• Jesteś pewna, że potrzebujesz seksu?

    Tarcie tyłkiem o dywan zdarza się niemal każdej dziewczynie – to taki moment, kiedy mentalna i fizyczna ruja osiąga apogeum i jedynym rozwiązaniem, o ile na horyzoncie nie mieni się żaden kopulant, wydaje się wskoczenie w układ przyjaciele z bonusem lub przygoda bez zobowiązań.

    W końcu to tylko seks, prawda? Nie do końca. To może być twoje emocjonalne pole minowe. Chodzą po tym świecie ludzie, którzy uważają, że seks z przyjaciółmi psuje wszystko i, w rzeczy samej, są też tacy, których czysto techniczny seks uprawiany „dla seksu” nie rusza i mogą dalej normalnie funkcjonować, nie terroryzując innych argumentem „będzie po mojemu, bo i tak widziałam/widziałem cię nago”.

    Spotykam na swojej drodze babki, które z dziobem w podkówkę popiskują, że muszą zaliczyć, bo napięcie staje się już nie do zniesienia. Ale zaliczyć nie orgazm, ale jakieś mięcho, ciacho czy warzywo. Są nawet gotowe plątać się w najdziwniejsze towarzyskie układy (budowanie zwykłych związków jest zbyt czasochłonne i ogólnie trudne), byleby tylko jakikolwiek seks był. E-randki i erotyczne portale wydają im się – pewnie słusznie – przerażające, w końcu internet jest jak pudełko czekoladek, a przygodny seks to niezły sposób na całkiem zobowiązującą wenerę. W wielu przypadkach chodzi jednak o coś innego, nie tylko podrapanie swędzącego miejsca. Chodzi o poczucie bycia pożądanym. Właśnie – potrzeba seksualna to jedno, a potrzeba adoracji – drugie.

    Seks równa się zainteresowanie, a zainteresowanie to taki wytwór, który wreszcie pozwala o sobie dobrze myśleć. Jak raz dziewczynkę nauczyli, że musi czerpać przyjemność z tego, że umie się podobać, tak coraz trudniej będzie jej pozbyć się tego wzoru. Dziewczynka po prostu czasem sama nie wie, czy to, co czuje to podniecenie czy chęć bycia czyimś obiektem westchnień. To drugie w jej główce zawsze jakoś usprawiedliwia to pierwsze. I niektórym porządna porcja zainteresowania wystarcza zamiast porządnego orgazmu, bo dziewczynki wiedzą, że nic tak nie studzi partnera, jak kobieta, która w sypialni ma oczekiwania.

    Jeżeli więc pojawia się tarcie o dywan, chodzi o rozładowanie napięcia. I naprawdę – szybciej, ekologiczniej i ekonomiczniej jest zainwestować w dobry gadżet i urządzić sobie masturbacyjny seansik. Jeżeli krępuje cię myśl o tym, że miałabyś eksplorować własne „tam na dole”, uwierz mi – wymuszony numerek (czyli ten, o który zabiegałaś tak usilnie, że znacznie obniżyłaś własne oczekiwania i standardy w stosunku do partnera) z pewnością nie pomoże i nie skończy się fajerwerkami. Pewnie nawet spotęguje napięcie i frustrację. Takie jest życie – nogi same się nie golą, a trzykrotne przyzywanie potencjalnego kopulanta o północy i przy blasku świec nie działa. Sugeruję więc gorący prysznic, jakieś przyjemne porno-dziełko i ćwiczenia nadgarstków. Dużo mniejsze ryzyko moralniaka niż wydzwanianie do byłych partnerów i odgrywanie booty-call.

    Moja sąsiadka, której mąż przebywa w innym kraju, zapytana, jak radzi sobie z napięciem seksualnym, wzruszając ramionami odpowiedziała: „PornHub i masturbacja. Proste!”. Jasne, nie każda dziewczynka musi lubić „męskie” porno, a takie w większości różowe stronki oferują, warto więc zaznajomić się z produkcjami z gatunku kobiecej lub alternatywnej pornografii. Dla każdego znajdzie się coś miłego. Zamiast więc uporczywie szorować chodnik, kup sobie dobrą zabawkę. Ona przetrwa dłużej, a ty razem z nią.

    Nie ma co bać się wibratora. Ostatnio kumpel mojego partnera odbył ze mną niezwykle emocjonującą dyskusję wokół tego (dzień dobry, średniowiecze), jak używanie gadżetów w związku zdegradowałoby jego męskość. Facet totalnie w typie „muszę sam!”. Zaczęło się od pytania o żeńską ejakulację, a potem strumieniem świadomości rozmowa ciągnęła się dalej. Ów facet był przekonany – tak, jak wielu innych mężczyzn i pewnie kobiet – że dziewczyna jest w stanie uzależnić się od wibratora. Przedstawił mi wizję świata, w którym jego penis jest już zupełnie bezużyteczny i niepotrzebny, bo nie ma różnych modułów wibracji i nie da się go podładować kabelkiem. Oświadczyłam więc, że sama – jako wielka fanka gadżetów – lubię zarówno wariant „tylko facet”, jak i „facet plus wibrator” (i wibrator rozumiany jako zabawka do użytku obojga partnerów) oraz „sam wibrator”. „W końcu nie każdego dnia ma się ochotę na pizzę” – dodałam. Poza tym nie od dziś wiadomo, że uzależnia się nie od przedmiotu, ale od emocji, które dany przedmiot lub substancja wywołują. A to pewna różnica.

    Inna rzecz, że w niektórych domach nadal wpaja się, że samozadowalanie się jest czynnością grzeszną i dziewczyny naprawdę mogą mieć problem z dotykaniem własnych wagin. Sama kiedyś na szkoleniu w zakresie seksuologii usłyszałam, że nie należy masturbować się, wykorzystując prysznic, bo w przyszłości osiągnięcie orgazmu bez niego stanie się niemożliwe, „bo żaden penis jej (kobiecie) tego nie da!”. Nie zmartwiło mnie to specjalnie, bo do sportów wodnych specjalnych ciągot nigdy nie miałam, ale ktoś może naprawdę zechcieć szerzyć tę wiedzę jako jedyną i objawioną prawdę. Dodam, że pani prowadząca szkolenie była równie mocno przekonana, że homoseksualizm jest wyborem.

    Orgazm z partnerem czy solo nie generuje podziału na orgazm lepszy i gorszy. Fajnie jest być z kimś blisko, ale jeszcze fajniej być blisko ze sobą i znać własne ciało oraz potrzeby. Zastanów się więc czy naprawdę potrzebujesz seksu, bo może chodzi o zwyczajną chęć rozluźnienia?

    This article has 4 comments

    1. Waniusza wrote:

      Jeżeli chodzi o prysznic, to mniemam, że nie jest to żaden przesąd, bo pogląd ten podziela go np. profesor Andrzej Depko, niegdyś prowadzący w TOK fm wraz z Ewą Wanat audycję „Kochać się długo i zdrowo”. Profesor który do pruderyjnych i zachowawczych raczej nie należy tłumaczył, że przyzwyczajenie ciała do pewnego rodzaju specyficznej stymulacji (strumien wody albo ocieranie się o poręcze sprzętów) utrudniają osiągnięcie orgazmu w inny sposób, i takie delikwentki muszą się pózniej odwarunkować masturbujac sie w obecności partnera i pozwalając mu stopniowo przejmować funkcje prysznica czy partnera :D tak, że nie polecał. Sama znam osobę która „zafiiksowała się” na prysznic, a i osobiście miałam problem z nieco innego rodzaju, ale podobnym problemem. Tak że tego akurat na karb konserwatyzmu w sprawach masturbacji bym nie kładła.

      1. Nat wrote:

        Waniusza, mnie chodzi bardziej o to, że ktoś naprawdę może z lęku tak przestraszyć się tego prysznica czy ocieractwa, czy zabawek erotycznych, że nawet nie spróbuje, czy by się mu (a właściwie: jej) podobało czy nie. Podobnie moja dobra koleżanka, uwielbiająca seks, cały czas powtarza, że ma ogromną ochotę na gadżety, ale obawia się, że spodobają się jej za bardzo i żaden przyszły kochanek już jej podobnych wrażeń nie da – jasne, ale da jej inne, równie dobre. Dopóki masturbacja przy użyciu danych akcesoriów nie staje się kompulsywna i nie ma innych podłoży (na przykład związanych ze stresem) niż li tylko odrobina autoprzyjemności, powinna być czynnością zupełnie bezpieczną.

      2. Ryu wrote:

        No tak, tylko doktor Depko (jeszcze nie profesor, OIW) ma kontakty przede wszystkim z seksualnością tych kobiet, które przychodzą do niego z problemem. Wierzę, że jeżeli mówi, że są kobiety, które się warunkują i mają problem, to jakiś odsetek kobiet tak ma. Sama również potwierdzasz, że to możliwe.
        Tylko że w seksie można się uzależnić od każdej innej formy czy stylu stymulacji, przedmiotu, rodzaju otoczenia, okoliczności etc.: wystarczy odpowiednio silna przyjemność albo odpowiednio silne emocje, albo odpowiednio długa powtarzalność…
        Nie wydaje mi się, by banowanie stymulacji prysznicem było w tym kontekście najsłuszniejszym rozwiązaniem, zwłaszcza że naprawdę w ten sam sposób można zbanować wibratory, autoerotyzm mężczyzn (bo jak potem z partnerką powtórzy to, co mu sprawia największą przyjemność? ona go tak nie dopieści, a jej pochwa daje inne doznania! z tym też przychodzi się do seksuologa) i w ogóle wszystko, co nie jest tym, co robią ze sobą małżonkowie.
        Zastanawiam się więc, co pozwala różnym ludziom NIE fiksować się na czymś i wolałbym, żeby seksuologia poszła w tym kierunku zamiast szukać „winnych”. Na razie doktor Depko w „Pytaniach do seksuologa” dość jasno stwierdza, że masturbacja nie powinna się zdarzać, jeśli ktoś jest dorosły, w związku i ma drugą osobę przy sobie, bo po co. Dla mnie to zbyt konserwatywne, bym mógł się z tym zgodzić.

        1. Nat wrote:

          Dla mnie również. Po co budować całą otoczkę wstydu wokół tego, że jeśli jedna z osób będących w związku masturbuje się, to partnera/partnerkę należy obwiniać za niewystarczające jej zaspokajanie?
          Co zaś do nowych, ekscytujących rzeczy i tego, jak się uchronić przed fiksacją – zrozumieć, że wszystko, co nowe powszednieje. Dajmy na to, że uprawiałam seks w miejscu publicznym – było fajnie, niesamowite wrażenia – co chroni mnie przed pójściem w dogging i dążeniem do podobnych ryzykownych igraszek? Zdrowy rozsądek. Wiem, że oprócz tego, był mój partner, który mnie kręci, okoliczności podniecenia, flirtu i całej tej namiętnej gry, która wywołała silne wrażenia. Trzeba więc dbać o namiętność, niezależie od okoliczności, w których poźniej będziemy się nawzajem zadowalać. :)

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr