• Dyktatura orgazmu – symulujesz?

    Źle jest „przejąć” partnera po kobiecie, która szczytowała już wtedy, kiedy on ledwie rozpinał spodnie. Jeszcze gorzej, gdy przed tobą takich dziewczyn było kilka.

    Dźgnie cię taki kilka razy penisem tu i tam, odetchnie głęboko i nawet pytać nie musi, czy było ci dobrze – wiadomo, że było. W końcu odleciałaś z ramion jego wprost do nieba, tam i z powrotem, bo więcej ci nic nie trzeba, nie trzeba. Misja wykonana, cel osiągnięty, a baby są jakieś inne, bo mają depresję poorgazmową i łapią doła po seksie. Dlatego apeluję: nie idźmy tą drogą! Bo później taka Nat i inne proseksualne muszą naprawiać, co poprzednie nabroiły.

    Sprawa udawanych orgazmów wyjątkowo mnie zajmuje, a nawet rozbudza instynkty śledcze. Ciekawostka: czy wiesz, że Cosmo, zanim powstał jego osławiony, przypadający na 4. listopada, Dzień Bez Udawania – Cosmo’s Don’t Fake It Day, piórami swych dziennikarek promowało udawanie jako wyraz uprzejmości wobec starań partnera?

    Któregoś dnia zobaczyłam podczas prasówki sondę dotyczącą tej jakże szkodliwej praktyki, więc nie mogłam pozostać obojętna.

    Najbardziej zadziwiły mnie wyniki badania – otóż szala przechylała się zdecydowanie na stronę udających kobiet. A jeszcze bardziej dziwił mnie wariant, który zaznaczają zwolenniczki symulowanych orgazmów: To normalne! Samej mi się zdarza udawać – nie ma orgazmów na zawołanie! Jeżeli zabrać się do tego stwierdzenia od tyłu – zgoda. Nie ma orgazmów na zawołanie – czasem trzeba nad nimi pracować, nieraz się po prostu na jakiś czas chowają – i to powinno być normalne. I skoro wydaje się, że już to wiemy i rozumiemy, to po co wciąż kręcimy swoje prywatne porno bez kamer?

    Artykuł dołączony do sondy traktował o wadach i zaletach udawania orgazmu, a tych zalet było jakoś niebezpiecznie dużo. Przede wszystkim – nie ranisz partnera i unikasz kłótni. Wybacz, ale pojękiwanie i wykrzykiwanie ochów z achami tylko po to, by drugiej stronie nie sprawić przykrości, jest, w moim odczuciu, równie opresywne, co wpychanie w siebie kolejnych porcji jedzenia, gdy jest się już totalnie przeżartym, będąc w gościach, a gospodarz nalega. Nie chcesz, nie możesz, ale jesz, bo ktoś się napracował, więc trzeba go w ten sposób docenić, nawet kosztem własnej niestrawności. Lubimy nagradzać, czasem nawet ponad miarę. Czy jednak nie czujesz się w związku z tym jak doskonale sformatowana maszynka do spełniania życzeń? Doprawdy, nie rozumiem straszenia tym, że brak mojego orgazmu może kogoś urazić. Prawdopodobnie natura poskąpiła mi genu chronienia partnerów przed konfrontacją z bezorgazmową ciszą, ale nie zdarzało mi się udawać z wielkiej sympatii, tak, jak nie zdarzało mi się udawać po to, by nowemu facetowi nie wydać się oziębłą. Podobno częściej urządza się kabaret przy jednorazowych przygodach i to mnie najbardziej zaskakuje. Skoro z założenia są na jedną noc, znów pytam: po co? Czyżby orgazm stał się obowiązkiem, kolejną pozycją na liście rzeczy „do zrobienia”, centralnym punktem dnia? Przecież nikt nie wytknie mnie palcem na ulicy, krzycząc: „Ej, a ona nie doszła!”.

    Nie pomagają również filmy – wyjątkowo nie napiszę o różowej branży, ale o kinie popularnym czy sytuacjach serialowych. Bardzo często zdarza się, że w erotycznych scenach partnerzy doświadczają równoczesnych orgazmów, a kobiety nie mają problem z orgazmem pochwowym. Zbyt często zapominamy, że aktorzy te orgazmy odgrywają. Że film swoje, a życie swoje – dopiero ono weryfikuje, jak skomplikowane jest równoczesne szczytowanie. Ba, jak skomplikowane może być doprowadzenie kobiety do orgazmu w ogóle. Taki orgazm filmowy a życiowy – czasem można się nieźle zdziwić. Nie wątpię, że istnieją dziewczyny, które zawsze łatwo szczytują, sama znam co najmniej dwie. Ja do nich nie należę i wiem, jak trudno jest czasem wytłumaczyć mężczyźnie, który jest przekonany, iż każdą wystrzeli(ł) na orbitę rozkoszy, że potrzebujesz czegoś więcej, inaczej lub dłużej. Zazwyczaj wymaga to pracy – wspólnej – i z reguły opłacalnej.

    Sekwencję Meg Ryan ze sceny restauracyjnej w Kiedy Harry poznał Sally niemal każda dziewczyna odegra tak samo dobrze. I mam gdzieś kąciki porad z babskich portali, w których wmawia się czytelniczkom, że dobry seks to głośny seks. Zwłaszcza, że podczas moich licznych migracji tylko raz zarejestrowałam czyjś finisz godny operowej arii – było to w Berlinie, w kamienicy na Weddingu. Cóż, orgazmiczne skurcze pochwy nie muszą się drzeć, żeby druga strona pojęła, że jest więcej niż dobrze, a tych nie da się tak dobrze symulować, jak porno-wrzasków.

    Z czystym sumieniem w sondzie kliknęłam wariant: Nigdy nie udawałam orgazmu! Nie ma to nie ma – nie będę robiła teatru dla faceta!

    This article has 4 comments

    1. Nat wrote:

      Uśmiech ślę! :)

    2. nick wrote:

      Hej, ja pozostajac w dlugim, pelnym orgazmow zwiazku, tez myslalam, ze nigdy nie bede musiala udawac. Do czasu kiedy poprosil mnie o to moj chlopak:) W celach naukowych, a jakze. Chcial wiedziec czy bedzie w stanie odroznic, czy zna moje cialo na tyle, ze go nie oszukam:) I tak oto, po 10 latach bardzo udanych prawdziwkow, przyszla ta chwila. Mysle, ze jest to ciekawe doswiadczenie dla pary, moj chlopak ciagle szuka nowych sposobow na poznanie mojego ciala i poprostu chcial sprawdzic czy jest juz w tej kwestii masterem. Odpowiedz: otoz nie jest:)

    3. nick wrote:

      wszystko spoko

    4. Niquitin wrote:

      My też udajemy. Jest trudniej, krzyk nie załatwia sprawy ale da się to udać.
      Przypadkowo jednorazôwki – w wariancie klasycznym- nie doszedłem nigdy.

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr