspokoi. Dlaczego? Jest przemęczony i w związku z tym, albo nie ma ochoty, albo nie ma erekcji. Przyznam, że ten aspekt życia z feministą wcześniej nie zaprzątał mojej głowy, bo chwilowo ani ja, ani mój partner nie chcemy mieć dzieci. Najwidoczniej facet też może być ofiarą parentingowej kastracji, spadku libido spowodowanego wzięciem na siebie roli rodzica. A już najbardziej… facet zaangażowany w ojcostwo. Kobiecie na ogół jesteśmy skłonni tę seksualną niechęć wybaczyć – w końcu jest pozszywana, obolała i wiecznie niedospana. W przypadku faceta wydaje nam się to jakoś nie na miejscu.

    Znajoma, drążąc temat, stwierdziła, iż to duńskie kobiety zabrały jej (i samym sobie) seksualny przywilej, wtłaczając mężczyzn w partnerstwo, do którego ci rzekomo się nie nadają. Bo my, kobiety, nawet godząc role pracownicy i matki, nadal możemy być kochankami – w końcu dziura zawsze działa i nie ma nic lepszego, jak położyć się biernie w łożu małżeńskim, spełniając ów obowiązek. Przecież taka kochanka, która skupia się wyłącznie na zaspokajaniu partnera to kochanka idealna. Wychodzi bowiem na to, że korzystniej jest mieć w domu babkę, która rano pójdzie do pracy, po pracy nalata się ze ścierą, z dziecięciem lekcje odrobi i walnie się do wyra, instruując miśka, coby się z ruchami frykcyjnymi pospieszył, bo jej się chce spać, niż faceta traktującego poważnie wspólny dom i wspólne dzieci. Przecież on, taki zmęczony, nawet beznadziejnego seksu nie zapewni, już nie wspominając o dobrym.

    Ale chwila, moment. Seks nie jest potwierdzeniem uczuć pomiędzy dwojgiem ludzi, ani „dowodem miłości”, nie powinien być też jednoosobową imprezą. W końcu wszyscy, kobiety i mężczyźni wszystkich orientacji seksualnych, miewamy okresy bezseksia uzależnione od różnych czynników – nawału obowiązków w pracy czy tego, że dziecko pochłania całą energię. Dla mojej znajomej (jak dla wielu kobiet na świecie) częstotliwość gżenia stanowiła potwierdzenie jej atrakcyjności, dowód, że ciągle ma w sobie „to coś” i nie wypadła jeszcze z matrymonialno-randkowego obiegu. Wtłoczyła siebie i mężczyzn dookoła w kulturowy (jednak, co przykre, wciąż aktualny) schemat, według którego mężczyźnie zawsze powinno się chcieć, a kobieta ma przywilej decydowania o tym, kiedy on zazna seksualnego spełnienia.

    Zapytałam wówczas, jaki jest ich seks, gdy wreszcie się zdarza. „Jest jak święto” – odpowiedziała. To dzień wielkiego golenia, ekscytacji, coś w rodzaju czekania na gwiazdkę. Wniosek był taki, że choć seks uprawia rzadziej, to jest to seks lepszej jakości, nie mający nic wspólnego z rutyną.

    On jest jedynym, który potrafi rozpalić mnie samym pocałunkiem w rękę – wyznała koleżanka.

    I może właśnie do takiego seksu powinnyśmy dążyć? Uprawianego z autentycznej żądzy i ogromnego podniecenia, może rzadziej, ale nie konsumowanego mechanicznie, „bo zapłacone”? W końcu facet (nie tylko feminista) swoją łóżkową wydolnością nie musi potwierdzać własnego miejsca w świecie.

    This article has 6 comments

    1. aga wrote:

      Ja uważam, że podstawowym problemem w tym tekście jest mylenie feministy z samotnym ojcem. Piszesz o tym drugim, nie o pierwszym. Pierwszy dzieli się obowiązkami z partnerką i w idealnym układzie mają tyle samo sił na seks :) A teksty o facetach w pubie – rany, nie widziałaś większości moich kumpli! Zachowują się zupełnie na odwrót i mają tendencję do zamykania się w swoim gronie nawet w mieszanym towarzystwie – gadają jak najęci.

    2. Nat wrote:

      @kmoczar
      Mam wrażenie, że próbujesz wszystko sprowadzić do absurdu, bo wskazałeś bardzo dużo rzeczy, których powyżej po prostu nie ma.
      Ale od początku: znani mi faceci – Polacy najczęściej spotykają się z kobietami lub w gronie mieszanym, twierdząc, że to z nimi wolą rozmawiać, bo z samymi mężczyznami nie mają o czym. Ciż sami nie tworzą męskich paczek więcej niż 3-osobowych.
      Druga sprawa, że seksualnie wolę faceta wypoczętego, na którego chęć musiałabym poczekać, od seksu „na odpieprz”, byleby był. Jeżeli ktoś chce sobie fundować seks z obowiązku (bo np. wcześniej był trzy razy dziennie), a nie dlatego, że go autentycznie pragnie – nie moja broszka, ja nie mówię ludziom, jak mają żyć – ja po prostu zadaję pytania. Znajomą zapytałam o to, kiedy miała lepsze życie erotyczne: teraz czy wcześniej (wcześniej – przynajmniej 4 razy w tygodniu). Sama uznała, że obecnie. Co do uwagi o seksuologach – ci sami specjaliści głoszą też, że w uleżanym związku częstotliwość współżycia spada, bo pierwszą fascynację erotyczną zastępuje przywiązanie i to jest zupełnie naturalne.
      Nigdzie też nie stwierdziłam, że seks częsty ma wyłącznie mechaniczny charakter – biorę pod uwagę sytuację, w której jedna ze stron z różnych względów nie ma na współżycie ochoty. Poza tym to, jak subiektywnie odbieramy częstotliwość stosunków obrazuje scena z „Annie Hall” Allena – dla niego trzy razy w tygodniu to „bardzo rzadko”, zaś dla niej trzy razy w tygodniu = „bez przerwy”. A w odświętność stosunków brukarza nie wnikam, bo nie znam jego techniki. Byś może jest beznadziejny.
      Zaś w sprawie dziecka – niestety, w Polsce wciąż nie wydaje się „normalne” korzystanie z dzielonych urlopów rodzicielskich, a to, co przez lata obserwowałam to faceci zainteresowani własnymi potomkami dopiero od etapu kilkulatka – momentu, w którym dziecię jest w miarę komunikatywne (pewnie, sama bym takie wolała). Poza tym różne poziomy związków emocjonalnych ojca z dzieckiem są tym samym przypadkiem, co matki – mogą nie występować w ogóle lub mogą być bardzo silne – tylko ja nie o nich traktuję.
      Bardzo jednak cieszą mnie męskie głosy sprzeciwu, które nadeszły w związku z tym tekstem.

      1. kmoczar wrote:

        ok, nie do końca jestem przekonany do tezy, ale dobrze jest czasem podyskutować. jak dotychczas to jedyny raz kiedy post na tym blogu mi tak „nie leży”

    3. Anonim wrote:

      Niech ktoś mnie poprawi jeśli źle zrozumiałem – męski feminista, w jakiejś dającej się zaobserwować ogólności, dotknięty jest umiarkowaną impotencją. Z drugiej strony – jako taki zapewnia lepszy seks kiedy wreszcie, raz na czas, się pozbiera? I to wszystko, jest na tyle zjawiskiem a nie przypadkiem jednostkowym, by wywodzić z tego różne wnioski dotyczące szerszej grupy? Najeżony, od początku do końca, prostymi stereotypami artykuł, zaskakujący na tym blogu.

      1. Nat wrote:

        Facet zaangażowany w ojcostwo, chcący w pełni uczestniczyć w wychowywaniu własnych dzieci – to po pierwsze. Po drugie: seks „wyczekany”, nie zaś mechaniczny, z obowiązku, jest po prostu lepszy jakościowo. „Wada” jest użyta w dużym cudzysłowie i o to się w tym wszystkim rozchodzi.
        Coś chyba Ci w lekturze umknęło.

        1. kmoczar wrote:

          Przeciwieństwem seksu z mężczyzną bardziej wypoczętym i bardziej „napalonym” jest seks wyczekany, a zatem lepszy jakościowo? Chcesz mieć dobry seks, zaangażuj się w ojcostwo tak, żeby nie mieć nań za dużo czasu i siły?

          Ilekroć czytam o badaniach satysfakcji ze związku w korelacji z rodzicielstwem, tylekroć słyszę, że negatywny wpływ dziecka jest wyraźnie widoczny w ujęciu statystycznym, wobec czego jedyny pożytek z zaangażowania mężczyzny w opiekę nad dzieckiem, jaki mogę sobie wyobrazić, to sytuacja, kiedy poziom tegoż zaangażowania służy, podzieleniem się z partnerką nakładem poświęconej dziecku energii w jakiś uczciwy sposób (m.in. aby mieć więcej energii na seks właśnie) Na marginesie, nie wiem czy spotkałaś się z opiniami seksuologów którzy mówią – do częstotliwości seksu przyzwyczajamy się w ten sposób, że im częściej go mamy, tym bardziej potrzebujemy – z tego co widzę jest to dość powszechna opinia, stąd bierze się częsta, pozornie paradoksalna rada dla par z problemem różnych temperamentów – rzadko masz ochotę na seks? uprawiaj go częściej.

          Tworzysz sztuczny antonim: seks rzadki – seks mechaniczny i stąd wartościujesz dodatnio ten pierwszy. W ogóle spora część założeń argumentacja jest, w mojej opinii fałszywa – jeśli twierdzisz, że to feministyczne poglądy każą ojcu się angażować w opiekę nad dzieckiem, to pomijasz kwestię po prostu uczciwych relacji w związku, pomijasz indywidualny emocjonalny związek mężczyzny z dzieckiem który może mieć przeróżne poziomy i całe mnóstwo czynników zewnętrznych. Tyle ten artykuł jest wart co stwierdzenie, że brukarz dostarcza partnerce niezapomnianego odświętnego seksu – bo raz do roku na urlopie. Całość równie prawdziwa jak teza, że polscy mężczyźni obawiają się przebywać w pubie w męskim gronie :P

          Nie chcę być ofensywny, zwykle piszesz świetne teksty, ale tutaj w każesz przyjąć na wiarę jak dogmaty, że alternatywą rzadkiego seksu jest seks mechaniczny, nie dając na to żadnych argumentów. Piszesz, że stopień zaangażowania mężczyzny w ojcostwo, bezwzględnie determinuje jego życie seksualnie pod kątem częstości, a nie podajesz jakie są podstawy tak ogólnego wniosku. Piszesz nieprawdę o „naszych” jakoby potrzebowali koniecznie towarzystwa kobiet lub meczu jako alibi, a gdyby to nawet miało być prawdą, nie wiem skąd miałabyś tak precyzyjny wgląd w motywy tych „naszych”? Chyba, że chodzi o konkretnych „waszych” partnerów, to ostatni mój zarzut staje się nieaktualny, ale odniosłem wrażenie, że uogólniasz na męską populację w Polsce?

          kmoczar
          (nie wiem czemu system mnie opisał powyżej jako Anonim)

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr