• Busz – ani rusz!

    Podobno jedną z największych przyjemności dorosłego życia (zaraz po bezkarnym jedzeniu ciastek na śniadanie) jest móc zakręcić sobie loka na włosach łonowych. W końcu one po coś tam są…

    W moim pojmowaniu świata włosy łonowe służyły demaskowaniu. Jak łatwo sprawdzić, czy dana kobieta jest naturalnie ruda? No, właśnie. Sama farbuję się od ponad dziesięciu lat: w moich latach tłustych (w sensie: grubych) byłam czarnulką, bo przecież wiadomo, że czarny wyszczupla, dooh! A później po kolei – czerwono-czarna, marchewkowa, brązowa, różowa, blond, brązowa, ruda, a teraz znów blond (a w dowodzie osobistym wyglądam jak młoda Katarzyna Dowbor, bez komentarza). I bez włosów demaskujących żyło mi się i wygodniej, i łatwiej. Po co przystrzygać pod bieliznę czy kostium kąpielowy, skoro można całość za jednym razem opitolić i ruszyć dalej? Nie zepsuły mnie bowiem mainstreamowe pornole czy dyktatura męskiego oka, a lenistwo.

    Nie chodziło mi też o higienę – bo „łyse” wcale nie znaczy „czyste”, o czym wiedziałam od dawna. Pełna depilacja, tzw. hollywoodzka, zdaniem ginekologów wręcz zwiększa ryzyko złapania infekcji lub chorób przenoszonych drogą płciową. Futerko stanowi więc barierę ochronną przeciwko złym mikrobom.

    Niezaprzeczalnie żyjemy w czasach, w których nawet trzynastolatki usuwają dopiero co pączkujące owłosienie łonowe, bo tak robią ich idolki w mediach i aktorki porno. To jakiś paradoks, że włosy łonowe wydają się współczesnej młodzieży (a nawet młodym dorosłym) kuriozum czy nawet obrzydliwością. Ja  na przykład zawsze miałam słabość do włosów łonowych, gdy oglądałam erotyczne fotografie – zwłaszcza do tych futer, które wydawały się miękkie w dotyku i były rude lub blond. Jak łatwo się domyślić, moje własne (jak daleko sięgam pamięcią) nie miały z tym opisem wiele wspólnego.

    Całe szczęście, jestem przekorna. Pewnego wieczoru oglądałam z Marianem bardzo wintydżowe porno – Cafe Flesh (na marginesie: ciekawa porno-utopia, polecam!), a jak wiadomo, w wintydżowym pornie na łonie włosy rosną, pod pachą kwitnie gaj, więc aktorzy płci obojga byli raczej puchaci. Podczas jednej ze scen seksu oralnego, gdzie pan zaspokajał panią, zapytałam mojego partnera, jak zareagowałby, gdyby podczas naszej pierwszej wspólnej nocy zobaczył pomiędzy moimi nogami taki busz. „Najprawdopodobniej próbowałbym się z tego, jakoś wymiksować, wiesz – mleko na gazie…”.

    „Okej, po pierwsze – teraz widzisz, jaka jestem fantastyczna i gdybyś po prostu zwiał, pozbawiłbyś się mnie na zawsze” – pomyślałam najpierw. A potem złowieszczo zaprorokowałam: „Poczekaj, poczekaj – nawet, jak się zapuszczę, to i tak zjesz…”. Na głos rzekłam tylko: „Cóż, a tak właśnie wyglądają dorosłe kobiety”. Marian coś tam bąknął, że wie, że ma świadomość, ale i tak woli żyć w bajce.

    Mimo wszystko postanowiłam sprawdzić, jak to z tym lokiem jest. Nie chodziło mi o manifest czy performance na temat pub(l)ic hair (gdyby dopuszczalna była forma „włosy pubiczne„, to bym spolonizowała). Zapragnęłam eksperymentu, również finansowego, bo – jak wiadomo – kosmetyki do depilacji kosztują. Zapragnęłam sprawdzić, jak będę się czuła z tą nieprzystawalnością kolorów góry i dołu. Niemałą rolę odegrał tu też fakt oszczędzania… czasu. Przystąpiłam do dzieła, które w tym przypadku polegało na zaniechaniu działań.

    „I gdzież są moje miękkie loki?” – pytałam samą siebie, gdy odrastająca szczecina z lubością przebijała się przez cienką bieliznę. „Ani to ładne, ani żadne” – prychałam, ale trwałam w postanowieniu. Po dwóch tygodniach zarost przeszedł przez etap brody (wiem, bo wszystkich znajomych drwali i hipsterów czochram i znam mniej-więcej proces – z twardego, kilkudniowego zarostu, broda zazwyczaj przechodzi w stan puszystości) i stał się dużo miększy, rzeczywiście „głaskalny”, miły w dotyku, a nawet (a nie mówiłam!) jadalny, ale… nie ma mowy o kręceniu loka. Czyli pewnie już nigdy nie dowiem się, jak to jest folgować największym dorosłym przyjemnościom. Bo chyba każdy ma jakiś limit długości?

    Dowiedziałam się za to zupełnie innej rzeczy. Otóż najwyraźniej zaczęłam siwieć. Ot,  tyle w temacie moich demaskacji!

    I teraz będzie kulturalna końcówka: z buntu przeciwko pełnej depilacji oraz z chęci pokazania, że nie tylko waginy się różnią, ale i miewają różne fryzurki, zrodził się Projekt Busz, którego galeria pod tym linkiem.

    [grafika wpisu via]

    This article has 7 comments

    1. Miarka wrote:

      Dla mnie gładkość, choć nęcąca, jest fizycznie niemożliwa. Syzyfowa praca, efekty niewarte wysiłku. Jak będzie mnie w przyszłości stać na lasery i fajerwerki, to chętnie wypróbuję, ale póki co – pas.
      A jakby mi facet zaczął narzekać, to odczułby efekty hipokryzji na własnej skórze. ;)

    2. Tekst bardzo ciekawy. Chociaż tytuł nieco mnie zmylił, czytając go, miałam nadzieję, że znajdę duże poparcie dla pozbywania się zbędnego owłosienia w tamtym miejscu. A tu zaskoka! Nie wiem dlaczego, ale mnie włosy w tamtym miejscu u kobiet strasznie brzydzą i chyba to się nie zmieni. Od niedawna zbieram pieniądze na fotodepilację, żeby pozbyć się ich już na zawsze, (w większym stopniu).

    3. Kinga wrote:

      podłączam się do komentarza Sylwii – jestem blondynką (całkiem jasną) natomiast brwi, rzęsy i włosy łonowe mam czarne, tak więc z moich obserwacji wynika, że kolor tego co mamy na głowie nie ma nic wspólnego z kolorem tego co mamy między nogami :)

      1. Nat wrote:

        No ja też, tylko właśnie – ja się farbuję! :)

    4. Sylwia wrote:

      Jedna uwaga co do demaskacji koloru – to akurat nie działa. Jak twierdzi moja fryzjerka mój (naturalny) kolor włosów to średni blond, natomiast włosy łonowe mam ciemne (nie czarne, ale dość ciemno brązowe). Tak więc z teorii demaskacji nici ;) Chyba są one bliższe brwią niż włosom na głowie :)

      1. Nat wrote:

        Ale u rudych ta teoria ma zastosowanie ;)

    5. Maria wrote:

      fragment o „wintydżowym pornie” mnie rozwalił!:D

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr