• Metoda CAT – sposób na kobiecy orgazm podczas penetracji?

    Metoda gwarantująca orgazm podczas stosunku (oraz orgazm równoczesny) jest prawie tak stara, jak świat niektórych moich czytelników – po raz pierwszy opisano ją bowiem w latach ’80. Jak to się stało, że wielu z was przeczyta o niej dopiero teraz? 

    To nie tajemnica, że większość kobiet potrzebuje stymulacji łechtaczki, aby osiągnąć orgazm. Okazuje się, że istnieje metoda, aby stymulować clitoris podczas stosunku – i to w pozycji misjonarskiej. Wystarczą tylko drobne poprawki.

    Na czym polega CAT?

    Metoda nazywa się CAT (od Coital Alignment Technique) i po raz pierwszy została dokładnie opisana w 1988 roku. Jej twórca, Edward W. Eichel, zauważył, że tylko 30% kobiet szczytuje podczas stosunku. Co ciekawe, nazwał ten problem anorgazmią stosunkową – dla niewtajemniczonych, anorgazmia definiowana jest jako dysfunkcja seksualna polegająca na braku zdolności do szczytowania w sytuacjach, gdy stymulacja seksualna występuje i powinna prowadzić do orgazmu. A teraz zastanówmy się, ile kobiet orgazmicznych (czyli zdolnych do przeżywania orgazmu) nie szczytuje podczas stosunku? Moje drogie, wychodzi na to, że wszystkie cierpimy na tę dysfunkcję. Najwidoczniej podejście „cokolwiek działa” jest dla niektórych zbyt sekspozytywne.

    O anorgazmii pisałam też na blogu Bossy Bedroom Equipment.

    Ale do rzeczy. Eichel, całkiem słusznie zresztą, postanowił skupić się na łechtaczce jako źródle kobiecego orgazmu. Zaproponował więc pozycję misjonarską 2.0, która umożliwia stymulację łechtaczki trzonem penisa – bez konieczności używania rąk i dotykania clitoris. Aby to osiągnąć, partner, wprowadzając penisa do pochwy, musi umiejscowić swoje biodra nad biodrami partnerki. Partnerka zaś powinna napierać swoimi biodrami na uda i genitalia partnera. Ponadto partner całym swoim ciężarem spoczywa na partnerce, aby uniknąć niepotrzebnego przeforsowywania górnej części ciała. Wygląda to tak:

    CAT

    W sam raz dla kobiet, które lubią czuć na sobie ciężar mężczyzny.

    Obydwoje muszą następnie skoordynować ruch swoich ciał – partnerka napierając na biodra partnera ku dołowi, zaś partner, pchając jej biodra ku górze. Zamiast penetracji tył-przód uzyskujemy coś na kształt kołysania, dzięki któremu kochankowie osiągają kompletne zespolenie genitaliów. Dodatkowo partnerzy powinni też skoordynować oddechy i zbytnio nie przyspieszać. Bujać się aż do równoczesnego orgazmu.

    Zastosowanie tej techniki ma na celu wypracowanie dopasowania seksualnego (słowa Eichela, nie moje), co wymaga czasu. Niektóre pary potrzebują kilku podejść, u innych cały proces rozkłada się nawet na kilka-kilkanaście tygodni. Dlaczego? Dlatego, że CAT wymaga mistrzowskiej koordynacji. W przeciwnym razie próby współżycia z zastosowaniem techniki CAT mogą skończyć się dla partnerki bólem (penis pod tym kątem naciska tylną ścianę pochwy, a tym samym na okolice rectum).

    Więcej o metodzie CAT przeczytasz tutaj.

    Dla kogo jest ta metoda?

    Oczywiście dla męża i żony par hetero, które są pełnosprawne, w których mężczyzna ma odpowiednio długiego penisa, a kobieta elastyczną pochwę. Słowem – którym anatomia pozwala na całkowite zespolenie genitaliów. Dla par, którym zależy na szczytowaniu równoczesnym oraz orgazmie wywołanym dzięki obecności penisa-w-waginie. Dla par, którym się nie spieszy. Dla par, które uwielbiają pozycję misjonarską. Dla par, których seksualne menu i przekonania pozwalają na jeden rodzaj ekspresji seksualnej.

    Krytyka

    Od czego zacząć? Po pierwsze, od nazywania całego ruchu wokół Coital Alignment Technique „metodą naturalną” („the natural way”), co sugeruje, że tylko orgazm dany kobiecie przez penisa jest naturalny i „się liczy”. Współczesne podejście do orgazmu jest następujące: każdy, niezależnie od tego, czy spowodowany stymulacją penisem, ręką, ustami, czy narzędziem, jest naturalny, bo jest naturalną reakcją fizjologiczną organizmu. Nie wspominając już o tym, że metoda bazuje na pozycji misjonarskiej, czyli z dominującym mężczyzną i uległą kobietą, podczas gdy stymulacja łechtaczki jest znacznie łatwiejsza w pozycjach od tyłu lub z dominującą partnerką.

    Po drugie: technika CAT jest bardzo zorientowana na cel, którym jest orgazm kobiety, stawia go jako warunek konieczny satysfakcjonującego pożycia. Współcześnie podchodzimy do seksu w nieco inny sposób – ciesząc się podróżą, a nie dotarciem do celu. Kobiety wiedzą, że mogą realizować swoją seksualność na miliony sposobów, że uniwersalne metody sprawiania sobie rozkoszy nie istnieją. CAT nakłada więc dodatkową presję na mężczyzn, którzy powinni dążyć do zadowalania partnerki penisem, w przeciwnym razie nie sprawdzą się jako kochankowie.

    Po trzecie: nuda, panie, nuda! Cały dowcip z tą metodą polega na tym, aby maksymalnie zwolnić tempo, powoli kołysać biodrami tak, aby penis się nie wyślizgiwał (bo penetracja jest bardzo płyka, poza tym przyspieszenie ruchów może być dla partnerki bolesne), co u zwolenników ostrzejszej jazdy wywoła więcej frustracji niż zadowolenia.

    Trzeba również wziąć pod uwagę fakt, że lata ’80 to czasy epidemii AIDS. Lęk przed nową, nieuleczalną chorobą sprawił, że jedynym promowanym modelem związku oraz realizowania seksualności stała się monogamia. Metoda CAT trafiła więc na podatny grunt. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby przedstawiano ją jako ciekawostkę, miejską Kamasutrę – cokolwiek. Niestety Coital Alignment Technique prezentowano jako rozwiązanie wszystkich problemów z seksem w małżeństwie, a w szczególności problemu kobiet, wystarczająco zadręczających się, że nie szczytują podczas penetracji.

    Jedna zaleta

    CAT ma jedną zaletę, dla której warto czasem spróbować „na kotka” – otwiera mężczyzn na inny rodzaj stymulacji niż tylko tradycyjne w górę i w dół, przyzwyczajając ich to bardziej subtelnych doznań. Do dziś zdania użytkowników tej pozycji są podzielone – czy orgazm następuję w wyniku idealnie zaprojektowanej metody, czy może z braku laku…

    A tak zupełnie serio: próbowaliście już?

    okładka

    proseksualna-kinky-winky-mini

    This article has 19 comments

    1. Karola wrote:

      Przydałby mi się jakiś gif albo filmik instruktażowy, żeby wyobrazić sobie ten ruch, ale nigdzie takiego nie ma. Może ktoś umiałby mi tę pozycję jakoś inaczej opisać? :)

      1. ON wrote:

        najlepiej pokazac ;p

    2. Mi wrote:

      Nie wiedziałam, ze to sie tak nazywa. Polecam wielbicielom rownoczesnych orgazmów :-)

    3. wyzwolona wrote:

      Wspaniała pozycja! Ponieważ kocham :)

    4. A wrote:

      Mam chyba bardzo słabą wyobraźnie, bo kompletnie nie rozumiem, jak te ruchy mają wyglądać :c

    5. Joanna wrote:

      Hmmm… Słyszałam już o tej metodzie, ale dopiero teraz uświadomiłam sobie, że czasem ją stosuję ;)

      1. Nat wrote:

        I co? Działa na ciała?

        1. Joanna wrote:

          Nienadzwyczajnie ;)
          Zaspakaja potrzebę podduszania, ale jeśli chodzi o osiąganie orgazmu, w moim przypadku inne pozycje są bardziej efektywne…

    6. Marta M. wrote:

      Ja spróbuję, bo pociąga mnie opcja stymulacji łechtaczki podczas penetracji i to powolne kołysanie. ;) Swoją drogą, zdecydowanie poczytałabym więcej od Ciebie, Nat, na temat stymulacji łechtaczki podczas stosunku. Im więcej opcji, tym lepiej. :)

      1. Nat wrote:

        Próbuj i daj znać, jak poszło!

    7. Asia wrote:

      Trochę to dziwne. Ta metoda totalnie do mnie nie przemawia. Nie żebym nigdy nie próbowała, ale sama w sobie pozycja misjonarska do moich ulubionych nie należy. No chyba, że kochamy się z narzeczonym analnie a dodatkowo między nami jest mały wibrator.
      Dla mnie najlepszą opcją to „kowbojka”, ale nie taka wyprostowana, tylko kiedy całym ciałem przytulam mojego partnera a ona dodatkowo „otula” mnie ramionami i przyciska do siebie. Wtedy mam kontrolę, naciskam tak jak chce i to ja nadaję tempa.
      On z kolei woli od tyłu. I bardzo rzadko zdarza się byśmy doszli razem. Zazwyczaj każde z nas dochodzi w innym momencie i to jeszcze w innej pozycji. Ale totalnie nam to nie przeszkadza, bo dla żadnego z nas orgazm nie jest najważniejszy.
      Wymyślanie nowych pozycji jest dla frajdy a nie dla orgazmu.

      1. Nat wrote:

        Dokładnie, w seksie chodzi przede wszystkim o zabawę, a nie dążenie do mistycznego orgazmu równoczesnego. Każdy powinien móc szczytować w swoim tempie, a nie dostosowywać ciało do czegoś, co powinno zadziałać…

    8. Joanna wrote:

      Ja bym dodała jeszcze, że dla par, gdzie różnica masy/rozmiaru całego ciała jest minimalna -nie wyobrażam sobie „pana siłacza” opierającego cały ciężar na filigranowej partnerce…

      1. a ja sobie wyobrażam :) oj i to jaaakk… :]

        1. Nat wrote:

          Każdemu według preferencji – jedni lubią być przyduszani, inni nie :)

        2. Też sobie wyobrażałam. Może moj facet nie jest megawielki, ale i tak po paru minutach jest tak gorąco, że można się udusić. Zdecydowanie nie do przetrwania przez cały stosunek.

    9. Kasia wrote:

      Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej metodzie, ale czytając jej opis ‚techniczny’ uświadomiłam sobie, że dokładnie w ten sposób kocham się ze swoim chłopakiem! Zupełnie bezwiednie ;)
      O ile zgadzam się z Twoimi słowami krytycznymi, to jednak przyznaję, że coś musi w tej metodzie być – bo rzeczywiście prawie każda penetracja w tej pozycji kończy się dla mnie orgazmem, a na dodatek w znaczącej większości przypadków jest to orgazm równoczesny :)
      Także polecam spróbować, chociażby dla wypracowania sobie opinii na ten temat.

      1. Nat wrote:

        Kasiu, ależ ja nie zabraniam nikomu próbowania, choćby dla samego doświadczenia! Cieszę się, że w Twoim przypadku CAT działa i pozwala Ci mieć satysfakcjonujący seks :)

      2. M+B wrote:

        Mam nadzieję Kasiu, że używacie gumki :)

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr