• Krótki traktat o gaciach

    Bardzo długo wydawało mi się, że ja i ładna bielizna nie gramy w jednej drużynie. W końcu to takie niefeministyczne wkładać na siebie coś, co powstało, by w zestawieniu ze szczegółami kobiecej anatomii cieszyć męskie oko.

    Nie pomagał też fakt, że w amerykańskich filmach dla nastolatków chłopcy definiowali seksualną dyspozycyjność dziewczyn, przetrząsając ich szuflady z bielizną: przewaga koloru czarnego oznaczała, że ma ochotę na seks, czerwonego – że jest zdzirą i takie tam. Czego by nie odkryli i tak wychodziło na jedno – kandydatka musi być w rui, którą ukoi wyłącznie nastoletni bóg seksu.

    A już zupełnie skrzywiło mnie to, że raz w szkole (gimnazjum welcome to) koledzy z klasy wyśmiali mnie, bo zaliczyłam niezaplanowaną (ku ich satysfakcji) wpadkę z obsuwającymi się spodniami. Miałam na sobie stringi. Konkluzja była taka: stringi są spoko tylko na ładnych, myśląc standardami amerykańskimi – „popularnych” dziewczynach. Czyli nie na mnie. W efekcie, porządkując szafę niedługo po tym zdarzeniu, wywaliłam większość stringów do kosza i… przerzuciłam się na bokserki. Gdy znowu osuwały mi się spodnie, nikt tego nie komentował. Nawet nie wiecie, jaką czuję ulgę, że nigdy nie miałam obsesji na punkcie chłopaków z mojego otoczenia. Historia chomąta złamałaby mi wtedy życie, ale tym razem poskutkowała wyłącznie tym, że wywaliłam kilka par majtek zakupionych na azjatyckim bazarku w Republice Czeskiej. Soł tinejdż drama.

    Minęło parę lat, czasy się zmieniły, otoczenie też, w sklepie z bielizną dla „dorosłych” kobiet dowiedziałam się wreszcie, jaki mam rozmiar stanika i na nowo odkryłam przyjemność w kupowaniu majtek i biustonoszy. Kiedy zaś przestałam przepieprzać stypendia naukowe na studenckie czwartki, pojawiła się we mnie żądza posiadania zestawów bielizny do zadań specjalnych.

    Raz na zawsze skończyłam z myśleniem, że nie warto wydawać na jakieś tam gacie więcej niż kilka złotych, bo i tak „nikt ich nie ogląda”. Jasne, tylko tym „nikim” jestem ja, ewnentualnie mój partner i koleżanki, czasami też koledzy, więc nie ma co zaprzeczać, że to ta „niewidzialna” bielizna jest w gruncie rzeczy najbliższa ciału. Każdego dnia.

    Gdy ktoś mówi mi, że bezsensowne jest inwestowanie w bieliznę, zwłaszcza tę przeznaczoną do natychmiastowego ściągnięcia w sytuacji intymnej, pytam go, co zazwyczaj jada. Gdy okazuje się, że lubi zjeść dobrze, zawsze pytam po co? W końcu i tak po przetrawieniu to, co cieszyło podniebienie ląduje w rynsztoku.

    Dotyk jest jedynym zmysłem, którego nie możemy sobie świadomie „wyłączyć”, dlatego nie lubię być drapana przez szorstkie koronki, dźgana przez źle naszyte ozdoby czy duszona przez rozmiar „uniwersalny”. Lubię czerpać przyjemność i z patrzenia, i z noszenia. Lubię badać fakturę materiału, lubię przypinać pończochy do pasa, lubię nabywać bieliźniarskie dziełka, które sprawiają, że czuję się seksownie i o których nikt poza mną nie musi wiedzieć.

    I to jest najlepszy przepis na flirt z seksowną bielizną. Musi w pierwszej kolejności podniecać jej użytkowniczkę, nie zaś jej partnera/partnerkę, bo nie ma nic mniej stymulującego niż dziewczyna, która w koronkowych majtkach z dziurką nie czuje się sobą. Posiadaczka bielizny zaś powinna pieprzyć wszystkie bieliźniarskie reguły tego świata, czyli:

    Unikać stringów, jeżeli rozmiar jej majtek to coś więcej niż M. A niech tam, jak lubisz, pozwól pośladkom telepotać na wietrze. Dla wszystkich tych, które twierdzą, że stringi to najmniej wygodna bielizna na świecie, mam radę: w sklepie wybieraj stringi o rozmiar większe niż ci się wydaje, że nosisz. Pomaga.

    Raz na zawsze porzucić wielkie gacie w stylu Bridget Jones. Cóż, każda dziewczyna raz na jakiś czas potrzebuje dodatkowego wspomagania, a bielizna obciskająca jest w dzisiejszych czasach dużo ładniejsza i dużo bardziej stylowa niż w czasach Bridget.

    Kupować zestawy. Doświadczenie nauczyło mnie, że komplety zazwyczaj rozczarowują: do pięknego stanika producent proponuje brzydkie figi albo do ślicznych stringów okropny biustonosz. Jeżeli lubisz, kiedy góra i dół do siebie pasują, ale na przykład jeden element gotowego zestawu jest niewygodny lub nieładny, szukaj „nieoczywistych” podobieństw – koloru, faktury materiału, stylu.

    Podsumowując: dbaj o swoją bieliznę. Nigdy nie wiesz, kiedy ci się poszczęści lub… będziesz potrzebować lekarza.

    a-stuff-no-one-told-me-quotes-chicquero-underwear

    via Stuff No One Told Me

    [okładka wpisu]

    This article has 8 comments

    1. Wanderratte wrote:

      > Dotyk jest jedynym zmysłem, którego nie możemy sobie świadomie „wyłączyć”, dlatego nie lubię być drapana przez szorstkie koronki, dźgana przez źle naszyte ozdoby czy duszona przez rozmiar „uniwersalny”.

      Chciałubym móc sobie świadomie wyłączać słuch i węch, ale nie mogę. Tak więc z tym „jedynym” to duża przesada.

      A co do stringów, to dla mnie one w ogóle nie są seksowne. Zdecydowanie wolę, gdy moja partnerka ma na sobie figi lub bokserki. Tak więc to, co jest seksowną bielizną, a co nie, bardzo zależy od tego, dla kogo.

      1. Dominika wrote:

        przecież możesz zatkać nos i zalożyć ochronne ;)

    2. sowizdrzal wrote:

      Stringi – najmniej seksowne majtki pod słońcem jakie może założyć kobieta.

    3. myślę, że filozofia NO UNDERWEAR rozwiązuje dylemat majty?szorty?typu proca?figi?

      :)

    4. Ja bym chciała jeszcze wspomnieć o jednej bezsensownej regule – że majtki są albo bawełniane, albo koronkowe… Są bawełniane ze ślicznej koronki dobrej jakości. Bardzo dobre na duże upały

    5. Lady_Pasztet wrote:

      Zacny temat Siostro ;) Ja bieliznę zaczęłam tak naprawdę kupować, jako singielka, dla siebie, bo nagle jakoś tak zamarzyło mi się coś więcej niż bawełniane majtki, które także sobie cenię od czasu do czasu.

    6. Nie wiem skąd się bierze ten mit o niewygodnych stringach – może od facetów, którzy czasem opisują je jako „sznurek w tyłku”?

    7. Qba wrote:

      Bokserki i shorty wbrew pozorom są bardzo sexi ;)

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr