• Łóżkowe namawianie: jak przekonać ją do…?

    Miłość to nie argument, chociaż… 

    Najczęściej o to, jak przekonać kogoś do seksu, a raczej – konkretnych praktyk seksualnych, pytają mnie mężczyźni będący w związkach z kobietami. Scenariusz jest zazwyczaj podobny: partnerka lubi igraszki, ale nie pozwala mu na tę jedną, dwie rzeczy, woli angażować się w znany, komfortowy seks, który może jest przyjemny, ale czegoś mu brak. (Rimmingu. Zazwyczaj chodzi o rimming.)

    Już samo to, że zamiast zaakceptować „nie”, piszą do kogoś z prośbą o poradę, jak ten stan rzeczy zmienić, każe mi podejrzewać, że ci panowie mają problem z koncepcją zgody, czyli entuzjastycznego przyzwolenia. Zamiast zaakceptować odmowę, zaczynają drążyć, doszukiwać się związków przyczynowo-skutkowych w stylu „jeżeli zgadza się na to i to, nie powinna mieć problemu z tym i tamtym”. Z seksu, którego obydwie strony są uczestnikami, znika więc element „my”, a pojawia się sfrustrowane „ja”, któremu czegoś się zabrania. I tak, zazwyczaj nie chodzi o seks w ogóle, a o tę jedną praktykę z całego dostępnego menu.

    „To jest twoja fantazja, ktoś inny nie musi jej podzielać” – myślę sobie czytając wiadomości kolejnych skonfundowanych i niezaspokojonych. Wiem jednak, że fantazje i pragnienia pochodzą zazwyczaj z bardzo delikatnych miejsc, nie chcemy więc, by ktokolwiek je oceniał. Bo bardzo często mylimy odmowę z ocenianiem.

    Prawda jest taka, że nasze poziomy seksualnego komfortu są różne, a paleta seksualna bardzo przypomina paletę smaków – obejmuje preferencje, ale też zmienia się, może ewoluować. Niestety, nie wpłynie na ten proces natarczywe zmuszanie do spróbowania. Słysząc odmowę, obawiamy się, że ten ktoś odmawiać będzie zawsze, że nigdy nie przekona się do nowego, dla nas już teraz ekscytującego smaku. Uderzamy więc w krytykę, manipulacje, taplamy się w poczuciu jakiegoś bardziej nieokreślonego pokrzywdzenia. A nic tak nie rozmiękcza i nie wysusza genitaliów, jak krytyka.

    Z drugiej jednak strony…

    Wiele rzeczy omija nas, gdy tkwimy sobie w łóżkowej strefie komfortu. Strefie, która na dodatek bardzo często nie została wypracowana przez nas samych, ale jest wypadkową przekazów docierających do nas ze wszystkich stron. Wiecie, to całe, że „w dupę lubią tylko pedały”, „bez penetracji się nie liczy”, „szanować cię będzie tylko ten facet, któremu dasz najwcześniej po trzeciej randce”. Warto więc czasem zastanowić się nad słusznością stwierdzenia nigdy nie rób w łóżku tego, na co nie masz ochoty. Kiedy rzecz dotyczy jakiejś konkretnej praktyki, fetyszu, sama radziłabym się raczej zastanowić, dlaczego nie mamy na to ochoty. Nie oznacza to bynajmniej, że mamy zgadzać się absolutnie na wszystko, co zaproponuje druga osoba. Bardzo często zapominamy jednak, jak seksualnie satysfakcjonujące jest czyjeś podniecenie, rozkosz, którą jesteśmy w stanie ofiarować. Moglibyśmy się więc zastanowić, czy orgazmiczne przeżycia drugiej osoby nie są warte rozluźnienia naszych seksualnych granic. Jasne, wszyscy mamy jakieś ograniczenia, ale jednocześnie chcąc funkcjonować w monogamicznych związkach, musimy się liczyć z tym, że seks trzeba będzie co jakiś czas przedefiniować, bo – jak wspomniałam wcześniej…

    Seksualność się zmienia

    Jeżeli ktoś w wieku lat 35 pojmuje seks tak samo, jak pojmował go w wieku lat 15, niechybnie zmarnował 20 lat seksualnego życia. Nazbyt często uważamy, że seksualność, w tym preferencje, pozostają niezmienne – od momentu, w którym rozpoczynamy współżycie, aż do usranej śmierci. A seksualność człowieka to proces, który ulega zmianom, który, między innymi dzięki partner(k)om spotkanym na tej drodze oraz eksploracjom tego, co nowe, rozwija się – i tylko od nas zależy, czy sobie na to pozwolimy. Zmieniają się nie tylko preferencje, czy podniety, ale też wydolność seksualna organizmu. Dlatego podkreślam więc, że warto postawić na „może”, zamiast kategorycznego „nie” w odpowiedzi na wszystko, co nowe. Nie zapominajmy, że nikt z nas nie jest szczególnie dobry w seks, kiedy zaczyna – rozwijamy się wraz z praktyką.

    Problemem nie jest wcale chęć spróbowania czegoś nowego…

    … problemem jest tempo. Bo zazwyczaj chcemy tego czegoś teraz-już-natychmiast, nie dając drugiej osobie szans na oswojenie się z nową wiadomością, przekonanie się, jak (i że w ogóle) robią to inni ludzie. Wcześniej już pisałam o dostosowywaniu seksualnego tempa do możliwości najpowolniejszego zawodnika. W przypadku partnerów i partnerek, którzy jawią się nam jako osoby seksualnie otwarte nazbyt często zapominamy o tej zasadzie. „Skoro pozwala mi włożyć sobie palec w tyłek, dlaczego nie mogę tam włożyć całej ręki?!”. A przecież to, że ktoś entuzjastycznie podchodzi do danej praktyki seksualnej, nie oznacza, że z automatu zgadza się na kolejne!

    My jednak nie chcemy słyszeć o metodzie małych kroków, negocjowaniu, przegadywaniu, jak to wszystko ma wyglądać. Chcemy za to natychmiastowej egzekucji fantazji. Rozumiem, że fantazjując, rzadko myśli się o kompromisie. Nie można jednak przekonać kogoś, aby zaczęło go podniecać coś, co na tę chwilę kompletnie go nie kręci. Ale może jest jakaś inna rzecz, która leży wystarczająco blisko fantazji docelowej?

    To prawda, są praktyki, w przypadku których negocjacje nie mają sensu, na przykład nie można być tylko trochę w trójkącie, włożyć tylko czubeczka, czy polać kogoś ciepłą herbatą zamiast na niego nasikać. Wiele aktów seksualnych da się jednak rozbić na mniejsze cząstki, wprowadzać je krok po kroku i mieć radochę z samej podróży do celu, jak na przykład seks analny. Ba, nawet planowanie trójkąta może być bardzo stymulujące – do tego stopnia, że para miesiącami będzie uprawiać dziki seks do samej myśli, że mogłaby zaprosić kogoś do swojej sypialni.

    Jeśli nie X, to co? 

    Najlepszy seks mamy w sytuacjach, w których obydwie strony są ciekawe, zaangażowane w to, co robią, nie zaś wtedy, kiedy jedna z osób ma poczucie, że została zmanipulowana do zrobienia czegoś, na co wcale nie miała ochoty.

    Warto jednak zadać sobie pytanie, czy będę szczęśliwy/szczęśliwa z tą osobą, jeśli ta nigdy nie zmieni zdania? Czy ta druga osoba pozwoli mi realizować te pragnienia poza związkiem? Czy jestem w stanie funkcjonować w tej relacji, jeżeli nie znajdę ujścia dla danej fantazji? Czy ta rzecz jest na tyle ważna, by osadzać na niej sukces całej relacji?

    Seksualny siewca 

    Czy chcąc wprowadzić do seksualnego menu coś nowego, można sekspozytywnie zachęcać drugą osobę i nie być dupkiem? Oczywiście!

    1. Opowiedz o tym raz: „X to coś, czego chcę spróbować, bo wydaje mi się pociągające, bo mam z tym doświadczenia z przeszłości. (niepotrzebne skreślić) Jeżeli kiedykolwiek zechcesz tego spróbować, powiedz tylko słowo” i zamilknij na wieki. Na szczęście seks jest na tyle skomplikowaną dziedziną ludzkiego życia, że nie da się zapomnieć, że ktoś kiedyś coś nam zasugerował. Zwłaszcza, gdy było trochę kinky, trochę tabu, z jakimś erotycznym pieprzem. Dlatego wystarczy powiedzieć raz. Ziarno zostało zasiane.

    2. Zasugeruj filmy, literaturę, inne sekspozytywne źródła, które daną praktykę rozbijają na czynniki pierwsze. Niekoniecznie fora internetowych onanistów, bo na nich jest więcej mruczenia niż informacji. Język przekazu może kogoś skutecznie odstraszyć lub zachęcić do danej aktywności. Sam/a otwórz się na dialog – być może partner/ka zechce skonfrontować swoje wyobrażenie danego aktu z twoim, co pozwoli mu/jej podjąć decyzję.

    3. Jeżeli spotkasz się z odmową, upewnij się, że znasz autentyczne podstawy obiekcji tej drugiej osoby, a nie taplasz się we własnych domysłach na ten temat. Twoje własne domysły i tak spełzną na tym, że coś musi być z tobą nie tak, a partner/ka cię nie kocha.

    4. Zastanów się, co ta praktyka oznacza dla ciebie, dlaczego tak bardzo chcesz jej spróbować. Sprawdź, czy w międzyczasie możesz zrobić to sobie sam/a.

    5. Daj sobie czas i nie zachowuj się jak osoba opętana tym jednym aktem seksualnym. Zamiast tego celebruj znany, komfortowy seks we wszystkich jego barwach. Zamiast krytykować, podkreślaj, co co się w życiu erotycznym, jakie jest na chwilę obecną, podoba. Na plon niektórych zasianych fantazji naprawdę warto poczekać.

    Jak na gwiazdkę.

    okładka wpisu

    proseksualna-kinky-winky-mini

     

    This article has 23 comments

    1. TenTam wrote:

      Komentarz nie jest związany z tematem, ale chciałem zadać to pytanie, bo nigdzie nie znajduje konkretnych odpowiedzi.
      Nat, czy wiesz może coś o jelqingu? Czy to działa, czy efekty się utrzymują? Czy znasz kogoś, kto ma takie ćwiczenia za sobą?

    2. Nika wrote:

      Nat, masz może w planach tekst o podobnej, choć zawężonej tematyce? Powiedzmy – gdy on chce trójkąta z dwiema kobietami, a ona nie? Wydaje mi się, że to dosyć „powszechny problem”, bo wielu facetów ma takie fantazje.
      Czytałam Twój poprzedni tekst o trójkątach, rozmawiałam ze swoim facetem o jego chęci do trójkąta, ale nie wiem, czy powinnam w to brnąć, skoro totalnie nie mam ochoty i myśl o trójkącie mnie odstręcza niezmiennie od prawie trzech lat.To dla mnie ogromny dylemat, bo nie umiem do tego podejść luźno.

      1. dipsa wrote:

        Nie chcesz tego, odrzuca cie to, czułabyś się zdradzana – nie ma o czym mówić.

    3. vivid wrote:

      Tylko jak wyjaśnić partnerowi, że seks oralny to nie z kategorii nigdy?
      Bo na samą myśl mam odruch wymiotny? On nie rozumie i ciągle naciska.
      Próbuję mu to jakoś zrekompensować, ale dla niego liczy się tylko ten nieszczęsny oral. A ja wiem, że się nie przekonam. Raz już skończyło się wymiotami przy próbie.

      1. Joanna wrote:

        Napisałaś „dla niego liczy się tylko ten przeklęty oral”. Powinnaś się liczyć Ty, jeśli tak nie jest, być może Twój związek nie ma sensu, nie mnie jednak to oceniać.

        A co do wyjaśnień – po prostu wyjaśnij mu dlaczego, odpowiedz na wszystkie pytania i wątpliwości, wtedy powinien zrozumieć. Nie wystarczy „nie, bo nie”.

        Nie znając powodów nie powinnam dawać dobrych rad, ale naprawdę mnie kusi. Wiesz, oral to nie tylko tzw. głębokie gardło, mężczyznę można doprowadzić do orgazmu ustami i językiem w ogóle bez brania do ust… Jeśli chodzi o zapach i smak też są różne metody…

        1. vivid wrote:

          Odpowiadałam, tłumaczyłam, nic nie pomaga. Przy każdym stosunku domaga się zrobienia loda i naciska coraz bardziej. Coraz bardziej wulgarnie. Słyszałam już, że jestem psychiczna, skrzywiona, że jestem cnotką niewydymką. A ja naprawdę nie jestem w stanie się przełamać, bo na samą myśl o kontakcie usta-penis mam odruch wymiotny. Nie panuje nad tym. Zawsze tak miałam i nie zależy to od zapachu. O smaku się nie wypowiem, bo nie mam o nim pojęcia. Dla mnie każda próba kontaktu oralnego kończy się wymiotami, to jest raczej na tle psychicznym niż fizycznym, bo mdłości czuje nawet ogladając takie sceny w porno. Dla mojego faceta to jest „zdziwianie” i dowód na to, że „jestem pierdolnięta i świętojebliwa” jak to usłyszałam ostatnio.

        2. Nat wrote:

          Vivid, dlaczego ten facet jest wciąż Twoim partnerem? To, co opisujesz, zakrawa mi na przemoc seksualną.
          To ewidentny przykład seksualnego odczłowieczania, w myśl zasady, że „liczy się tylko moja przyjemność, nieważne jakim kosztem”. W tej sytuacji jesteś stroną kompletnie ignorowaną i myślę, że nie tylko dla mnie jest to bardzo przykry obraz.

        3. Joanna wrote:

          Przyłączam się do pytania Nat i w pełni zgadzam się, że to już przemoc. To z nim jest coś nie w porządku a nie z Tobą!!!

          Masz pełne prawo nie chcieć uprawiać seksu oralnego i nikt nie ma prawa obrażać Cię z tego powodu. Być może kiedyś postanowisz przepracować własne problemy psychiczne, ale to musi być Twój dobrowolny wybór.

      2. vivid wrote:

        Jestem z nim, bo poza odpychającym zachowaniem w sypialni jest dobrym partnerem. A przynajmniej ja sobie wmawiam, że tak jest.
        Co do seksu oralnego – Joanno nie uważam, żebym miała jakieś problemy psychiczne na tym tle. Po prostu nie jest to moje „mniam” i tyle. A przez agresywne namawianie na tego rodzaju praktyki seksualne zaczęła się tworzyć we mnie bariera fizyczna.

        1. Joanna wrote:

          No dobra, przyznaję „problemy psychiczne” to zdecydowanie zbyt mocne słowo. Może „opory”, a może jak sama piszesz „bariera”.
          Zauważ, że piszesz o „odpychającym zachowaniu” i „agresywnym nastawieniu” – brzmi źle, naprawdę źle.

          Moim zdaniem nie można rozpatrywać wartości związku z pominięciem jakiejkolwiek płaszczyzny…

        2. vivid wrote:

          Wiem, że jest źle. Ogólnie w związku dzieje się coraz gorzej. On to tłumaczy frustracją seksualną i wpływem braku zaspokojenia jego podstawowych potrzeb na związek. A ja zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli się rozstaniemy, to mam nikłe szanse na kolejny związek, bo i wiek już nie ten i urody żadnej. Ale z drugiej strony, żyć z kimś, kto traktuje mnie coraz bardziej jak szmatę…

        3. Joanna wrote:

          Zdecydowanie czasem lepiej być samemu niż z niewłaściwą osobą – nie namawiam do podjęcia drastycznych kroków, ale na pewno do przemyślenia co ten związek wnosi w Twoje życie, bo jak na razie brzmi jakby wnosił więcej złego niż dobrego.

          Frustracja seksualna nie jest żadnym wytłumaczeniem. Zakładam, że rączki ma i w razie czego jest w stanie sobie sam poradzić. Jak rączek nie ma, można zainwestować w masturbator z przyssawką i też da sobie radę. Jeśli ma takie a nie inne upodobania, są też imitujące seks oralny.

          Bez względu na wiek, urodę, wykształcenie, rasę, religię i cokolwiek jeszcze przyjdzie Ci do głowy, jako człowiek zasługujesz na szacunek.
          Obawiam się, że Twoje czarnowidztwo jest rezultatem złego wpływu Twojego partnera – traktuje Cię źle, więc czujesz się niewiele warta, tymczasem każdy z nas jest wyjątkowy i ważny.

          Świat jest pełen samotnych osób, wiem że czasem trudno znaleźć tę właściwą, ale na pewno warto szukać!

        4. vivid wrote:

          Tu nawet nie chodzi o rączki i „samoobsługę” bo ja naprawdę nie uciekam od seksu i pieszczot. Po prostu są rzeczy, na które nie mam ochoty i się na nie nie godzę. Natomiast staram się mu to w jakiś sposób wynagrodzić i naprawdę nie jest tak, że on leży odłogiem nieruszany przez miesiąc i się frustruje. Ale dla niego jeśli nie ma loda, to nie ma seksu. Nie wspominając o tym, że ostatnio usłyszałam, że dopóki ja sie nie zatroszczę o jego przyjemność (w domyśle:nie będzie seksu oralnego ewentualnie analnego – waginalny to dla niego oczywistość jak oddychanie. Czy mi się chce czy nie, ma być), to on nie ma zamiaru troszczyć się o moją (czyli nie będzie mnie całował, przytulał, nie mówiąc nawet o palcówce czy czymś podobnym).
          Tak właśnie kończą dziewczyny z niskim poczuciem wartości, które bardzo chcą kogoś mieć.

        5. Joanna wrote:

          Poważnie: brzmi jak koszmar!

        6. Biały Lis wrote:

          O matko, jakiś horror :O Uciekaj czym prędzej, zanim przyjdzie mu do głowy przekonać cię do tego loda metodą bardziej siłową!

    4. Biały Lis wrote:

      „Dlatego podkreślam więc, że warto postawić na „może”, zamiast kategorycznego „nie” w odpowiedzi na wszystko, co nowe.” – No i tu właśnie jest pogrzebany mój główny problem: co z sytuacją, gdy „nie” naprawdę znaczy „nigdy”?
      Uprawianie seksu nigdy mnie nie interesowało, nie interesuje nadal i nie sądzę, by nagle magicznie mogło mnie zainteresować. Tylko jak to komuś przetłumaczyć? Bo mam wrażenie, że główną reakcją na wiadomość o aseksualizmie (poza klasycznymi „widać nikt cię jeszcze dobrze nie wyruchał” i „to się leczy”) jest „neh, nie martw się, jeszcze spotkasz kogoś, kto cię „nawróci”.”. A mnie naprawdę nie trzeba na nic „nawracać”, dziękuję, postoję.
      Z drugiej strony, to nie tak, że nie chciałabym w ogóle słuchać o seksualności ewentualnego partnera/partnerki. Ależ jak najbardziej, to ważny aspekt naszej osobowości, a mnie zależy by dobrze znać najbliższe mi osoby. Nawet, jeśli jego/jej fantazje byłyby realizowane z kimś innym (chwała bogom za wolne związki!), nie chciałabym zostać od nich odcięta.
      Tylko czy tak się da? Czy można jednocześnie powiedzieć „nie” i nadal oczekiwać od drugiej strony szczerości? Kojarzy mi się to z odmową regularnego uzupełniania lodówki i jednoczesnym ciągłym pytaniem „co chciałbyś zjeść?”…
      Przepraszam, że komentarz tak chaotyczny, ale od dłuższego czasu poważnie zastanawiam się, czy w ogóle jest sens próbować wchodzić w jakiekolwiek związki. Bo nie oszukujmy się – seks jest cholernie ważny i jego brak jest problemem niezależnie od tego, jakiej alternatywy by się nie wymyśliło.

      1. Nat wrote:

        Okej, w przypadku aseksualności sprawa ma się zdecydowanie inaczej i jakiekolwiek argumenty mające na celu „nawrócić” osobę aseksualną, to trochę tak, jak nawracać geja na kobiety – bez sensu.

        Na ten moment wydaje mi się jednak, że myślisz o seksie więcej niż przeciętny użytkownik, szukając problemu tam, gdzie go jeszcze nie ma (zakładam, być może błędnie, że nie jesteś w związku).

        Przecież jako osoba aseksualna, możesz stworzyć związek z innym asem, który jest mniej-więcej na tym samym spektrum aseksualości, co Ty (nie precyzujesz, czy jesteś aromantyczna, czy na przykład trzymanie się za rączki i randki wchodzą w grę), ale nie jest to oczywiście warunek konieczny.

        Możesz też wejść w otwarty związek z osobą jakkolwiek seksualną i ustalić z nią, że potrzeby seksualne będzie realizowała poza relacją. I tutaj też możesz wypracować sobie własną politykę – czy pełnej szczerości, czy „nie pytaj, nie mów”, czy „mów o fantazjach, ale nie mów, z kim je realizujesz”. Wszystko według Twojego komfortu.
        Wiesz, nie traktuj aseksualności jak nieuleczalnej choroby, którą nagle pieprzniesz komuś w twarz. Chyba lepsza byłaby strategia „ja jestem aseksualna, ale ty za to możesz sypiać z innymi ludźmi!” i otwartych kart od samego początku. To jest po prostu część Ciebie, a i społeczeństwo jest coraz bardziej świadome istnienia asów. A jeżeli ktoś tego nie respektuje i próbuje przekonać, że Ci się odmieni (coś w stylu zabierania weganina do restauracji serwującej wyłącznie steki), to najwidoczniej nie jest wart Twojego czasu, bo na tym etapie życia raczej Cię nie zrozumie.

        Słowem: masz sporo możliwości! Nie wiem, czy udzielasz się na forach dla osób aseksualnych, ale myślę, że dołączenie chociaż do jednej grupy pozwoliłoby Ci poukładać wiele rzeczy, dowiedzieć się, jak swoimi związkami zarządzają inni.

        Trzymaj się!

        1. Biały Lis wrote:

          Że mogę stworzyć związek z innym asem wiem doskonale i trzeba przyznać, że to bardzo pociągająca wizja. Problem jest taki, że po pierwsze żadnego nie znam, po drugie zaś: jestem raczej osobą zakochującą się powoli, najlepiej w ludziach, których znam długo i z którymi coś mnie już łączy, więc klasyczne „randkowanie” raczej się u mnie nie sprawdzi.
          Co do forów w internecie – zwykle tworzą je ludzi skrajnie różni i bardzo ciężko utożsamiać się z cała grupą i czuć się jej częścią. Co człowiek to sposób na życie. I owszem, podyskutować można, ale „podglądanie” gotowych rozwiązań raczej się tu nie sprawdzi.
          Jeśli zaś chodzi o otwarte związki, to problemy z nimi mam przede wszystkim dwa:
          a) Jak chyba 90% mojego pokolenia miałam kładzione do głowy że monogamia, małżeństwo, a w ogóle to tylko ślub kościelny się liczy. Nijak mi taki układ nie pasuje, ani też nie ma nasz się w moim przypadku sprawdzić i wiem to doskonale, ale jednak co raz zakodowane, to się tak łatwo odkodować nie da.
          b) Relacja na zasadzie „jesteśmy razem, ale ty uprawiasz seks z kimś innym” bardzo mi się podoba w teorii, ale w praktyce bałabym się oddać komuś tak dużą część ukochanej osoby. Bo to nigdy nie jest „tylko seks”. Bo to zawsze będzie coś, co on/ona dzieli z kimś innym, a czego ja z nim/nią dzielić nie mogę. O ile o samą fizyczność zazdrosna nie bywam, o tyle jestem przeczulona na punkcie zaangażowania emocjonalnego. No i nie można też zapominać, że druga strona również powinna czuć się w takim układzie komfortowo; ja mogę oczekiwać pełnej szczerości, ale wcale nie jest powiedziane, że on/ona będzie miał ochotę mi się z tego zwierzać. Wydaje mi się, że mimo wszystko jest coś przykrego w dyskutowaniu z kimś o czymś, co bardzo chciałbym się z nim dzielić, ale po prostu się nie da.
          Przeraża mnie też myśl o wyrzutach sumienia – bo przecież teoretycznie mogłabym się „przemóc” i raz na jakiś czas „poświęcić dla dobra związku, prawda? Tylko że teoria teorią, a praktyka praktyką i doskonale wiem, że nie skończyłoby się to ciekawie. W efekcie więc martwię się, że powinnam, mając świadomość, że nie mogę, i tak w kółko…

        2. Nat wrote:

          Niestety, aby stworzyć szczęśliwy związek, zwłaszcza w sytuacji, w której jedna osoba jest aseksualna, a druga nie, czasem trzeba kompletnie przewartościować swój system myślenia. Błędną koncepcją jest, że wiążąc się z kimś, bierzemy seksualność tej drugiej osoby we władanie, że jest nam „winna” kompletną transparencję w tej kwestii. I czasem seks to tylko seks, wbrew temu, w co chcielibyśmy wierzyć. Nie zabronisz chyba drugiej osobie mieć innych przyjaciół (poza sobą), bo przecież to też jakaś emocjonalność, intymna więź, prawda? Nie pozwolisz jej też na hobby, którego nie podzielasz, bo nie będziesz mogła w nim uczestniczyć?
          Decydowanie się na seks raz na jakiś czas, dla świętego spokoju też nie przyniesie Ci nic dobrego, raczej – wnioskuję z wypowiedzi i doświadczeń osób, z którymi rozmawiałam, a których partnerzy ujawnili się jako aseksualni – obrzydzenie do siebie, a na dodatek do tej drugiej, seksualnej osoby. Jak sama już widzisz, seks może koncertowo rozwalać związki, ale i je umacniać – niestety, tylko wtedy, kiedy obydwie strony są autentycznie zainteresowane tą sferą życia, bo wiedzą, że jej pielęgnowanie sprawia im przyjemność. Tobie, jak twierdzisz – niekoniecznie.
          AVEN (http://www.asexuality.org/pl/strona/index.htm) skupia dziesiątki tysięcy osób, które są aseksualne, organizując też lokalne spotkania asów. Nie mówię, że od razu jest to miejsce na szukanie męża/żony, ale z pewnością miejsce, by w jakiś sposób rozbudować swoją wiedzę, opowiedzieć o swoich doświadczeniach, podyskutować na różne tematy. Jasne, jak w każdej grupie, są różnice światopoglądowe, nie wszystkie asy są takie same – ale podkreślam: dotyczy to absolutnie każdej grupy.

        3. Biały Lis wrote:

          Oj, z tą emocjonalną więzią nie chodziło mi o to, że jestem aż tak zaborczą osobą. Trochę zazdrości mi się zdarza, jak każdemu, ale bez przesady ;) Sama często wchodzę w tryb „samotnika”, więc nie mam problemów z tym, że druga osoba chce zrobić coś sam/z kimś innym/odpocząć ode mnie.
          Seks jest jednak bardziej skomplikowany niż hobby czy spotkania z przyjaciółmi. Absolutnie nie nadaję się do poligamii czy wszelkich odmian emocjonalnego trójkąta, a za taki uważałabym sytuację, gdyby druga osoba posiadała stałą kochankę/kochanka (przerabiałam coś zbliżonego i było to ze wszech miar męczące). Z drugiej strony, nie czułabym się w porządku oczekując od niej/niego wchodzenia wyłącznie w krótkie „znajomości”, bo po pierwsze przygodny seks jednak niesie ze sobą sporo zagrożeń, po drugie zaś – jak sama często piszesz, pewnych rzeczy po prostu nie robi się z kimś, kogo dopiero co poznaliśmy.
          I to naprawdę nie chodzi o to, że doszukuję się na siłę problemów – po prostu wychodzę z założenia, że lepie nie wchodzić w poważne relację póki samemu nie wie się, czego właściwie się od nich oczekuje ;)
          Dziękuję za link – koniecznie zajrzę :D

      2. oti wrote:

        Hej, nienawidzę szczerze pisania komentarzy, wolę zdecydowanie prywatną rozmowę, ale postanowiłam się przemóc, bo, cóż, jestem asem, jestem w związku, żyję, istnieję i czuję się wcale zadowolona z mojej obecnej sytuacji. Gdybyś chciała pogadać o czymkolwiek – i serio, naprawdę o czymkolwiek – napisz do mnie na justtobesure@gazeta.pl (to moja zapasowa skrzynka mailowa dla spamów i maili rejestracyjnych), prześlę ci mojego codziennego maila albo wymienię się loginem z jakiejś aplikacji. Jeśli wolisz nie, to tak czy siak macham łapką :)

    5. Juiz wrote:

      „… problemem jest tempo”
      i tu jest pies pogrzebany.
      Pamiętam jak miałam lat 18 z hakiem, byłam ze swoim pierwszym i on po około roku od naszego pierwszego razu zaczął kombinować z wsadzaniem mi palca w tyłek – tak bez pytania i w ogóle. A gdy mu zwróciłam uwagę to stwierdził, że chciałby anal o.O
      I choć go kochałam na zabój to nie był ten czas i pora. Człowiek dopiero się oswajał z pierwszym seksem, z pierwszymi doświadczeniami, w dodatku jeszcze jako nastolatki, że w głowie miałam co innego niż ścieżka eksperymentów na dzień dobry.

      Podobnie ma się rzecz w każdym wieku – jest się w związku i trzeba powolutku smakować, powoli docierać by potem móc zaproponować coś innego. I nie bać się odmowy bo to nie oznacza, że nigdy. Po prostu nie, ale na ten moment (choć są ludzie którzy całe życie będą odmawiać, ale to ich prawo) – odmowa może nie wykluczać zmian w przyszłości.

      Po tylu latach tamta sytuacja stała się dla mnie po prostu przypowiastką. Rozstaliśmy się, dorośliśmy, każde z nas poszło w swoją stronę, a ja powoli dojrzałam do pewnych praktyk seksualnych. I naprawdę warto czekać.
      Coś do czego zostało się zmuszonym, lub robi się „by się odczepił” to nie jest dobra droga.
      Co najwyżej do pretensji i frustracji.

      1. Nat wrote:

        W dupę z zaskoczenia – klasyk!
        Bardzo często rzeczywiście to nie jest czas, wiek, miejsce, a nawet nie ta osoba, by zaczynać coś nowego – stąd odmowa. Nie oznacza to jednak, że tak już będzie zawsze.
        No i nie wierzę, że dla kogoś łóżkowe wygibasy „na odwal” mogłyby być bardziej satysfakcjonujące niż te wyczyniane z autentycznej ochoty i z otwartością na nowe. No, po prostu nie.

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr