• Klątwa Biseksa

    W kwestii wyemancypowania biseksy są lata świetlne za hetero/homo, gdzieś na etapie rzymskich orgietek. Bo tak właśnie konotuje się nam biseksualizm, z orgietką. Wino, taniec i podszczypywanie bez zobowiązań.

    – Och nie, nie… Jestem biseksualna.

    – Ale na pewno?

    – Tak.

    – Jesteś pewna?

    Tak.

    – Ale jak to, Frank? Skąd możesz wiedzieć…

    I zawsze, za każdym pieprzonym razem, obserwujesz, jak wyraz twarzy współrozmówcy zmienia się. Powiedzieć, że jest się biseksualną to tak, jakby powiedzieć: Jestem niezdecydowana, niewierna, narcystyczna, niedojrzała, przemocowa, wykorzystująca, podejrzana, nimfomańska, nieprawdziwa, kłamliwa, promiskuitywna, puszczalska, niestała, nieuczuciowa, nieemocjonalna, zafiksowana na punkcie penisów, zboczona na punkcie cipek, w trakcie przemiany, w fazie, zawsze W jakiejś fazie

    Być homo/hetero to być jakąś.

    Być bi to nie być wcale.

    Klątwa Biseksa to klątwa, która polega na tym, że biseksy nie istnieją. Istnieją tylko heteryczki/lesbijki w trakcie. „I tak pewnie jesteś hetero/homo, tylko jeszcze o tym nie wiesz. To tylko taka faza”. A jednak, biseksy istnieją. To pewne. Mimo wykluczenia z dyskursu kulturowego i publicznego, jesteśmy. I tak naprawdę to biseksualiści są tą mniejszością, która jest najczęściej wykluczana, nawet z kręgu LGBT. Zepchnięci w nieistnienie, może nas nie być na kilka mitologicznych sposobów.

    1. Mit o rozmytej tożsamości seksualnej oparty na brakach semantycznych

    Najczęściej spotykana opinia o nieistniejących biseksach? Biseksy nie istnieją, bo nie wiedzą czego tak naprawdę chcą. Rubbish. Bardzo dobrze wiemy czego chcemy. Problem polega na tym, że możemy chcieć na wiele różnych sposobów, a słówko „biseksualizm” jest zbyt mało pojemne, by objąć wszystkie półtony, półgłosy i odcienie. Pisałam już raz o tym, w tekście Niehetero:

    „Znane nam słowa przestały opisywać rzeczywistość, a zakwalifikowane jako homoseksualne działania nie znaczą już nic. Można bywać promiskuitywnym, tak jak można bywać monogamicznym. Biseksualizm jako wielki wór na wszystko na co nie znamy określenia już nie wystarcza.”

    Znam biseksy z gruntu monogamiczne, które mają jedną, wieloletnią partnerkę/partnera. Ich monogamiczna natura nie pozwala im na eksperymenty poza związkiem, ale spełniają się w układzie mono i przy w zachowaniu pełnej wierności, wciąż identyfikują się jako biseksualne.

    Znam biseksy z natury poligamiczne, które czują pełnię gdy są w dwóch, równoległych, równoważnych układach z dwoma płciami.

    Znam biseksy z natury poligamiczne, które czują pełnię gdy są w stałym związku z jedną płcią i mają drugi związek, o niższym statusie, z płcią drugą.

    Znam biseksy, które są w stanie pożądać tylko jednej płci naraz. Gdy są w relacji erotycznej ekskluzywnie pożądają tylko jednej płci. Gdy związek się kończy, możliwe, że zaczną ekskluzywnie pożądać innej płci niż dotychczas, ale są w stanie odczuwać pożądanie jednokierunkowo.

    Znam biseksy, które są w stanie stworzyć związek oparty na podstawach emocjonalnych tylko z jedną z płci. Druga budzi w nich tylko pragnienia natury erotycznej.

    Znam biseksy, które pragną bardziej jedną z płci. Ale drugą też pragną, tylko mniej.

    Znam biseksy, które nie wiedzą kogo pragną bardziej i koło dupy im to lata.

    Znam biseksy, które pragną wszystkich.

    Znam biseksy, które nie pragną nikogo.

    Znam biseksy poliamoryczne, w mocnych związkach wieloosobowych.

    Znam biseksy promiskuitywne, które nigdy nie były w żadnym związku.

    Znam biseksy, które są w związku z jedną płcią, a fantazjują o drugiej. I chociaż na fantazjach się kończy, identyfikują się jak biseksualne.

    I pewnie są jakieś biseksy, których nie znam.

    I ci wszyscy ludzie, ludzie o tak różnym stopniu pragnienia, różnym stopniu zaangażowania emocjonalnego, o tak różnych sposobach realizacji swojej seksualności, nazywają się biseksami. Wszyscy. Co dziwne, ta różnorodność nie wytwarza potrzeby do zmian semantycznych, do naginania języka do naszych potrzeb, do tworzenia nowych pojęć. Łatwiej jest kogoś skazać na nieistnienie lub funkcjonowanie w zakresie małego, ciasnego pojęcia, niż spróbować zrozumieć i otworzyć się. Będąc hetero czy homo, pragniesz na jeden sposób… no, może na dwa, bo jest jeszcze rozdział mono/poli. Będąc biseksem możesz pragnąć na tysiąc sposobów. Trójkąt można obracać na różne strony. Linią prostą można sobie wymachiwać, ale konfiguracja wierzchołków jest tylko jedna.

    2. Mit o braku samowiedzy

    Co więcej, legendarny zarzut „nie wiesz czego chcesz”, ten wstęp do nieistnienia biseksa, to niestrawny suchar, relikt, myślowa skamielina. To nie samoświadomość, samowiedza konstytuuje naszą tożsamość. Nawet jeśli wiem, że nie wiem, to i tak wiem. Wiem, że jestem. Nasilenie wątpliwości jest wprost proporcjonalne do intensywności istnienia. Brak wiedzy, płynność granic, elastyczność, zmienność, to wszystko kwantyfikaty bytu poliamorficznego, przekształcającego się i to właśnie zmienność, płynność konstytuuje ten byt. Zresztą „wiem, że nie wiem” to jeden z najbardziej ekstremalnych przykładów na realizację biseksualizmu i zdaje się, najrzadszy. Zdecydowana większość z nas, biseksów, wie kogo pragnie. Czasem trudniej się do tego przyznać, czasem lubimy się pokrygować, czasem cierpimy gdy nasze pragnienie nie przystaje do społecznych realiów, ale zazwyczaj wiemy. Gdy powodowany pragnieniem, spytasz biseksa „kogo pragniesz?”, biseks najpewniej odpowie „ciebie”.

    3. Mit o pociągu osobniczym

    Biseksualizm realizuje najpiękniejszy mit seksualności emocjonalnej. Biseks z założenia, swoje pożądanie motywuje pociągiem osobniczym. Nie ma żadnych ograniczeń ze względu na płeć. Jest modelowym przykładem na czyste poczucie miłości z dala od kwestii genitaliów. Złota strzała amora omija genitalia biseksa i trafia prosto w serce. Skąd więc ta niechęć? Stąd, że dla biseksa liczba potencjalnych partnerów jest podwójna. Lesba zakochana w biseksie, nie tylko musi za pomocą kija odganiać tygrysice i kociaki, musi również walczyć z lwami i krokodylami. Heteryk zakochany w biseksie podejrzliwie łypie nie tylko na kolegów, ale i na koleżanki (że o nagłym obrzydzeniu do hardkorowego porno nie wspomnę, nagle te dwie panienki drapiące się po kroczach gigantycznymi tipsami, to nie jest takie fajne…). A powszechnie wiadomo, że o własną paranoję nigdy nie obwiniamy nas samych. Zawsze winny jest obiekt naszej obsesji.

    4. Mit promiskuitywny

    Biseksualizm nie równa się promiskuityzm. Kulturowo wyrządzono biseksom wielką krzywdę, prezentując biseksualizm jako wypadkową libertynizmu, nieumiarkowania i hedonizmu. Biseksualizm najczęściej jest przedstawiany jako niepohamowany apetyt na miłość, nienasycony głód erotycznych wrażeń. Bo skoro mogę wszystko, to chcę wszystkiego. Tymczasem biseks nie tylko jest zdolny do miłości stricte osobniczej, co więcej, potrafi odeprzeć dwa razy więcej pokus. Trudno w to uwierzyć? Ty byś tak nie potrafił, przy pociągu dwukrotnie mocniejszym, przy snach erotycznych krążących między dwoma biegunami, oprzeć się i wytrwać w świętej, monogamicznej czystości? Jasne. A jak w coś się nie wierzy, to najłatwiej to zdegradować, albo unicestwić. O wiele łatwiej jest powiedzieć „to niemożliwe”, gdy słyszy się „przy tobie nie ma dla mnie ani innych kobiet, ani innych mężczyzn. Liczysz się tylko ty”. Odbieranie biseksom prawa do miłości nie będącej teatralną wypadkową hedonizmu i donżuanerii, to tak naprawdę emanacja powszechnego kompleksu na punkcie omnipotencji. Bo skoro ktoś może być omnipotentny, skoro ma dwa razy szersze spektrum seksualnych możliwości, to jak może z nich nie korzystać? Może. Z miłości właśnie. Z miłości. A przecież mit seksualności emocjonalnej to wciąż jedna z ulubionych bajek homo/hetero. Biseksów zresztą też.

    5. Mit, który biseksy tworzą o sobie same

    Oczywiście, istnieją również promiskuitywne, poliamoryczne, wiecznie napalone, niegrzeczne do granic niegrzeczności, niestałe, podejrzane, rozerotyzowane diabły, jak na przykład sama Katarzyna Franciszek. Sama jestem przykładem na promiskuitywną rozwiązłość, na nieskrępowane puszczalstwo. Sama wypróbowuje na sobie wszystkie mity, jakimi karmi się na co dzień biseksa. Czy, Katarzyno, masz większe potrzeby niż inni, czy po prostu masz problem z wiernością? Czy pociąg do cipek to tłumiony kompleks kastracyjny? A czy gdy uprawiasz seks oralny z jakimś miłym chłopcem, to czy wtedy przypadkiem nie cierpisz na okresowe wytłumienie tożsamości lesbijskiej? Czy na pewno wiesz, że nie wiesz, czy może wiesz, ale nie chcesz się przyznać? Czy jesteś w stanie zakosztować miłości osobniczej, czy sama podkochujesz się w niektórych chłopcach, bo są wysocy, silni i owłosieni? Czy jesteś w stanie odczuwać pożądanie bez względu na płeć, czy może czasem masz nastrój tylko na gładkie nogi, na zrywane zębami koronkowej bielizny, na rozmazywanie czerwonej szminki na jej różowych sutkach? Problem nie tylko polega na tym, że biseks nie istnieje w oczach hetero/homo. Czasami sami się zastanawiamy, czy oby istniejemy naprawdę.

    Wszystkie te mity razem składają się właśnie na Klątwę Biseksa. Biseks manifestujący swoją tożsamość równolegle kwestionuje ją. Zdaje się, że częścią składowej tej tożsamości jest właśnie kwestionowanie. W kwestii wyemancypowania biseksy są lata świetlne za hetero/homo, gdzieś na etapie rzymskich orgietek. Bo tak właśnie konotuje się nam biseksualizm, z orgietką. Wino, taniec i podszczypywanie bez zobowiązań. W oczach ogółu biseksualizm to nieustająca zabawa, skakanie z kwiatka na kwiatek, czy raczej z bieguna na biegun. Biseks nie ma swojego złotego środka, nie znajduje się na pozycji pomiędzy hetero i homo. On się nieustannie przesuwa, orbituje, w nieskończonym ruchu, w ciągłym poszukiwaniu swojego miejsca, optymalnej pozycji. Co więcej, biseks nie uwspólnotawia się na podobieństwo innym orientacjom. Ciągle kwestionowany, nie może przecież trochę przynależeć do hetero, a trochę do homo, być jedną nogą w jednym obozie, a drugą w drugim (a głową czy dupą już zupełnie gdzie indziej). Pozbawiony swojej tożsamości, co więcej w obrębie innych tożsamości prezentowany jako wróg, legendarne zagrożenie, czarownica na miotle („panie bi nie pisać”), pozbawiony jest mechanizmów obronnych wynikających z poczucia przynależności. To główny powód, dla którego większość z nas kwestionuje swoją orientację. To był mój główny powód. Bałam się ostracyzmu, odrzucenia, nie chciałam być tą promiskutywną szmatą, którą straszą się nawzajem „porządne dziewczęta”. Tak bardzo chciałam przynależeć, że kwestionowałam to, kim jestem. Co więcej, środowisko dobrze znające właśnie ostracyzm społeczny i samotność poza wspólnotą, często okazuje się najostrzejsze i najbardziej kategoryczne w ocenie. Tylko ten, kto musi żyć w ciągłym tańcu, w ciągłej wędrówce, komu odmawia się prawa do własnego domu, czasem nawet do istnienia w ogóle, tylko ten wie, jakie to może być cholernie męczące, jakie okrutne. I jak dużej odwagi wymaga powiedzenie: „Jestem bi”. Bo mówiąc bi, mówisz równocześnie „Żyję po swojemu. I prawdopodobnie moje życie w niczym nie przypomina twojego, ani innych tobie podobnych. Ja nie mam sobie podobnych. Nie ma dwóch takich samych biseksów, tak samo, jak nie ma dwóch takich samych homo/hetero. Ale jestem. Jestem sobą.”

    I przyznaję się, że cholera jasna, nie ma nic bardziej zajebistego niż biseksualizm. Nic bardziej wyzwalającego, niż to, co bardziej determinuje do poszukiwań i nabywania empirycznej wiedzy o sobie samym. Nic bardziej płynnego, bardziej intensywnego, nic co z jednej strony rozgrzesza cię z apetytu na życie pełne przygód, a z drugiej pozwala śnić o prawdziwej miłości, o przygodzie ostatecznej, o prawdziwym romansie. Nic, co równie dobrze sprawdza się w układach 2+. Po tylu latach zmagań mogę wreszcie powiedzieć: „jestem bi”. I nie zamieniłabym tego ani na mocne poczucie więzi i uwspólnotowienie u lesbijek, ani na łatwość i akceptowalność heteryczek. Chociaż i tak w dalszym ciągu, wolę o sobie mówić niehetero. W końcu przez kawał mojego życia nie byłam biseksem, a byłam lesbą…

    Katarzyna Frank: blogerka, pornografka, puszczalska.  www.lipshitblog.blogspot.com

    [grafika wpisu: Max Boschini]

    This article has 2 comments

    1. Freya wrote:

      Myślisz, że biseksem można nazwać też osobę, która owego biseksualizmu nigdy nie skonsumowała? Traf tak chciał, że mój pierwszy poważny partner seksualny został moim mężem, a mamy układ „o nie uprawianie seksu z innymi, póki/o ile nie ustalimy inaczej”. Traf również chciał, że przed wspólnym związkiem oboje próbowaliśmy jak zareagujemy na kontakt z tą samą płcią, przy czym mąż uznał, że to jednak nie dla niego, a najdalej jak ma ochotę się posunąć w kontaktach męsko-męskich to uznanie czasem jakiegoś „kolesia” za „ciacho, które z pewnością komuś innemu smakuje”. Natomiast ja, przeżywszy małe co nieco zostałam w zasadzie tylko z większym apetytem. Potem się poznaliśmy, skoki w bok jakoś nam obojgu nie wydają się kuszące, i tak jak sobie rozmawiamy to on zachwyca się babkami, a ja i babkami i facetami, z czego facetami w zasadzie znacznie rzadziej. Nie wyobrażam sobie związku „na serio” z kobietą, ale niejedną bym do łóżka zaciągnęła, dla czystej przyjemności, dla wrażeń estetycznych i erotycznych (bo kobiety wydają mi się o wiele „ładniejsze”, u nich widzę i szukam piękna, facet atrakcyjny dla mnie jest trochę stereotypowy – penis, trochę futra, trochę mięśni, brzuszek też jakoś mi nie wadzi, a przede wszystkim nie może być „ładniejszy ode mnie”;). Facetów podrywało mnie kilku, ok, było fajnie, ale zwariowałam jak swoich sił spróbowała kobieta, lesbijka która zauważyła że mi się podoba – fundując mi najbardziej erotyczny i podniecający taniec w życiu, co mój ówcześnie jeszcze-nie-mąż przyjął z dużą dozą rozbawienia – „widzisz jak to jest jak kobieta zapuszcza wabik? Niektórym naprawdę trudno się oprzeć, a ona wie że cię kręci”. Nie cierpię na myśl, że być może nigdy nie pójdę do łóżka z kobietą – jestem w szczęśliwym związku, mój partner mnie satysfakcjonuje, a przecież niektóre fantazje mogą na zawsze pozostać w sferze fantazji. Dopuszczamy oboje myśl, że jak już dokładnie zgłębimy własną seksualność, potrzeby i fantazje, oboje dojrzejemy, to być może zainteresujemy się realizowaniem moich fantazji damsko-damskich. Ale to wymaga jeszcze wielu doświadczeń, rozmów i decyzji.

      Także do listy możesz chyba dodać biseksa-dziewicę/prawiczka ;) choć to zapewne ogromna rzadkość, bo kto w dzisiejszych czasach ma spore doświadczenie seksualne, a tylko jednego partnera „na koncie” i to jeszcze za męża/żonę? Naprawdę serią tajemniczych okoliczności wyszło tak, że chłopaczek z którym poznałam się na wakacjach w odległym mieście i straciłam z nim „wianuszek”, nie wierząc, że jeszcze kiedyś się spotkamy, po 6 latach związku został moim mężem…

      P.S. Czytam Twojego bloga od jakiegoś czasu, przeglądam archiwum i stąd komentarz pod starym wpisem. Bardzo podoba mi się Twój styl pisania i tematyka jaką podejmujesz. Kibicuję dalszemu rozwojowi i czekam na nowości :)

      1. Morella wrote:

        Przeczytałam Twój komentarz pod tym artykułem i właściwie to mam tak samo. Też jestem w stałym, wieloletnim związku z moim pierwszym i jedynym partnerem seksualnym, ale łapię się na tym, że podobają mi się także kobiety. Nawet fantazjuję częściej o kobietach, niż o mężczyznach. Jako nastolatka byłam zakochana w mojej koleżance, ale bez seksualnego pożądania. Nie określiłabym się jako lesbijka, ponieważ zakochiwałam się także w facetach. Nigdy nie spałam z nikim innym poza moim obecnym narzeczonym, ale czasami pewne kobiety wywołują u mnie podniecenie. Chyba jestem biseksem.

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr