• 5 słów, które zabiją każdą kobietę

    Jeżeli jesteś w związku romantycznym i chcesz go utrzymać, nigdy nie wypowiadaj tych pięciu słów, po których nie ma już nic. Gwarantuję, rozbijają relacje z wyjątkową skutecznością – udowadnia to między innymi historia B.

    B. to moja koleżanka z pracy, jedna z tych, które przy pierwszym kontakcie wydają się nieprzystępne i wyniosłe, a gdy lepiej się je pozna, zostają twoimi kumpelami od niedzielnych wypadów na obiad i drinki (tak, już mamy taki mały rytuał). Okazało się, że to, co pojmowałam jako wyniosłość, jest po prostu introwertyzmem, który przy winie znika, a zastępuje go ciekawa historia. Między innymi o wypadkach miłosnych B.

    B. kiedyś dogłębnie zranił jej pierwszy (i do tej pory ostatni) chłopak – ten, dla którego rzuciła studia, wyprowadziła się do innego kraju i który – tu powinna się każdemu zapalić czerwona lampka – był jej całym światem. Od czasu rozstania była na kilku randkach, ale nie stworzyła nowego związku, bo ciągle ma w głowie te pięć słów, które lata temu  sprawiły, że jej życie straciło sens i boi się, że mogłaby znów je usłyszeć.

    Jej związek nie był dobry. Case study numer 1: B. i jej facet pojechali na jednodniowy festiwal, celowo mieli przy sobie bardzo małą sumę pieniędzy, ot, żeby starczyło na jedzenie i piwo. Na festiwalu były też stragany z rękodziełem i ciuchami, na jednym z których jej chłopak wypatrzył spodnie i koniecznie chciał je mieć. B. nie zgodziła się na sfinansowanie zakupu ze wspólnego, „jedzeniowego” budżetu, więc jak postąpił dorosły mężczyzna? Zostawił ją pośrodku pola festiwalowego i zniknął. Nie odbierał telefonu, ignorował smsy. Po kilku godzinach B. spotkała go spacerującego i żywo gawędzącego, na dodatek w objęciach, z inną dziewczyną.

    Case study numer 2: jej facet zaprosił tę dziewczynę na grilla, którego organizowali tego samego wieczoru ze współlokatorami. Dziewczynie powiedział, że B. jest jego współlokatorką. Największe poniżenie or what?!

    Case study numer 3: dziewczyna pojawiła się w ich domu również dnia następnego, ale zorientowała się, że jest tą trzecią. Uznała, że czas się z tego wykręcić. Facet B. się za to śmiertelnie obraził (na B., oczywiście), bo zaczęło mu na tej nowej zależeć.

    Nie mam wytłumaczenia na to, dlaczego B. już na etapie festiwalu nie spakowała walizek i nie ruszyła byle dalej od tego faceta. Czasu się jednak nie cofnie, a ciąg dalszy jest taki, że przy nim trwała, skazując się na sytuację, która znacznie wpłynęła na jej życie uczuciowe.

    Bo facet niedługo potem z nią zerwał, jako powód wypowiadając pięć morderczych słów: To już mnie nie bawi. Pięć słów, które oznaczają: znudziłaś mi się, bo jesteś równie interesująca, co flaki z olejem i spodziewałem się po tobie czegoś innego, a twoja obecność mnie ogranicza. Cała fraza nie musi być wypowiedziana na głos (choć w przypadku B. akurat była), bo adresatka tych słów i tak sobie resztę dopowie. I miną wieki zanim zrozumie, że problem nie tkwi w tym, że rzeczywiście jest nudna, nie ma pasji i zawłaszcza jego przestrzeń, a w tym, że po prostu nie jest odpowiednią kompanką, ale… dla niego. Te pięć głupio zestawionych słów skutecznie zabija pewność siebie i godzi w poczucie własnej wartości. Już chyba łatwiej usłyszeć, że się zbrzydło, bo z tym przynajmniej można coś zrobić. Ale w końcu powiedzieć, że zrywam z kimś, bo się zapuścił, określałoby mnie jako płytkiego bezdusznika. B. zastanawiała się tylko, jak mogłaby być bardziej fun i zaczęła ze sobą walczyć. Im bardziej walczyła, tym kończyła gorzej – albo ona osaczała potencjalnych absztyfikantów już na starcie, albo oni zaczynali ją prześladować.

    Problem tkwi w tym, że funu nie da się zdefiniować, bo nasz sposób odbierania czegoś jako zabawę jest silnie powiązany z tym, czego akurat potrzebujemy. B. gwarantowała solidną strukturę: przyjemne spędzanie czasu i poczucie bezpieczeństwa oraz przynależności. Ale do czasu aż jej partner sam na tyle się ustabilizował, że zaczęła mu się jawić jako zbędna, a bezpieczna rutyna – jako nudna. Być może jego następnym krokiem było przepuszczanie zarobionych pieniędzy z dziewczyną, która uwielbiała clubbing, narkotyki i wspólne seansy porno. Być może postawił na wygodne singielstwo. Być może… Jeżeli oglądaliście Wilka z Wall Street to wiecie, o czym mówię i jak to może wyglądać. 

    Niby związki powinny być takie fun, ale w ostatecznym rozrachunku nie są. Przecież nikt nikomu nie obiecuje, że związek to nieustająca zabawa, pozbawiona prozy życia impreza z mnóstwem niespodziewanych zwrotów akcji. Poza tym – nikt by tego nie wytrzymał. Jasne, wszyscy chcielibyśmy żyć na ciągłym romantycznym haju, ale tak się po prostu nie da. Serducha i mózgi prędzej czy później by nam powysiadały. Najbardziej ekscytujące jest to, co nowe, a gdy się uleży po prostu przestaje aż tak fascynować. Lub, gdy uznajemy, że przestaliśmy potrzebować tego, co oferuje nam ta druga osoba. Związek to po prostu praca u podstaw, orka na ugorze, czasem przeplatana obfitymi zbiorami.

    Bo tak naprawdę argument, że coś już mnie nie bawi (więc – domyśle – czas się tego pozbyć), nigdy nie definiuje adresata tych słów, a wypowiadającego je. Ludzie, z którymi wchodzimy w związki aż tak się nie zmieniają (i my sami też nie), żeby radykalnie znudnieć z dnia na dzień. Zmieniają się za to nasze potrzeby. To, że ktoś przestaje nas bawić, jest lekcją dla nas samych – że nie potrafimy sami dla siebie stanowić rozrywki, oparcia czy realizować własnego hobby. To znak że nie potrafimy zrozumieć samych siebie, czyniąc innym odpowiedzialnymi za nasz komfort. Tak, niestety, robi większość znanych mi kobiet.

    Dlatego wiem, że sama nigdy nie powiem nikomu: było tak nudno, dopóki się nie pojawiłeś. Bo dopóki jest mi ze sobą dobrze, mój związek będzie mnie bawił. Może więc powinnam zmienić tytuł tego wpisu na „Słowa, które zabiją prawie każdą kobietę”?

    [grafika wpisu via]

    This article has 5 comments

    1. Od psychologii dzieli mnie przepaść i ani przez chwilę nie będę prawił pseudoterapeutycznych dyrdymałów. Zrobiłbym tym więcej szkody niż pożytku.
      W tym tekście dla mnie istotnym jest coś zupełnie innego. Żadna, podkreślam, żadna szkoła o której w swoim 46 letnim życiu słyszałem nie uczy otwartej komunikacji i asertywności, czyli czegoś, co z założenia jest antidotum na perswazję lub słowną przemoc. Możecie na kolesiu psy powiesić, bo pewnie mu się należy i nie poddaję tego w wątpliwość, ale gdyby B. wyniosła z domu, szkoły czy szkoleń w pracy elementarną wiedzę z otwartej komunikacji, to stwierdziłaby super: źle mi z tym, co mi zrobiłeś, ale jestem ci wdzięczna, że mimo tego, iż nasze drogi rozchodzą się, to nie zaatakowałeś mnie zrzucając na mnie winę. Cieszy mnie, że mówisz, co czujesz, a nie to, że jestem taka czy owaka. Powiedziałeś, co czujesz i jestem ci wdzięczna. Posłuchaj, jak bardzo czuję się skrzywdzona. Czuję, że … itd. Możecie tego nie przyjmować do wiadomości, on rzeczywiście użył komunikatu „ja” i nic nie stoi na przeszkodzie, by „B” zrobiła to samo. Pamiętacie Stenkę w „Nigdy w życiu” jak z tego fiuta, jej byłego wiatrak zrobiła komunikatem „ja”. Ta scena to materiał szkoleniowy na całe życie.
      I na koniec odezwa: kurna, SZKOŁO, zamiast pier… o czym myślał Słowacki, naucz ludzi mówić, co rzeczywiście myślą, w taki sposób, który nie zrani innych.

      1. Jestem stokroć za!!!
        /nauczycielka/

    2. strzygamama wrote:

      Notka mądra, ale… może się wydawać, ze znając mechanizm potrafimy się przed nim bronić. W jakimś stopniu pewnie tak, jest łatwiej. Ale jeśli wejdziemy mocno w związek, jeśli nam zależy, to żadne tłumaczenie sobie, że „te słowa świadczą o nim, nie o mnie” nie są dość dobrym pocieszeniem. :)

    3. tatsu wrote:

      Się naprawdę zastanawiam, po kiego grzyba się ta B. tego idioty niedorosłego uczepiła za wszelką cenę? Też miałam trochę związków z przeróżnymi facetami, ale jak mi jeden wypalił, że dla niego mam natychmiast zrezygnować ze swoich znajomych (wszystkich bez wyjątku) i skupić się tylko na nim (on, oczywiście z kumplami i kumpelami swoimi nadal by się spotykał), to popukałam się w czoło i pokazałam mu bramkę nr 1. Inny, co próbował żyć na dwa fronty też szybko odszedł w niebyt. Niestety, nie pozwolę się traktować, jak szmata, jak niewolnik, z którym można robić wszystko i rozkazać mu wszystko, co tylko przyjdzie do głowy. Trzeba mieć do siebie szacunek. I nie, nie jestem przebojową, zajefajną babką, co ma wszystko. Wręcz przeciwnie ;) Ale czego, jak czego, szacunku do siebie nigdy nie straciłam i nie stracę w imię jakiegoś związku z chłoptasiem, który musi mieć „fun”, bo inaczej się nudzi.

    4. Annapurna wrote:

      Bardzo mądra notka. Mam nadzieję, że komuś otworzy oczy i uratuje od nieszczęścia jakie spotkało B. :)

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr