• Proseksualne Q&A #9: 18-letnia dziewica, 30-letnia dziewica i 25-letnia dziewica, do której lgną niemęscy faceci

    Dzisiejsze Q&A jest bardzo… dziewicze. Odpowiadam na pytania trzech kobiet, na trzech różnych etapach życia, które łączy jedno: nigdy nie współżyły seksualnie. 

    Niektórzy pewnie zdziwią się, że problemy dziewic niekoniecznie dotyczą technikaliów seksualnego debiutu. Tak właśnie jest w tej odsłonie proseksualnego Q&A. Bo co ma począć dziewica, która czuje niechęć do masturbacji, albo taka, która chciała, ale facet powiedział, że on „nie nadaje się” do uprawiania z nim sesksu…?

    ***

    Czytelniczka X pisze: „Na początku chciałabym zaznaczyć, że niedawno trafiłam na Twojego bloga i uważam, że robisz kawał dobrej roboty. I mam do Ciebie pytanie, ponieważ nie za bardzo wiem, gdzie powinnam się z nim zwrócić.

    Mam prawie 18 lat. Jestem dziewicą. Nie boję się tematów seksu, mam do tej sfery dużo szacunku, staram się poszerzać swoją wiedzę w tym temacie i ogółem jestem chyba dość otwarta. Jednak mam pewien… „problem”? Nie ciągnie mnie do masturbacji. W ogóle. Ani trochę. Próbowałam kilka razy pod naporem tekstów, w których udowadniano, że bez tego nie ma szansy na satysfakcjonujące współżycie. Ale, oczywiście, nic z tego nie wyszło. Bardzo mnie to zniechęca, w domu też nie mam za bardzo warunków, żeby się tym odpowiednio zająć, chociaż przyznam się, że nawet jeśli jestem w domu sama, to i tak mnie do tego nie ciągnie. Myślałam, że może jestem aseksualna, ale mam fantazje, mężczyźni kręcą mnie na tym polu, chciałabym w już raczej dość niedługim czasie współżyć. Tylko boję się, że bez masturbacji to jest skazane na porażkę. Ale to mnie zwyczajnie w ogóle nie podnieca. Nie widzę w wizji masturbacji nic fajnego, nigdy nie widziałam. To nie jest kwestia jakiegoś strachu czy poczucia winy – ja wręcz zazdroszczę dziewczynom, które naprawdę to lubią, bo pewnie nie będą miały potem większych problemów z orgazmem. Wizja współżycia z kimś zdecydowanie na mnie działa. Wizja masturbacji – ani trochę.

    Szczerze mówiąc, nie wiem, co mam zrobić. Zmuszanie się do tego frustruje mnie, mam chęć dać sobie z tym spokój i tyle, ale wszelkie informacje wskazują na to, że potem nie będę umiała dojść do zaspokojenia z kimś. Chciałabym usłyszeć, że to nie jest konieczne, ale pewnie jednak jest. I nie mam pojęcia, co właściwie powinnam zrobić. Nawet nie wiem, czego od Ciebie oczekuję, ale może doradzisz mi trochę, wydajesz się bardzo kompetentna w tym zakresie”.

    Tl;dr: Jeżeli masturbacja wydaje Ci się bardziej obowiązkiem, niż seksownym czasem solo, po prostu tego nie rób.

    Długa odpowiedź: Zacznijmy od tego, dlaczego sama, kiedy tylko mogę, podkreślam znaczenie kobiecej masturbacji dla satysfakcjonującego życia seksualnego. Robię to dlatego, że kobiece samozaspokojenie wciąż jest tematem tabu, niezależnie, czy weźmiemy pod uwagę zajęcia wychowania do życia w rodzinie, czy rozmowy w gronie zaufanych kobiet. Bardzo często jest to aktywność, o której zwyczajnie nie mówi się publicznie, albo – jeżeli już się o niej wspomina – to w znaczeniu pejoratywnym lub prześmiewczym. Jasne, orgazm wolny od obecności penisa to coś, co pomaga poznawać swoje ciało na własną rękę, a wiele kobiet czuje się winnych, gdy podaje samym sobie tę pomocną dłoń. Ma to związek z różymi przekazami typu „grzeczne dziewczynki się tam nie dotykają”, „twoja cipka nie należy do ciebie, tylko do męża”, „orgazm łechtaczkowy jest niedojrzały” i tym podobnymi kwiatkami. Dlatego posiadaczki wagin bardzo często czekają aż ktoś im tę cipkę odczaruje, a najlepiej by był to książę na białym koniu, a więc zwlekają z samopoznaniem. Ale to ewidentnie nie jest Twój problem, Czytelniczko X.

    Można być sekspozytywnym, uwielbiać seks z kimś (albo, jak w Twoim przypadku, wizję seksu z kimś) i zwyczajnie nie masturbować się. Tak samo, jak można uwielbiać masturbację, a stronić od współżycia. Czasami sama, obcując z różnymi źródłami, odnoszę wrażenie, że zabawa solo to bardziej przymus, coś, czego absolutnie trzeba spróbować, by w pełni zacząć władać własną seksualnością. Ale to nie do końca o to chodzi. Bo masturbowanie się za wszelką cenę, z obowiązku, naprawdę nie ma sensu. Na chwilę obecną próbowałaś i wiesz, że raczej Cię to nie kręci. Kręci Cię za to wizja mężczyzny, pewnie penisa i tego, co moglibyście seksualnie wyprawiać. I to jest jak najbardziej w porządku. Nie ma bowiem masturbacyjnego przymusu.

    Być może Twoje libido będzie aktywować się wyłącznie na wizję seksu we dwoje, w reakcji na obecność osoby, która wydaje Ci się pociągająca; być może, choć niekoniecznie, z biegiem czasu odkryjesz u siebie przejawy spontanicznego podniecenia, na które odpowiedzią stanie się masturbacja. A może Twoje orgazmy i przyjemność będą już na zawsze pracą dla dwóch osób. Nie musisz więc czuć się winna, ani zazdrościć kobietom, które masturbują się tak, jakby nie było jutra. Kluczem do satysfakcjonującego życia seksualnego nie musi być masturbacja. Tym kluczem jest świadomość tego, co Ciebie samą podnieca.

    Rozpoczynając współżycie, pamiętaj jednak o kilku złotych zasadach: bezpieczeństwo przede wszystkim (prezerwatywy, femidomy i/lub – w przypadku relacji na wyłączność i stosowaniu antykoncepcji hormonalnej – uprzednie testy w kierunku wykrywania chorób przenoszonych drogą płciową); lubrykant jest Twoim przyjacielem; pierwszy seks jest zazwyczaj taki sobie, ale nie powinien boleć; w każdej chwili masz prawo powiedzieć „nie” i przerwać całą akcję. Zresztą, sama wspomniałaś, że bezustannie poszerzasz swoją wiedzę. Jesteś więc na dobrej drodze do satysfakcjonującego życia seksualnego. Powodzenia!

    ***

    Czytelniczka Y pisze: „Nat, podniosę Ci porzeczkę: powiedzieć 18-latce, że to że jest dziewicą jest całkiem normalne, że to taki etap, to bułka z masłem. Czytałam to 12 lat temu jako 18-latka w wielu pismach dla pań. I mój etap dziewictwa się przez te 12 lat przeciągnął, i przez te 12 lat powtarzałam sobie, że to normalne.  Utwierdź mnie w tym przekonaniu, albo odeślij do psychologa. Nie jestem aseksualna i w sumie nie byłam nawet jako licealistka. Chociaż byłam, może jeszcze bywam tak postrzegana. Może jestem arandkowa nie lubię kwiatków, flirtu i banalnych komplementów. Nie miałam też parcia na związek, czy seks w imię tego, że tak mało mam okazji. Jeśli nie zgrywałam się z kimś w pocałunkach czy w pieszczotach, nie ciągnęłam dalej znajomości. Może to nieżyciowe i większości facetów trzeba od początku tłumaczyć jak mają podniecać? Z drugiej strony kiedy ja się podnieciłam, trafiłam na typa „albo dzisiaj, albo wcale”. Wybrałam to „już lepiej wcale”. Byłam z siebie dumna i zadowolona, bo nie przewidywałam, że to „wcale” będzie trwało latami. Najfajniej mi było z kolegą, z którym się całowałam namiętnie wśród ludzi na imprezach, miał świetne wyczucie, kocią grację. Niestety, kiedy próbowałam wrócić do tych sytuacji sam na sam i na trzeźwo się wycofał, mówiąc „przestań wcale tego nie chcesz”. Kiedy powiedziałam, że chcę, tylko obawiam się, że on nie chce, odpowiedział, że nie o to chodzi, że nie chce, tylko się nie nadaje. I zostałam z magicznym „nie nadaje się” jako stanowiskiem niedyskutowanym, tym bardziej, że poza tym, co między nami iskrzyło po pijaku, łączyły nas tylko kłótnie na tematy światopoglądowe i inne tego typu intelektów masturbacje (związek frazeologiczny na licencji Jana Wołka)”.

    Tl;dr: 30-letnie dziewice są jak najbardziej normalne. Ważniejsze jest jednak to, co sprawia, że jest Ci z własnym dziewictwem dziwnie.

    Długa odpowiedź: Mogłoby się wydawać, że 30-letnie dziewice to jakiś ewenement – i chociaż wiele kobiet przeżywa swój pierwszy raz w okolicach liceum i studiów, tych z „trójeczką” z przodu jest naprawdę więcej, niż myślisz. W końcu, gdy idzie o seks, kobiety są trochę w sytuacji clusterfucku, bo z jednej strony społeczeństwo wmawia nam, że uprawiać za dużo seksu jest źle, nie uprawiać go w ogóle – też niedobrze. Prawdą jest jednak, że kobiety, które chcą rozpocząć współżycie po przekroczeniu Rubikonu trzydziestki, muszą zmagać się z wieloma stereotypami i dziwnymi uprzedzeniami. Bowiem im dalej w metryczny las, tym trudniej jest rozmawiać o dziewictwie.

    Z Twojego listu wynika, że kręci Cię seks, chcesz zacząć go uprawiać, ale nie z kimś przypadkowym. Mam wrażenie, że podobnie, jak inne kobiety w Twojej sytuacji, trochę kręcisz się w kółko. Wiem, że część z nas z seksualnym debiutem czeka do znalezienia „prawdziwej miłości”, część – tego innego czegoś. W efekcie czujemy się tak komfortowo w sytuacji własnego czekania, że nie chcemy wprowadzać żadnych zmian, poprawek do z góry założonego planu. Być może trochę obawiasz się, jak to będzie – w końcu jesteś fizycznie i intelektualnie gotowa na seks, ale też nie chcesz się kontaktem intymnym rozczarować, dlatego pozwalasz sobie na wybrzydzanie. Pamiętaj jednak, że dziewictwo nie jest magicznym talizmanem, który uchroni Cię przed uczuciowymi perturbacjami, czy pierwszym razem, który będzie „taki sobie” (a w większości przypadków, niezależnie od wieku, właśnie taki jest).

    Nie zrozum mnie źle – nie oznacza to bynajmniej, że powinnaś zacząć uprawiać seks z byle kim i byle gdzie. Czasami jednak trzeba nauczyć przyzwoitych ludzi, jak mają obchodzić się z nami seksualnie, jak mają nas dotykać, żeby było nam dobrze, jak głęboko lub płytko całować. Żaden człowiek nie przychodzi z instrukcją obsługi; ten facet, z którym zaczniesz uprawiać seks, też nie będzie takiej miał. Tego akurat trzeba się po prostu nauczyć, komunikując swoje upodobania i potrzeby oraz otwierając się na upodobania tej drugiej osoby. Wydaje mi się, że bronisz się przed tym, bo trochę zafiksowałaś się na punkcie tego mężczyzny, który Cię podnieca, ale z jakiegoś powodu nie chce uprawiać z Tobą seksu. Przyjmij więc jego „nie” za ostateczną odpowiedź, a tę erotyczną energię, którą Cię ów facet naładowuje podczas „masturbacji intelektów”, przenieś gdzie indziej. Wyładuj ją z/na kimś, kto będzie chciał uprawiać z Tobą seks i z kim Ty też będziesz chciała go uprawiać.

    Uniwersalna seksualna oś czasu nie istnieje, więc tylko od Ciebie zależy, kiedy będziesz miała swój seksualny debiut. Ta sfera życia nie ma nic wspólnego z tym, jakim jesteś człowiekiem, rób więc to, co jest dla Ciebie komfortowe. Może w momencie, w którym publikuję tę odpowiedź, masz już ten debiut za sobą, może czeka Cię on dopiero za 10 lat. Pamiętaj jednak, że co jak co, ale ludzie nie mają stempla „najlepiej spożyć przed końcem…”.

    ***

    Czytelniczka Z pisze: „Dziękuję Ci za wpis o księżniczkowym traktowaniu, ciężko bardziej trafnie opisać moje patrzenie na facetów. Przez coś takiego nawet fajny i atrakcyjny mężczyzna może w moich oczach stać się całkiem aseksualny.

    Jestem dość ciekawym przypadkiem, więc postanowiłam się z Tobą podzielić i jednocześnie poprosić o poradę, ale to później. Jestem dziewicą, niebawem kończę pierwsze ćwierćwiecze, ale nie jest mi z tego powodu ani smutno, ani źle. Nie ukrywam, że jestem katoliczką i chciałabym poczekać na noc poślubną. Nie ma w tym nic z narzucania (bo nie jestem zbyt podatna na wmawianie mi czegokolwiek w tych kwestiach), po prostu bycie kobietą jednego mężczyzny wydaje mi się bardzo kręcące na poziomie emocjonalnym. Jestem jednak mocno seksualnie pozytywna. Mam sporą fantazję i myślę, że sporą otwartość w tym temacie. Kręci mnie wiele niegrzecznych scenariuszy i bardzo chętnie je zrealizuję, gdy przyjdzie czas.

    Mój problem polega jednak na wchodzeniu w relacje. Nie umiem w nie wchodzić. Jestem mocno opiekuńcza, wyrozumiała i wrażliwa… i ciągną do mnie mężczyźni… w moich oczach niemęscy, słabi, nieśmiali, niepewni siebie… pewnie licząc na opiekę, ale nic z tego. Oczekuję w swoim życiu silnego mężczyzny, najlepiej skłonnego do równie dużej seksualnej pozytywności, ale szanującego czekanie na noc poślubną. Spore wymagania, co nie? Nie mam kompleksów, uważam, że jestem atrakcyjna, pewna siebie, chociaż niestety moje ciało nie jest jak z okładki, bo jestem poważnie przewlekle chora i niestety leki powodują mocne wahania wagi (ale i tak siebie lubię i uważam, że nie jest wcale tak źle). Ale po prostu nie umiem wchodzić w takie relacje, łatwo się peszę, jak mówią moje przyjaciółki nie daję facetom „zielonego światła”… no zwyczajnie nie umiem, a żadna nie umie mi wyjaśnić, co dokładnie to oznacza. Masz wielkie doświadczenie. Poradzisz mi coś?

    Nawiasem mówiąc, bardzo mnie u facetów kręci motyw silnego mężczyzny w potrzebie. Jakiś etos pielęgniarki na froncie czy coś? To jest fajne, ale przez to często trafiałam do tej pory na bardzo pokręconych ludzi, z którymi mimo mojej fascynacji, nie da się zbudować związku. Dlatego nigdy nie miałam faceta… i to zaczyna mi ciążyć na psychice”.

    Tl;dr: Szukanie partnera zacznij od znalezienia siebie – tego, co napędza Cię do działania i co daje Ci szczęście.

    Długa odpowiedź: Szukając partnera, warto zadać sobie dwa kluczowe pytania: 1. Czy mężczyzna, jakiego pragnę, istnieje? 2. Jeżeli tak, gdzie mogę go znaleźć i co zrobić, aby go do siebie przyciągnąć?

    Twoje oczekiwania są bardzo precyzyjne, więc zakładam, że na pytanie nr 1 odpowiesz „tak”. A jeżeli się wahasz, to odpowiem za Ciebie: mężczyzna, który radzi sobie w życiu, jest sekspozytywny i uszanuje Twoją decyzję względem nocy poślubnej, z pewnością istnieje. Ale zanim zatroszczysz się o niego, zatroszcz się o siebie.

    Wydaje mi się, że na chwilę obecną sama stworzyłaś sobie wzór, dzięki któremu przyciągasz mężczyzn, którzy Cię nie pociągają – ale są bezpieczni, znani, pewnie trochę pompują Twoje ego, bo są, i to właśnie im z czystym sumieniem będziesz mogła dać kosza. A pojawiają się, bo akceptujesz ich obecność w swoim życiu. Być może nawet trochę Ci ona schlebia, tworzy Twoją strefę komfortu, udowadniając, że możesz się podobać. Tylko najwidoczniej ci faceci nie zostawiają już miejsca dla kogoś wartościowego. Bądź więc wdzięczna za to, że uświadomili Ci, czego na pewno nie chcesz i… pozbądź się ich ze swojego otoczenia. Raz na zawsze.

    Tak na dobrą sprawę absolutna większość mężczyzn, z którymi się zetkniesz, nie będzie nadawała się do stworzenia związku z Tobą. Nie ma to kompletnie związku z Twoimi poglądami, ani niczym konkretnym – tak już po prostu jest, większość ludzi, z którymi krzyżujemy swoje ścieżki to tylko mało znaczące epizody. Dlatego szukanie tego jedynego zacznij od znalezienia… siebie. Zastanów się, co (poza opieką) masz tej drugiej osobie do zaoferowania? Zdefiniuj to, co napędza Cię w codziennym życiu, a co nie jest dążeniem do bycia z kimś – czy masz jakieś hobby, pasje, którym się oddajesz? Czy masz w życiu coś, o czym potrafisz rozmawiać godzinami? Zastanów się, czy bierzesz we władanie własne szczęście i dobre samopoczucie, czy może uzależniasz je od innych? Bo wydaje mi się, że na chwilę obecną trochę byś tego silnego faceta w swoim życiu chciała, a trochę się go boisz. Być może właśnie dlatego, że on, aby dostrzec Twoją wartość, która tak dobrze przyciąga innych, tych słabych, musiałby polec. Może boisz się, że dla tego silnego nie będziesz interesująca? A może nie chcesz doświadczyć odrzucenia, negocjować swoich granic, tracić czas na kogoś, kto na przykład nie chce małżeństwa, bo świetnie mu się przez życie idzie w pojedynkę, dlatego się blokujesz w towarzystwie tych dobrze rokujących? Tak tylko rzucam na podstawie informacji, które od Ciebie otrzymałam.

    Warto, abyś następnie stworzyła sobie listę (we własnej głowie lub nawet na kartce papieru) z cechami, których szukasz u tej drugiej osoby i które są dla Ciebie absolutnie kluczowe. Bez abstrakcji typu „łobuz, który kocha najmocniej” (kto to w ogóle wymyślił?!), „żołnierz, który płacze”, a z konkretami: „będzie szanował moje seksualne granice”; „będzie miał jasno sprecyzowany cel w życiu, do którego dąży”; „będzie chciał mojego towarzystwa nie z potrzeby opieki, ale dlatego, że chce spędzać ze mną czas” itp.

    Jeżeli więc pojawia się ktoś, kto wydaje Ci się silny i spełnia Twoje podstawowe wymagania, daj mu zielone światło. Pozwól sobie na kilka niezobowiązujących randek, „jazd testowych”, spróbuj poznać tę drugą stronę i pozwój jej poznać siebie. I zaakceptuj fakt, że większość relacji w naszym życiu skończy się, oprócz tej jednej. Tylko sami nie będziemy wiedzieć, która to. A to jest jednocześnie przerażające i piękne.

    ***

    Swędzi Cię jakiś seksualny problem i chcesz, abym go tutaj podrapała? Napisz do mnie! Jeżeli jednak to swędzenie nie jest metaforyczne, lepiej idź do lekarza. Bo w tej sytuacji istnieje duże prawdopodobieństwo, że prędzej Ci to coś odpadnie, niż ja wyłowię Twoją wiadomość z zalewu listów.

    frolicmebanner

    okładka wpisu

    This article has 3 comments

    1. Kasia wrote:

      Moje pytanie jest dość krótkie, dlatego zadaję je od razu w komentarzu, a nie mailowo. Czy kilkugodzinna erekcja jest możliwa bez wspomagaczy? Z Google dowiedziałam się tylko tego, że zdarza się długi, bolesny wzwod, co wymaga konsultacji lekarskiej. Ale mój partner nie miał bolesnej erekcji; przez cały ten czas uprawialiśmy seks i on twierdzi, że zawsze tak ma. To naprawdę jest możliwe?

    2. kakadu wrote:

      „Nie jestem aseksualna i w sumie nie byłam nawet jako licealistka” co to znaczy? Aseksualizm to orientacja, a nie to czy ktoś uważa nas za obiekt seksualny bądź czy chciałby z nami uprawiać seks. Nikt nie mówi „nie jestem homoseksualna i w sumie nie byłam nawet(???) jako licealistka”.

      Podobnie „atrakcyjny mężczyzna może w moich oczach stać się całkiem aseksualny”.

      Przestańmy używać słowa „aseksualny” jako coś obraźliwego czy coś czego należy się wstydzić. Aseksualizm to nie choroba, to nie zaburzenie, to orientacja seksualna taka jak każda inna.

      1. Nat wrote:

        Pozwolę sobie dopowiedzieć jedną rzecz: bardzo często zdarza się, że w wieku dojrzewania (lub na jakimś innym burzliwym etapie życia) przechodzimy tzw. „epizod aseksualny”. Przyjmijmy więc, że seksualność jest płynna i należy jako taką ją pojmować. To dotyczy pierwszego przytoczonego przez Ciebie przykładu. Bo równie dobrze można mieć epizod homoseksualny.

        Tutaj tworzę przestrzeń dla osób, które chcą mówić o swojej seksualności w sposób taki, jaki jest dla nich komfortowy, bez czepiania się słówek. W języku polskim termin „aseksualny” ma 2 znaczenia: z jednej strony orientacja seksualna, a z drugiej „pozbawiony seksu, zmysłowości”. Ponieważ język jako struktura łączy się w określony sposób, nie oznacza to, że zastosowanie przymiotnika „aseksualny” w tym kontekście odbiera lub w jakikolwiek sposób umniejsza czyjeś prawo do definiowania się jako osoba aseksualna.

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr