• Seks od tyłu jest uwłaczający

    Czyli: dlaczego nie cierpię kobiet, które mówią innym kobietom, co te mają robić. Mężczyzn, którzy czynią to samo, również.

    Moja frustracja przy sięganiu po kolejne poradniki przypomina postawę Jessy z serialu HBO Girls, który namiętnie oglądam, bo pokazuje brzydki seks brzydkich ludzi (jak w moim życiu), więc czuję się bezpieczna, mając przestrzeń identyfikacji z bohaterami. Jest niemal domowo. Dziewczyny dyskutują o nieistniejącym poradniku dla „ladies”:

    Najważniejszym dla mnie momentem jest ten, gdy Jessa konstatuje: „ta kobieta ma gdzieś to, czego ja chcę!”. Sama od dawna powtarzam, że wrogami kobiet są głównie inne kobiety (zwłaszcza te, które zabierają się za pisanie poradników), bo to one mają czelność programować inne na bycie zołzami, niegrzecznymi czy sprytnie manipulującymi suczami, nie biorąc pod uwagę autentycznych potrzeb grupy docelowej. Nie zachęcają swoich czytelniczek do samorozwoju, podrzucają tylko gotowe schematy. Chyba, że autentyczną potrzebą każdej babki jest mieć męża, domek z ogródkiem i labradora w kolorze biszkoptowym lub jednoczesne bycie super matką, rozpustną kochanką i kobietą sukcesu – wtedy wszystko się zgadza. Mogą dalej próbować stać się żonami ze Stepford. Przebrnęłam przez panią Argov i jej zołzy, i dużo bardziej skłaniam się ku stwierdzeniu, że tylko durnie mogą takie zołzy kochać (jak wyczytałam też w „Wysokich obcasach extra”). Chodzi o to, że zołzy to babki, które strasznie się męczą. Bo co to za tresura innych kobiet przez jedną z nich, polegająca na ciągłym przypominaniu, że nawet jeżeli czytelniczce wagina rozgrzewa się do czerwoności, to na etapie pierwszego miesiąca randek nie powinna dotknąć przyszłego wymarzonego wyżej niż w kolanko. Jak chce, to niech ściąga majtki i wskakuje pod kołdrę, a nie zastanawia się, czy jemu jeszcze będzie chciało się ją zdobywać. Podobnie, jak nie odpowiada mi wmawianie kobietom, że ich niezależność i siła to nic więcej, jak skuteczne środki zmiękczające do penisa.

    Raz sięgnęłam po poradnik w całości dedykowany kobietom (w dodatku „myślącym”), a napisany przez mężczyznę – doktora Iana Kernera. Tego, który zaczął swoją przygodę, zachęcając mężczyzn, by najpierw dawali orgazmy swoim partnerkom, a potem myśleli o sobie. Wtedy przekonałam się, że bywam „myślącą kobietą”, ale do poradnika Jego orgazm później podeszłam trochę, jak „myślący facet” i nagle objawiły się wszelkie moje spaczenia charakteru.

    Przypomniała mi się sytuacja, kiedy to dyskretnie i żartobliwie próbowałam podsunąć pewnemu mężczyźnie tutorial dotyczący cunnilingus. Na próbach, niestety, się skończyło, gdyż ów „myślący mężczyzna” zareagował nieco buńczucznie, żeby nie powiedzieć, że z minety zrobiła się naprawdę niezła afera, skwitowana deklaracją, iż on tego czytał nie będzie. „Od razu powiedz, że po prostu nie umiem tego robić!” – fuknął jeszcze.

    Po przeczytaniu Jego orgazm później Iana Kernera zrozumiałam, na czym rzecz polega. Będąc świeżo po lekturze, spotkałam się z przyjaciółmi w pubie. „Słuchajcie, wygląda na to, że wszystko robię źle!” – westchnęłam sfrustrowana, osiadając wreszcie na tyłku. Nie potrafiłam jednak doprecyzować, co dokładnie mnie tak zniechęciło, być może chodziło o zdeptanie mojego przeświadczenia o tym, że miłość romantyczna to współistnienie dusz i fantastycznego i nigdy-nie-nudzącego-się seksu. Naprawdę, trudno mi to jednoznacznie dookreślić. I wtedy znów przemknęła mi przed oczami scena sporu o minetkowy artykuł. Uświadomiłam sobie, o co w tej konfrontacji chodziło – nie o to, że owemu mężczyźnie nie zależało, by mnie zadowolić, ale o tę wrażliwą strunę, w którą uderzają wszelkie poradniki (nazywane przeze mnie „poradnikami z cyklu JAK…”), udowadniając czytelnikom pełnię ich niedoskonałości. Niby człowiek wie, że nie jest idealny, ale są takie sfery (na przykład seks), w których miło jest myśleć, że nieźle daje się radę, a tu nagle ktoś przed oczami kiwa palcem i sugeruje, że jednak nie. Jasne, tacy wytwórcy poradników momentami miło łechcą moją próżność, pośrednio mnie chwaląc. Przez Kernera postanowiłam nawet przebrnąć dwukrotnie, chowając do kieszeni żeńską dumę i wrodzoną awersję do poradników. Poza tym jakoś nie mogę się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że orgazm kobiety w heteroseksualnej relacji zawsze powinien iść przodem, więc nawet czuję pewną solidarność z autorem.

    Na wstępie uderzyło mnie w Jego orgazm później jedno – „amerykańskość”, przez co może momentami wydawać się niezrozumiały. Mam na myśli między innymi rozdział dotyczący napletka. Jedną z pacjentek autora zadziwiła ta anatomiczna osobliwość tak, jak pewnie mnie w pierwszej chwili zadziwiłby obrzezany penis. Doktor Kerner cierpliwie tłumaczy, że nieobrzezany mężczyzna to nie pies rasy shar-pei (porównanie zaczerpnięte z Seksu w wielkim mieście), a napletek może dostarczyć naprawdę niezapomnianych doznań i nie świadczy o zaniedbywaniu higieny osobistej. Trzeba więc wiedzieć, że obrzezanie chłopców to zabieg stosowany powszechnie w USA, co tłumaczy szaloną popularność aktorów „uncut” w tamtejszej branży pornograficznej. Wydaje mi się również, że kultura seksualności w Ameryce znacznie (a może: jeszcze) różni się od polskiej – przede wszystkim swoją intensywnością, wdzieraniem się we wszelkie aspekty życia. W efekcie skutkuje postrzeganiem świata jako wielkiego afrodyzjaku. Polska nie miała wciąż do czynienia z tak szerokimi kampaniami promującymi środki wspomagające męską potencję (chociaż coraz chętniej wskakujemy na byka) oraz tak powszechnym stosowaniem „pigułek szczęścia”, czyli medykamentów typu prozac czy xanax, które wywierają znaczny wpływ na libido. Raczkuje dopiero kult porno – nie zaobserwowałam, aby gwiazdy tej branży uchodziły w Polsce za celebrytów z pierwszych stron gazet albo celebryci zwyczajni mieli pomysły na wypuszczanie limitowanych edycji domowego wideo z prywatnym porno.

    Jeżeli jednak pominąć lokalny koloryt, zostają pewne prawdy uniwersalne, jak wciąż pokutujący mit męskiego libido (facet zawsze chce i może) i orgazmu (zawsze występuje). Padają propozycje wyzwolenia się z tych bajek (myślę, że z ogromną korzyścią dla facetów, których partnerki ciągle w mitach tkwią), sugestie technik i możliwości łóżkowych innowacji (a także sposoby na ich wprowadzanie). Kerner charakteryzuje również rodzaje erekcji, etapy podniecenia, czyli krzewi wiedzę jak najbardziej elementarną. Jest jeszcze coś bardzo istotnego: przeniesienie uwagi na męską emocjonalność i psychikę oraz ich korelacje z seksualnością. Nie da się jednak ukryć, że Kerner trochę pogania czytelniczki kijem (na przykład dając do zrozumienia, że to głównie ta „myśląca kobieta” powinna starać się, aby parter seksem się nie znudził), ale wręcza też kilka krzepiących serc marchewek (podając przykłady wieloletnich małżeństw, których życie seksualne nadal jest hot). Wszystko fajnie, ale w tym łóżku to raczej kotłujemy się we dwoje i jestem przekonana, że choćbym stanęła na głowie i wyklaskiwała waginą zagrzewające do boju rytmy, gdyby mój partner nie przejawiał chęci do wyjścia poza schemat pieszczot cycki-wagina-cycki, to też by mi było nudno.

    Pokazałam tę książkę zaprzyjaźnionemu facetowi i zapytałam, co o niej myśli. Byliśmy w trakcie dłużącej się podróży, więc od razu zajrzał do lektury. Po paru minutach, które zajęło mu przebrnięcie przez jeden z rozdziałów, oświadczył: „To jakaś bzdura!” i zaczął tłumaczyć, jak sam odnosi się do postawionego przez Iana Kernera problemu, powtarzając: „ja bym tak nie chciał”. I choć doktor pisze ów poradnik z perspektywy znawcy i terapeuty-praktyka, nie należy zapominać, że rozwiązania w nim proponowane i stawiane tezy są po prostu wariantami, wypadkową wielu komponentów. Dzięki przytoczonym przykładom z własnego życia zawodowego, autor przekonuje czytelniczki, że w swoich problemach i obawach nie są odosobnione. Jednak seksualność to sprawa indywidualna i tak należy do niej podchodzić. Cytując Jessę: A co jeżeli ja chcę skupić się na czymś innym? Co, jeżeli chcę się czuć, jakbym miała wymię? Piszący poradniki naprawdę mają gdzieś jednostkowe pragnienia. Spotykamy na swojej drodze naprawdę różnych partnerów czy partnerki, tak samo, jak różnych szefów czy współpracowników. I nie dziwi nas, że z każdym/każdą z nich z osobna trzeba się na wielu płaszczyznach dotrzeć.

    Dlatego nigdy nie bierzcie sobie moich rad do serca, ale pamiętajcie, żeby się zabezpieczać i nigdy nie zgadzać na to, na co same nie macie ochoty, ladies!

    This article has 4 comments

    1. Karol K wrote:

      „…nie cierpię kobiet, które mówią innym kobietom, co te mają robić.”
      A Ty może nie mówisz innym kobietom, co mają robić? ;-)

      1. Nat wrote:

        A niby co stoi w ostatnim zdaniu?

    2. Nat wrote:

      Bardzo mi miło z tego powodu :)

    3. K. wrote:

      świetny artykuł! a Proseksualna to stały punkt codziennej prasówki :)

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr