• Dlaczego twoja kobieta nie chce seksu?

    I dlaczego twój popyt na seks znacznie przewyższa podaż? Nie ty jeden masz ten problem i dobrze trafiłeś, bo dziś podpowiem ci, jak mieć więcej seksu praktycznie od zaraz. 

    Ten post jest skierowany głównie do mężczyzn żyjących w związkach z kobietami, chociaż kto wie – pewnie i ludziom w innych konfiguracjach uczuciowych też się przyda.

    Pytanie „dlaczego partnerka nie chce seksu?” powraca na Proseksualnej jak bumerang i odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Często pytaniu towarzyszy krótki opis sytuacji, w której pytający się znajduje, a wtedy jest mi dość łatwo wywnioskować, dlaczego dana kobieta nie chce seksu, choć kiedyś razem z partnerem nie mogli się od siebie odkleić. Bywa, że na przykład nie czuje się atrakcyjna, bo pojawiły się dzieci, a opieka nad nimi wiąże się z fizcznym zmęczeniem i brakiem czasu dla siebie, o czasie dla drugiej osoby nie wspominając (problem bardzo często przejściowy); ma stresującą pracę, która wyjaławia ją do tego stopnia, że zabija też libido; bierze antydepresanty. I są to okoliczności, które są jak najbardziej zrozumiałe, mogą dotknąć każdego i wymagają przeczekania, drobnych zmian oraz szczerej rozmowy, pozwalającej utwierdzić kochanków w przekonaniu, że wciąż grają w jednej drużynie i że seks jest dla ich relacji ważny.

    Najczęściej jednak stawiam czoła problemom mężczyzn, których podzieliłabym na dwie grupy:

    1. Faceci, którzy wiedzieli, że kobieta ma dużo niższe libido, a i tak się z nią związali, ba! nawet ożenili. 

    Ci mężczyźni bardzo często ujawniają się w komentarzach pod wpisami o konkretnych technikach, we wprowadzeniu których widzą nadzieję na seksualne rozbudzenie partnerki. Żalą się, że żona ma jakieś ograniczenia seksualne. Pytają, jak przekonać dziewczynę, aby pozwoliła włożyć sobie język w tyłek.

    2. Faceci, którzy mają za mało seksu „na żądanie” z partnerką, która – jak sama twierdzi – uwielbia seks. 

    To mężczyźni, którzy mogliby uprawiać seks kilka razy dziennie, nigdy nie mając dość. Choć wykazują zrozumienie dla „tych dni”, nie pojmują, dlaczego partnerka nie ma ochoty na igraszki w dni pozostałe. Generalnie są zadowoleni ze swojego życia seksualnego, z partnerek, które wykazują inicjatywę, jedyny problem dotyczy tego, że mogłyby częściej.

    ***

    W przypadku pierwszej grupy zazwyczaj wszystko byłoby idealnie – w końcu kochają się, mają wspólne pasje, te same poglądy polityczne – gdyby nie seks. Takie związki są produktem często powtarzanego poglądu, że przecież seks nie jest ważny. O, naiwności… On myśli, że przejdzie mu z wiekiem, ona też myśli, że mu w końcu sflaczeje.

    Kiedy pytam takiego faceta, dlaczego wciąż jest z kobietą, której libido jest znacznie niższe od jego, zazwyczaj odpowiada, że partnerka mu imponuje, jest świetnym materiałem na matkę, że jest inna niż wszystkie jego poprzednie kobiety (co jest trochę dziwne, bo ludzie generalnie różnią się od siebie). Ba, potrafi na kobiety otwarcie seksualne patrzeć jak na ladacznice, dobre na jedną noc, ale nie na coś serio. Dodam, że patrzeć tęsknym wzrokiem. Bardzo prawdopodobne, że ten sam facet będzie po kilku latach pisał zrozpaczony, że seks zdarza mu się dwa razy do roku (na gwiazdkę i w imieniny), albo że partnerka przyłapała go na zdradzie i teraz chce rozwodu.Najczęściej okazuje się, że u par, które twierdzą, że seks nie jest najważniejszy, to właśnie ten aspekt ich wspólnego życia staje się przyczyną kryzysów i nieporozumień. I niech teraz ktoś mi powie, że w związku seks nie jest ważny*.

    Tak naprawdę znaczące różnice w libido widać na pierwszy rzut oka. Przyczyny niskiego zainteresowania seksem bywają naprawdę różne – od wpajanych przekonań kulturowych, że seks jest brudny i zły, przez źle dobraną antykoncepcję hormonalną, zaszczepiony przez złą edukację seksualną strach przed przykrymi konsekwencjami seksu, aż po „taką naturę”. Jasne, niektórym udaje się partnerkę „otworzyć” na nowe doznania, „nauczyć” przyjemności, tylko właśnie – sama zainteresowana powinna tego chcieć. Niestety, zdarza się i tak, że to „otwieranie” przyjmuje formę szantażu emocjonalnego i naciskania, co naprawdę nie przynosi nic dobrego, co najwyżej angażuje partnerkę w seks z obowiązku czy seks z litości. Serio, nie chciałabym być w relacji z facetem, dla którego taka forma współżycia byłaby lepsza niż żadna.

    Nie ma tu jednego, dobrego rozwiązania. Jasne, osoba z wyższym libido może angażować się w niezobowiązujący seks poza prymarną relacją, co bardzo mało ludzi traktuje jak coś zbawiennego, a dużo więcej jako zdradę. Może też liczyć, że z czasem, po dwudziestu kilku latach w wyniku zmian hormonalnych poziomy libido wyrównają się, ale to oznacza dwadzieścia kilka lat męczarni bezseksia.

    W największą konsternację wprawiają mnie mężczyźni, którzy zwracają się do mnie z tym problemem, dodając jednocześnie, że partnerka nalega na ślub lub zamieszkanie razem. I wiedzą oni, że jest to wóz, albo przewóz, nawet woleliby, żeby libido partnerki „naprawiło się”, zanim zdecydują się na tak poważny krok, ale partnerka grozi, że jeżeli nic się nie ruszy, to ona odejdzie. Tym facetom zawsze powtarzam: kobietom libido nie wzrasta dzięki wsunięciu pierścionka na palec, ani po wzięciu wspólnego kredytu hipotecznego. Wiem, bo jestem jedną z nich. Jeżeli różnica w potrzebach seksualnych jest tak wyraźna na tak wczesnym etapie związku, są naprawdę małe szanse, że z biegiem lat los cudownie się odmieni. Czasem lepiej zostać przyjaciółmi, których łączy troska o siebie nawzajem, wspólne pasje i poglądy, niż małżeństwem, z którego nie zostanie nic, bo -co było do przewidzenia – poróżnił je seks.

    * Chyba, że mówimy o osobach aseksualnych.

    ***

    Druga grupa mężczyzn jest nieco łatwiejsza w obsłudze, bo proponowane przeze mnie rozwiązanie nie dotyka aż tak emocjonalności i lęków związanych z byciem z drugą osobą, a na dodatek polega na wyciśnięciu większej ilości seksu ze związku praktycznie od zaraz.

    Bo zazwyczaj piszą do mnie mężczyźni, którzy mają fantastyczny seks, ale ciągle im mało. Mają oni zaangażowane partnerki, które przed wieloma praktykami nie mają oporów, więc nie rozumieją, dlaczego pojawia się problem z częstotliwością. Pytam ich wtedy, czym dla nich jest „seks”. I wtedy pada bardzo rozwlekła odpowiedź, która prowadzi do dużo prostszego wniosku: seks to dla nich penis-w-waginie, penis-w-ustach, albo – od biedy – penis-w-tyłku, czyli penetracja. Zawsze penetracja.

    Wtedy proszę ich, aby wyobrazili sobie, że od teraz do końca życia, za każdym razem, kiedy będą angażować się w seks, będą penetrowani – ciałem znajomym, acz obcym. Mogą sobie wybrać – w usta lub w tyłek. Niektórzy naprawdę mają problemy ze zrozumieniem, że bycie penetrowaną to dla ciała wyzwanie, bo coś się musi rozciągnąć, odpowiednio szybko nawilżyć, aby przyjąć do środka inne coś. Sama bym oszalała, gdyby każde inicjowanie intymnego kontaktu z moim facetem kończyło się penetracją. Bo po prostu czasami, a nawet dość często, nie mam na nią ochoty, a mimo to mam satysfakcjonujące życie seksualne. Dlaczego?

    Zacznę od problemu odmowy – bardzo często kobieta, dla której partnera seks „bez wsadu” się nie liczy, odmawia nie dlatego, że nie ma ochoty na żaden rodzaj intymności, ale nie ma ochoty właśnie na penetrację. Nie miałaby jednak nic przeciwko sesji pettingu, cunnilingus, wspólnej lub wzajemnej masturbacji, ale wie, że jeżeli zaangażuje się w pieszczoty, to skończy się tym, że partner będzie próbował zainicjować „obowiązkowy gwóźdź programu” czyli penetrację. Łatwiej jest jej odmówić niż wytłumaczyć, czego naprawdę oczekuje. Co więc powinien zrobić jej partner? Zapytać, jakiej intymności oczekuje, co sprawiłoby jej przyjemność, a potem to zrobić, a potem „TO”, co zaproponuje partnerka uznać, słusznie zresztą, za seks, nawet jeżeli nie będzie wiązać się to z penetracją. Bo prace ręczne, palcówka, cunnilingus, petting, dry humping, wspólne używanie gadżetów erotycznych to akty seksualne, które też prowadzą do orgazmu. Warto więc pozwolić partnerce zadecydować, jak będzie wyglądał pierwszy, drugi i dziesiąty akt seksualny danego dnia, włączyć ciekawość i dowiedzieć się czegoś więcej o jej ulubionych rodzajach ekspresji seksualnej. I tym samym mieć więcej orgazmicznego seksu praktycznie od zaraz.

    W końcu za kilkanaście, może i kilkadziesiąt lat te proporcje mogą się odwócić – w wyniku starzenia się ciała, zmienia się również wydolność seksualna organizmu, co u mężczyzn, którzy uznają jedynie „przywilej penetracyjny”, wiąże się z dużym stresem, bo mogą nie być w stanie osiągnąć lub utrzymać erekcji. Ci faceci, którzy w porę przedefiniują, czym dla nich jest seks, ten nowy stan potraktują jak naturalną kolej rzeczy, a nie tragedię i porażkę. Nie bez powodu mówi się, że najlepsi i najkreatywniejsi w zaspokajaniu kobiet okazują się mężczyźni, którzy z różnych powodów nie mogą działać na kobiece ciało samym tylko penisem.

    [okładka wpisu]

    proseksualna-kinky-winky-mini

    This article has 22 comments

    1. […] w seksowne wieczory, czy weekendy – niekoniecznie takie, które zawsze kończą się penetracją, ale takie, które będą pobudzać naszą erotyczną wyobraźnię. Może to być obejrzenie filmu, […]

    2. […] Pochwica daje o sobie znać w momencie prób wprowadzenia czegoś do waginy. A seks to nie tylko penetracja! Nie oznacza to więc, że kobieta z pochwicą nie odczuwa podniecenia, nie odczuwa radości z […]

    3. Piotr wrote:

      Uwielbiam Twoją lekkość w pisaniu. Bezseksie? Ahaha, nie mogę przestać się z tego śmiać, genialny twór! Miłego wieczoru!

      1. Nat wrote:

        Dziękuję i zapraszam częściej! Dobrego dnia!

    4. […] X już jakiś czas temu, z pewnością przed Nowym Rokiem, i zrządzeniem losu koresponduje z poprzednim wpisem dotyczącym braku seksu w związku. Pojawiło się pod nim kilka komentarzy kobiet, które […]

    5. budrys25 wrote:

      Ja zdefiniowałem seks jako orgazm Żony. Nie istotne, czy z moim małym, czy z wibratorem, palcami, czy językiem. Jestem bardzo szczęśliwy, że mogę uczestniczyć i przyczyniać się do doprowadzania Żony na szczyty.

      A mimo tego, że jestem zadowolony z naszego życia erotycznego, aż tak bardzo, że postanowiłem je opisywać – mam wrażenie, że mogłoby być więcej i częściej. W zasadzie to odczucie jest motywujące. Skoro można lepiej, to trzeba się bardziej starać, żeby to lepiej osiągnąć.

      A z drugiej strony myślę, że z seksem jest jak z pieniędzmi. Nie masz – pragniesz. Masz – chcesz więcej. Masz dużo – chcesz jeszcze więcej. I tak w nieskończoność.

      Zgadzam się, że seks jest szalenie ważny. Ale czy na pewno najważniejszy? Całe życie jest sztuką kompromisu. Każda osoba posiada wiele niepowtarzalnych cech. Więc kombinujemy i jeśli dostrzegamy więcej plusów (cech w naszej ocenie pozytywnych) to wiążemy się z tą osobą mimo, że posiada też wiele minusów. A jeśli jednym z minusów jest niższe libido? Cóż z tego? Nauczmy się cieszyć tym co mamy. Dobranie idealnego partnera na podstawie libido, jest nierealną mrzonką. Po pierwsze dlatego, że libido jest jedną z wielu cech – nie twierdzę, że nie istotną. A po drugie dlatego, że libido jest zmienne. Pisze o tym Nat i pisze o tym wiele osób komentujących. wpis.

      Zatem ja sugeruję skupienie na pozytywnych cechach partnerki i cieszenie się nimi. A mniejsze libido trzeba zaakceptować i pokochać, może wtedy własnie urośnie? Oczywiście można je zaakceptować o ile nie są to przypadki zbliżeń dwa razy do roku – w takim przypadku (niemal beznadziejnym) trzeba szukać specjalistycznej pomocy, i próbować zmieniać swoje życie.

    6. mama muminka wrote:

      Dlaczego Twoja kobieta nie chce seksu? 3. Bo nie ma orgazmu/przyjemności. Skoro niektóre badania podają nawet 50% kobiet udaje orgazm, to nic dziwnego, że się nie palą:/

      Smutne to.

    7. Nattttka wrote:

      u mnie było zupełnie inaczej, raczej na podłożu psychicznym była niechęć.

    8. tractus wrote:

      W moim wypadku było na odwrót. Na samym początku kochaliśmy się kilka razy dziennie, bawiliśmy seksem. Niestety od pewnego momentu ona chciała a ja nie. Niektórym to może się wydawać dziwne ale przyczyna takiego stanu rzeczy jest prosta. Miałem dość odgrywania tego samego schematu za każdym razem, wychodzenia zawsze z inicjatywą i odwalania całej roboty za nas dwoje (w dzisiejszych czasach, spora liczba kobiet w łóżku potrafi nadal tylko wypiąć tyłek lub rozłożyć nogi i przy tym mieć oczekiwania).
      Uważała, że zaistniały stan jest w porządku i nie widzi problemu. Mimo to, po każdej takiej rozmowie starała się przełamać swoje ograniczenia, zrobić coś, wykazać inicjatywę, ale każda tak próba wychodziła tragicznie, komicznie, żałośnie… Niektórzy nie są w stanie załapać, że seks to gra zespołowa, dawanie i branie, pożądanie i bycie pożądanym, szukanie, inspirowanie, eksperymentowanie, próbowanie, znajdowanie swoich granic, przesuwanie ich, przełamywanie barier a także akceptowanie ograniczeń innych.
      Od dwóch miesięcy jestem szczęśliwym bezwiązkowcem, otrząsającym się z frustracji, zniechęcenia i nietęskniącym zbytnio do kolejnej takiej pułapki niezrozumienia reguł gry.

    9. Olo wrote:

      Mam podobnie, nie wiem z czego to wynika, na początku seks był kilka razy w tygodniu, teraz średnio raz na 2 tyg. Od początku jak ja poznałem wiedziała ze nie jest aż tak otwarta w tych sprawach jak ja.
      Krępowało ja rozbieranie się przy mnie, teraz pop rawie 4 latach śpi nago. Wiem ze duży wpływ ma jej praca i stres, ale nawet w wakacje gdzie liczyłem ze bedzie sie działo, a tu nic ciagle zmęczona, nie ma ochoty. Czasem próbuje ja przekonać abym mógł zając sie na tam na dole bez rewanżu, tez odmówia. Wiem ze jak będę nalegał to sie ugnie, ale nie chce takiego seksu, gdzie bedzie czekać aż skończę. Nie mam już pomysłu jak przekonać. Czasem żartuje ze najbardziej z seksu to lubi masaże (nie erotyczny) to sie złości. Kilka razy pytałem czy możemy to robić cześciej, a nie jak emeryci to zawsze sa jakieś wymówki, problemy itd. a ja czuje sie wtedy jak jakiś zboczeniec. W ubiegłym roku po jej miesięcznym wyjezdzie zdażyło sie nawet 2 razy jednego dnia i to był chyba rekord. Potem wróciło wszytko do normy.

    10. To ja. wrote:

      Też mam problem w drugą stronę… Może nie aż tak długi związek, ale sporo razem przeszliśmy i się zżyliśmy. Ale od bardzo długiego czasu, nawet przez większość związku seksu jest zdecydowanie za mało. Jak próbowałam coś innego zaproponować to się śmiał. Jak próbuje rozmawiać to zwala winę też na mnie, że to ja się nie staram. Jasne, że się nie staram, bo już mi się to znudziło… Mu sie zrobił brzuszek i mówi, że sie sam siebie brzydzi, że stara się coś z tym robić i jak schudnie to będzie lepiej… Cóż… Te pare kilo wcześniej było dokładnie tak samo. Poza tą, dla mnie bardzo ważna strefą jest bardzo w porządku. Troszczy się o mnie, pomaga, przyjeżdża na drugi koniec świata, bo potrzebuje żeby mi ktoś drzwi przytrzymał… Bardziej czuję jakby był moim przyjacielem we friendzonie, a nie partnerem.

    11. Morella wrote:

      Mam ten sam problem, co moje przedmówczynie, długi związek, facet uważa, że już się sobą znudziliśmy, więc jemu za bardzo się nie chce, co najwyżej raz w miesiącu, a ja bym mogła codziennie i też nie chodzi mi tylko o penetrację! Co robić? O tym mógłby być oddzielny artykuł na blogu.

    12. mila wrote:

      no właśńie.. co z tematem w drugą stronę ? Nasz sex był fajny, otwarty, potrafiliśmy rozmawiac o swoich potrzebach, oczekiwaniach itd. Byliśmy naprawdę zgraną parą. Tak było 7 lat wstecz. Potem dziecko, ciąża, poród z jego udziałem i problem popołogowy, więc i zastój w seksie spory. Od tamtej pory z roku na rok gorzej. Doszliśmy do najgorszego wyniku ever – 2x na rok. I wiele czynników jestem w stanie zroumieć, ja zrezygnowałam z pracy, on zaczął pracować 2x więcej, jest przemęczony i zawsze wybierze sen a nie sex. Próbowałam, zachęcałam, starałam się na milion sposobów, od przebieranek po pyszne żarcie, nie jestem z natury marudna, nie stękam, nie narzekam, nie chodzę w dresie na tyłku i odrostach na głowie.. czasem działało, częsciej nie. Zadnej inicjatywy z jego strony, sex był tylko wtedy kiedy go wybłagałam. Odechciało mi się błagać, a moje poczucie własnej wartości jest płaskim zapisem. Nie zachęcam, nie robię wyrzutów, sexu nie ma. On nie widzi problemu, a ja płaczę po nocach. Z miesiąca na miesiąc widzę jak się oddalamy od siebie, zanika zupełnie kontakt fizyczny, żadnego przytulania, całowania, głaskania, trzymania za rekę (żeby nie było, że tylko na penetracji mi zależy). Gdy ja go dotykam ucieka, albo żartuje i ucieka, bądź mówi że coś go drażni, łaskocze itp.. zuełnie bez sensu. Jesteśmy jak współlokatorzy, nie małżeństwo. Probowałam rozmawiać, na spokojnie, bez żalu, szukałam przyczyny, w sobie, w nim. Problemu nie mozemy jednak nadal rozwiązać. Od czasu do czasu po kolejnej z rozmów, że jest gorzej i chłodniej, słyszę, że wie, że chce, że wszystko się ułoży. Nie słysze jednak dlaczego tak jest, tylko powtarzane w kółko że nie ma czasu, że jest zmęczony, że kiedyś wszystko się zmieni, bo kocha… niestety w najnudniejszy z nudnych wieczorów, bez tv, bez neta i wyspany też nie inicjuje zabawy w sex.

      1. Kilka osób MIESIĘCZNIE (!!!) zgłasza się do mnie, do gabinetu z taką sytuacją. Często traktując taką wizytę jako ostatnią deskę ratunku. Nie chcę straszyć, ale tylko około połowie udaje się tą deskę złapać. Dla reszty okazuje się być za późno (nie dlatego, że psycholog od seksu nie może już nic zrobić, ale dlatego, że jeden z partnerów już NIE CHCE nic robić).
        Tak więc proponuję raz dwa iść po rozwiązania, a nie tkwić w smutku, złości, żalu, niechęci…

    13. Juiz wrote:

      Rozumiem, że piszesz o sytuacji kiedy partner jest zdrowy a przynajmniej nic nie wiemy na temat prawdopodobnych chorób.
      Z doświadczenia wiem jednak, że czasem problem leży w niezdiagnozowanej chorobie.
      Cukrzyca, utajona niedoczynność tarczycy czy w ogóle problem z tarczycą, czasem inne problemy hormonalne czy choćby depresja lub nerwica. To niewiele chorób spośród wielu które bardziej lub mniej bezpośrednio wpływają na „chęć” na seks. najgorsze jest to , że wielu partnerów tego nie rozumie – jak można chcieć kochać się z partnerem a jednocześnie ciało wbrew temu co czujemy odpowiada nam po prostu „spierdalaj”.
      Poziom frustracji po obu stronach potrafi wtedy naprawdę wzrosnąć a długoterminowe taki sytuacje bywają zagrożeniem dla związku (a właściwie konsekwencje płynące z tej sytuacji, bo co tu ukrywać – facet po setnym iluś tam razie nawet jeśli jest uświadomiony w kwestii chorobowej partnerki zwyczajnie przestanie myśleć o tym w ten sposób i poszuka sobie innej atrakcji).
      Dlatego myślę, że warto rozmawiać, badać się i dawać sygnał lekarzom, że coś się dzieje i my nie wiemy co, zwłaszcza jeśli prócz spadku libido są inne sygnały płynące z ciała, że może być coś nie tak.
      W ogóle myślę, że może trzeba by było osobną notkę na ten temat bo wbrew pozorom problem jest bardzo powszechny a niewielu ludzi sygnalizuje choćby lekarzowi pierwszego kontaktu że ma problem z obniżonym w ostatnim czasie libido.

    14. mn wrote:

      A co jeśli ona zaspokaja swoje potrzeby poza związkiem?

      1. Nat wrote:

        Proszę o doprecyzowanie pytania.

    15. Olga wrote:

      Ech…A co, kiedy to kobieta chce częściej i intensywniej, niż on? :/

      1. Nat wrote:

        To samo, tylko płcie odwrotnie.

        1. Emi wrote:

          Serio to takie proste? Ja i partner mieliśmy ten sam problem co Olga, tzn. ja miałam. Frustrowałam się tak długo z powodu swoich chęci „zawsze i wszędzie” i jego obojętności, że moje libido umarło i „wszyscy” są teraz szczęśliwi… I wtedy i teraz zastanawiałam się czy aby wszystko ze mną ok i czy nie trzeba mi pomocy specjalisty.

          (Dodam, że inne aspekty wspólnego życia są jak najbardziej satysfakcjonujące. Zmiana partnera odpada ;). )

        2. Nat wrote:

          Hm, według mnie „umrzyj swoje libido” to niekoniecznie najlepszy pomysł. Jeżeli, jak twierdzisz, działa w Twoim przypadku i dzięki temu wreszcie możesz być szczęśliwa w relacji ze swoim partnerem, to chyba wszystko jest teraz okej?
          Tak naprawdę tylko Ty możesz sobie odpowiedzieć na pytanie, czy wszystko z Tobą w porządku. Na dobrą sprawę ludzka seksualność jest płynna, każdy może doświadczać okresów wzrostu i spadku libido. Jeżeli jednak zanikło u Ciebie zupełnie, może warto przyjrzeć się możliwym „zabójcom” dookoła? Przyjmowanym lekom, poziomowi stresu, poziomowi aktywności fizycznej, emocjom?

        3. M wrote:

          „Umrzyj swoje libido” praktykowałam jakiś czas i faktycznie wszyscy byli „zadowoleni”, ale niestety skończyło sie depresją, zaburzeniami odżywiania, lekami i terapią. Teraz też na krawędzi, bo partner odmawia terapi, a ja nie wiem co dalej.

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr