• Jesteśmy seksualnie samotni

    Bo jakże wielka musi być samotność tych dwojga przy kawiarnianym stoliku, skoro dziewczyna myśli o tym, by go związać, wychłostać i zapomnieć, a chłopakowi wydaje się, że ona to święta i idealna byłaby z niej żona. I bardzo mało prawdopodobne, że na raz-dwa-trzy powiedzą jedno drugiemu, co im się kisi pod czaszką.

    Mogą nie powiedzieć z różnych powodów. Jej zapewne wpojono, że jeżeli piśnie słówko o swoich – choćby najbardziej waniliowych – seksualnych pragnieniach, to czar rzucony na wybranka pryśnie. Jemu wydaje się, że gdy zacznie bredzić o labradorach, dziewczyna uzna go za zdesperowanego mięczaka, którego żadna przed nią nie chciała. U obojga zamajaczy gdzieś strach przed odrzuceniem, który tylko potwierdziłby, że coś musi być z nimi nie tak. Obydwoje teoretycznie wiedzą, jak postępować z tym drugim, żeby go nie wystraszyć i nie złamać zasad, które w tym wypadku miałaby tłumaczyć przynależność do danej płci.

    Ta sama para może siedzieć w przy tym samym kawiarnianym stoliku, wilgotnieć i sztywnieć, doświadczając zupełnie podobnych erotycznych chceń – a i tak obydwoje pozostaną seksualnie samotni. Taka jest po prostu nasza kultura, a wedle jej prawideł nie powinniśmy zastanawiać się zbytnio, co z tym naszym seksualnym „ja”. A jeżeli już pozwala się nam zastanowić, to wnioski i tak powinniśmy zachować dla siebie. No bo jak tu normalnie mówić o fetyszach i przyznać się do fantazjowania o Breżniewie?

    Seks jest chyba najbardziej samotną ze sfer ludzkiego życia, choć aby zaistnieć, wymaga udziału co najmniej dwóch osób (taki „tradycyjny”, bo nie zabraniam nikomu nazywania masturbacji „seksem ze samym sobą”). Nie jest ani tematem łatwym, ani przyjemnym, bo choć możemy rzucać żarcikami z podtekstem na prawo i lewo, ogłaszać wszem i wobec, że lubimy i uprawiamy, to mało kto opowie nam całą swoją seksualną historię, bez koloryzowania i bez przemilczania krępujących faktów.

    W ludziach fascynuje mnie różnica pomiędzy ich publicznym a seksualnym “ja”. Fascynuje mnie odkrywanie ich upodobań i fetyszy. Fascynują mnie ich intymne historie, których nigdy nie wykorzystam przeciwko nim. Zrozumie mnie każdy, kto kiedykolwiek widział swojego partnera/swoją partnerkę przy pracy, robiącego/robiącą to, co musi i, jeżeli ma szczęście, lubi. A w tym człowieku kryje się cała historia jego seksualnych doświadczeń, której być może nigdy w całości nie poznamy – począwszy od wieku nastoletniego, kiedy to facetowi ojciec – na prośbę matki – zmieniał prześcieradła skażone nocnymi polucjami, a ukochana córeczka swoich rodziców masturbowała się godzinami, fantazjując o trzymaniu się za ręce z nowym praktykantem czy kucała nad lustrem, żeby zobaczyć swoją błonę dziewiczą; potem pojawia się ten pierwszy raz, czasem kompletnie bez znaczenia, albo i taki, który rozpamiętuje się przez całe życie, a wreszcie przechodzimy do aktywnego życia seksualnego, które niekoniecznie przypomina filmy porno.

    Ale gdzieś w międzyczasie pojawia się konflikt, bo od dziecka uczy się nas grzeczności. Wiemy, co przystoi grzecznym dziewczynkom i grzecznym chłopcom, i z pewnością nie jest to jakieś grzeszne podniecanie się czy zainteresowanie seksualnością. Jakoś mało kto chce widzieć swoich bliskich jako istoty seksualne i tym samym kończymy na rodzinnych podwieczorkach uładzeni, odprasowani, być może nieco rozbawieni kontrastem pomiędzy właśnie sączoną herbatką a tym, że w łóżku lubimy być nazywani dziwkami, ciągnięci za włosy czy policzkowani. Niektórym potrzeba morza alkoholu i trochę innej grupy odbiorców, by o swoich preferencjach i fetyszach opowiedzieć, inni łakną anonimowości.

    Fantastycznie, jeżeli znajdziemy takiego partnera/taką partnerkę, który/która akceptuje te nasze pozorne, łóżkowe dziwactwa, nieco gorzej, jeżeli poblokował/a się na wszystkie te fetysze, „bo…” (i tu następuje rozwinięcie). Rozmawiałam ostatnio ze znajomym, który opowiedział mi o swoim zamiłowaniu do ejakulowania partnerce na twarz, jednocześnie żaląc się, że w swoim życiu trafił tylko na jedną kobietę, której podobało się to tak samo, jak jemu. Inne nie zgadzały się na te praktykę jako zbyt dla nich degradującą, niegrzeczną; taką, na którą można sobie pozwalać z dziwkami, a nie z porządnymi dziewczynami. W końcu wiadomo – jeżeli coś robią w porno to musi to z założenia być złe i niemoralne, prowadzić do sieroctwa i nędzy. Dziewczyna innego kolegi zaś nie zgadzała się na 69, bo… niestosowne wydawało jej się świecenie komuś odbytem w twarz, a ja całkiem serio parsknęłam, prawie rozbryzgując wino nosem, kiedy kumpel zacytował jej wypowiedź: „Uważam, że jest to nieuprzejme„. Dla niektórych pułapka normy to chyba zwyczajna strefa komfortu.

    Ja, nie tylko w łóżku, widzę to tak:

    9255435366_8fa88ca58b_o

    via Symphony of Love / facebook

    I żeby nie było, że rozmawiam tylko z facetami – choć, paradoksalnie, o seksualnych niedogodnościach rozmawiam z nimi dużo częściej – i zupełnie niefeministycznie nienawidzę kobiet, gardząc ich seksualnymi przekonaniami, ale… Zawsze jest jakieś „ale”. W tym wypadku to „ale” opiera się na całkiem luźnej obserwacji, że – kulturowo – kobietom w łóżku „przystoi” dużo mniej niż facetom. No bo jak to? Domagać się orgazmu? Masturbować się? Lubić fellatio? Lubić pegging? Już pal licho, że chodzą po świecie męskie buraki, którym odpowiada podział na święte i dziwki – ja całkiem serio nie mogę znieść faktu, że są kobiety, które się na ten podział zgadzają. A to jest jedno wielkie oszustwo, bo nagle stajemy na polu walki, na którym po przeciwnych stronach mierzą się całkiem realne pragnienia, w większości przypadków zupełnie sprzeczne z kulturowymi normami – oraz całkiem realnie wyuczone przekonania. Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na pierwotne, seksualne „ja”? Tam, gdzie zaczyna się nagość, powinny przecież kończyć się uprzedzenia i wstyd.

    Bo tak naprawdę nigdy nie jesteśmy prawdziwsi niż wtedy, kiedy dotykamy, liżemy czy całujemy najintymniejsze, najbardziej “skażone” części ciała naszego partnera/naszej partnerki, nie po to, żeby udowodnić własne seksualne wyzwolenie, a po to, żeby potwierdzić, że chcemy go całego/ją całą. O ile oczywiście nie odgrywamy w swojej sypialni filmu porno. Chodzi też o to, że oznaki zadowolenia z sytuacji są raczej namacalne i widoczne, nie da się ich (nawilżenia czy erekcji) kontrolować siłą woli, więc one pozostają całkowicie szczere. I wtedy czujemy się trochę mniej samotni.

    [okładka wpisu]

    This article has 4 comments

    1. Eileen wrote:

      To przerażające.

    2. Bontee wrote:

      Ej, bez szydery…wzruszył mnie ten tekst. Dla mnie bezapelacyjnie najbardziej poruszający tekst Twojego autorstwa. Obecnie nie jestem w stanie nic mądrzejszego napisać i jakoś na poziomie odnieść się do treści, ale naprawdę…zatkało mnie w pozytywnym po stokroć sensie. I posmutniałam też…

    3. brian griffin wrote:

      Bywa, że doceniam czcze gawędziarstwo w tematach stricte praktycznych, tyle, że potrzebuję do tego puenty, najchętniej w miarę błyskotliwej. Prawienie truizmów za pomocą kwiecistego języka natomiast, to jeszcze nie to.

    4. a wrote:

      Wydaje mi się, że jeśli jest się naprawdę mocno związanym ze swoim partnerem/partnerką, to nie wstydzimy się szczerości i nie boimy się opowiadać mu o swoich pragnieniach, fantazjach. Dopasowanie seksualne też jest bardzo ważne. Ja mam to szczęście, że mój chłopak, tak jak ja chce odkrywać nowe lądy i jest otwarty na nowe pomysły.

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr