• Dlaczego mnie nie chcesz?!

    Bardzo łatwo jest wywnioskować, że za seks ktoś jest nam winny związek. Ale tak samo, jak seksem nikogo przy sobie nie zatrzymasz, tak seksem go nie przekonasz, że powinien z tobą być.

    Możemy uśmiechać się od ucha do ucha na swój widok w lustrze, wierzyć w swoje talenty i możliwości, ale oszalejemy, gdy ktoś odmówi nam… związku. Albo przynajmniej nie potwierdzi, że takowy mógłby zaistnieć, niezależnie czy tego chcemy, czy nie. Brzmi znajomo?

    To szaleństwo nie będzie bynajmniej oznaką złamanego serca, a urażonej dumy, która jest dużo gorsza, bo wywołuje wściekłość. Złamane serce – smutek. Smutek ma jednak to do siebie, że wymaga odosobnienia i czasu. Urażona duma i wściekłość łakną zemsty.

    Przecież tak łatwo mnie chcieć!

    Kiedy ktoś odmawia – czy to werbalnie, czy przez klasyczną strategię unikania – najtrudniej chyba przeboleć fakt, że nie udało mu się zauważyć tych pokładów wspaniałości, które mamy w sobie. Przeszkadza nam to, że nie zaufał nam na tyle, by wpuścić nas do swojego życia i podzielić się czymś więcej niż tylko łóżkiem. Bardzo często nie dopuszczamy do siebie myśli, że inni jeszcze nie odkryli w nas tej doskonałości, którą mieliśmy im do zaoferowania. I chociaż podobna postawa podczas szukania pracy może nauczyć nas skromności, w relacjach międzyludzkich sprawa robi się nieco delikatniejsza. Bo oto nie stoi przed nami bezduszna korporacja, która „się nie poznała”, a żywy człowiek.

    Prawda jest taka, że bardzo często nie tyle chcemy dać siebie ludziom, którzy i tak potencjalnie do nas nie pasują, ale chcemy, by chcieli nas bardziej, a im wcześniej, tym lepiej. Jesteśmy trochę jak Lis z Małego Księcia, który prosi, aby go oswoić, chociaż Mały Książę wcale go o ten przywilej nie prosił. Teoretycznie wybieramy tych ludzi sami, a praktycznie uzależniamy od nich własne dobre samopoczucie oraz samoocenę. I jest to droga donikąd. Bo to nie tak, że kuku robią nam inni – robimy je sobie sami

    Niestety, dla wielu ludzi, z którymi się zetkniemy, seks to po prostu seks, niezależnie – orgazmiczny, świetny, czy przeciętny. To chwila absolutnego odsłonięcia się przed drugim człowiekiem, po której czasem trudno jest przejść do porządku dziennego jakby nigdy nic się nie wydarzyło.

    Przeszkadzają myśli: „Czy seks spodoba mu/jej się na tyle, że zostanie do rana?”, „Czy będzie z tego związek?”. Czy bierzemy wtedy czynny udział w seksie, czy raczej przypatrujemy się mu gdzieś z boku, zastanawiając się nad wrażeniem, które wywołuje nasz „występ”?

    I to nie tak, że pewnym siebie ludziom się to nie zdarza, bo pewność siebie to po prostu wiara we własne możliwości. Pewność siebie wcale nie opiera się na bezkrytycznym podchodzeniu do siebie jako już idealnej całości – ona popycha nas do ciągłego samodoskonalenia. Opiera się ona na zaufaniu do samego siebie i względem wyborów, których się dokonuje. Oczywiście, ona sprawia też, że czujemy się dobrze nago. Ale nie czarujmy się, często pewność siebie idzie w parze z wrażliwością i… podatnością na zranienia.

    Ludzie wrażliwi (pisałam o nich między innymi tutaj), i nie mylmy wrażliwości z niskim poczuciem własnej wartości, bardzo często popełniają ten błąd, że chcą dać wszystko tym, którzy jeszcze nie zasłużyli na pełne zaufanie. Wewnętrzna wrażliwość sprawia, że znacznie przeceniamy znaczenie pierwszego pocałunku czy seksu z daną osobą. Sprawia, że mylimy podniecenie z zakochaniem. Sprawia, że przywiązujemy się nazbyt szybko. I za wszelką cenę chcemy zadowolić tę drugą osobę, zapominając o zadowalaniu siebie. A potem dziwimy się, że ta druga osoba wcale nie chce być zadowalana, albo co gorsza – nie robi dla nas tego samego.

    Nie zrozumcie mnie źle – nie ma nic złego w chęci czynienia innych szczęśliwymi, czy to w łóżku, czy poza nim. Jest tylko jeden warunek: nie możemy przy tym zapominać o dbaniu o własne szczęście.

    I co dalej?

    Rozwiązanie jest jedno: wystarczy od początku trzeźwo podejść do swoich oczekiwań. I nie tyle po to, by nie godzić się na nic mniej, ale po to, żeby je gdzieś tam z tyłu głowy namierzyć i nie zwalać wszystkiego na depresję poorgazmową czy tę sukę, oksytocynę. Racjonalne podejście do własnych oczekiwań i takie wewnętrzne skomunikowanie się ze sobą, paradoksalnie, wielu osobom pozwala docenić chwilę i to, co „tu i teraz” – niezależnie czy jest to randka w barze, czy taka rozbierana, i traktować to, co się dzieje jak dobrą zabawę. W końcu jako ludzie bywamy skomplikowani, więc możemy mieć jednocześnie ochotę zestarzeć się z danym człowiekiem, ale też rozebrać go jak najszybciej. Co jest bardziej namacalne? Nagość, duuuh… Oczywiście, że to, co może zdarzyć się w perspektywie krótkoterminowej. Odkładając rzeczy, na które mamy ochotę (czyli zobaczenie tego drugiego człowieka nago) do czasu aż „będzie z tego związek” wyrządzamy sobie niedźwiedzią przysługę. Bo związku może z tego nigdy nie być. Ale czy sam zabawowy aspekt gry w seks i uwodzenie nie jest wart uwagi? Czasem warto pomyśleć o seksie dla seksu, a nie o seksie w służbie potencjalnej miłości. I wcale nie dlatego, że możemy go użyć po to, by kogoś do siebie przywiązać, bo jest to tak samo słabe jak nagradzanie kogoś seksem oralnym za umycie garów. W końcu w dzisiejszych zepsutych czasach trudniej bywa o seks niż o związek.

    No i jeszcze jedno: bycie pożądanym cieleśnie, a nie tylko intelektualnie czy związkowo, to też fajne uczucie. Polecam każdemu. Nawet jeżeli jesteśmy na tyle niszowi, że nie każdy będzie nas pożądał.

    [okładka wpisu]

    P. S. Mało ci? No to przeczytaj jeszcze, dlaczego seks nie definiuje związku.

    P. S. 2. Wiesz, że mój newsletter jest najseksowniejszy w sieci? Znajdziesz w nim treści niepublikowane na blogu, zapowiedzi kolejnych Proseksualnych Akademii Testerów oraz nowinki z różowej branży. Tylko subskrybować!

    This article has 16 comments

    1. XYZ wrote:

      Espelii chodzi raczej o pewną głębię jaka wiążę się z seksem dla niektórych ludzi.
      Jedni będą seks traktować jaką zwykłą zabawę (jak gra w berka, o której pisze Freya), w której mogą uczestniczyć z kimkolwiek kogo w jakikolwiek sposób „lubią”. „Naprawdę można uprawiać dużo seksu z dużą ilością ludzi i mieć dużo szacunku wobec siebie samego i innych ludzi.”
      Gratuluję tym, którzy tak potrafią, „uprawiać seks” z obcą osobą, gdzie jedynym łącznikiem jest potrzeba jak u zwierzęcia, której nie potrafi się powstrzymać wywołana jedynie wzajemną atrakcyjnością fizyczną. Dla mnie jest to prostackie i powierzchowne podejście do seksu, i traktowanie go właśnie jako nic więcej nie niosącej i nie znaczącej zabawy. I jednocześnie uważam to właśnie, za brak szacunku do siebie i innych, bo to jest traktowanie siebie i kogoś jako źródła zapewnienia sobie przyjemności, gdzie ciała obu osób są jedynie narzędziami do jej osiągnięcia. Nie ma w tym żadnej bliskości ani więzi z drugim człowiekiem. Jedno i drugie jest wtedy tylko przedmiotem, ale skoro są tacy którzy lubią być traktowanie przedmiotowo… W przeciwieństwie z kolei do „kochania się” z drugą osobą, która jest bliska i z którą łączy człowieka więź emocjonalna i psychiczna, uczucia, pewna głębia, a atrakcyjność fizyczna nie jest wtedy najważniejsza.
      Ktoś, kto lubi seks i opiera go na wzajemnej atrakcyjność, jest bliższy zdradzie i bardziej jej podatny, gdy tej atrakcyjności zabraknie albo się wypali.

      1. Nat wrote:

        Czy podejście na „oceniającą pizdę” wynika tylko z tego, że ktoś ma czelność uprawiać seks inaczej niż Ty sobie tego życzysz?

    2. zbyszko z londynu wrote:

      Ja moze starej daty jestem ale dla mnie seks bez milosci to zwykle pierdo***e.

    3. Justyna S. wrote:

      Ja sie zasadniczo zgadzam z tym, że trzeba się skomunikować ze sobą i ze swoimi oczekiwaniami oraz z oczekiwaniami tej drugiej osoby. Jeśli się rozmijają – ja chcę tylko seksu, a ta druga osoba chce związku (albo odwrotnie) to decydowanie się na seks jest szkodliwe dla obydwu osób oraz wzajemnej ich relacji. Seks (chociaż to bardzo fajna sprawa) nie jest zazwyczaj wart przykrości, wynikającej z tego, że ktoś, na kim Ci zależy, chciał się tylko pieprzyć (a skoro tylko pieprzyć, to zwykle szybko już nawet pieprzyć się nie chce) – i bardzo uderza to jednak w pewność siebie. Nie jest też wart tego uczucia mordowania małego króliczka, które mam, kiedy muszę powiedzieć osobie, która ewidentnie ma wobec mnie jakieś uczucia i oczekiwania, że „stara/y, nic z tego nie będzie, przepraszam, jeśli się źle zrozumieliśmy”. Jak chcesz związku i poważnej relacji, to powiedz, że chcesz związku i poważnej relacji, sobie i partnerowi/-rce, a jak chcesz się niezobowiązująco poruchać, to też nie zapomnij o tym wspomnieć. Gdyby wszyscy tak robili, życie byłoby o wiele prostsze.

    4. anuszka wrote:

      „Odkładając rzeczy, na które mamy ochotę (czyli zobaczenie tego drugiego człowieka nago) do czasu aż „będzie z tego związek” wyrządzamy sobie niedźwiedzią przysługę. (…) Czasem warto pomyśleć o seksie dla seksu, a nie o seksie w służbie potencjalnej miłości.”

      Dziwne, że dla mężczyzn to oczywiste, a kobietom trzeba takie rzeczy tłumaczyć.

      Ileż nawkładano nam do głów, żeby osiągnąć taki efekt…

    5. Heira wrote:

      Mam sprawdzony sposób na to, żeby się nie zastanawiać czy z tego seksu będzie związek. Jest związek – jest seks, nie ma związku… Oszczędzam sobie rozczarowania. Działa nieźle.

    6. Nat, ukłony za ten tekst. BARDZO rzeczowy, refleksyjny, t e r a p e u t y c z n y. Esencja tego nad czym i jak pracuję z moimi klient(k)ami.

    7. Pat wrote:

      Chyba trudniej o związek, niż o seks ;)

      Ale… Każdy ma inną prespektywę.

      1. marcepun wrote:

        podzielam opinię

    8. em wrote:

      Bardzo zwięźle i bardzo w punkt, suka oksytocyna….. Mam nadzieję, że od Ciebie pierwszej dowiem się, gdy wymyślą na nią jakieś lekarstwo.

    9. espelia wrote:

      Wydaje mi się, że jak ktoś idzie do łóżka z nowo poznanym człowiekiem, to nie ma prawa czuć urażonej dumy, że to nie zamieniło się w związek. Powinien za to czuć ogromną plamę na honorze za to, że tak wspaniałą i ważną w związku sprawę jest w stanie dać byle komu.

      1. Freya wrote:

        Nie każdy seks traktuje jak „dawanie siebie” (w Twojej interpretacji brzmi to jak wyrywanie sobie jakiegoś mięsnego kawałka i z pełnym poświęceniem „oddanie go” komuś na wieki wieków, a jak ten ktoś tego kawałka nie będzie niańczył do końca życia, to na zawsze będzie się czuło potworną i bolącą wyrwę oraz społeczny ostracyzm). Niektórzy seks traktują jak zabawę i przyjemność dla świadomych i w pełni zgodnych co do zamiarów ludzi. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego ludzie tak łatwo wciskają innym swój punkt widzenia, do tego jeszcze w tak protekcjonalny sposób… „powinien czuć ogromną plamę na honorze”… Pff… i nazywanie kogoś „byle kim” dlatego, że lubi seks-nie-tylko-z-żoną/mężem?

        1. espelia wrote:

          Jeżeli ktoś traktuje seks jak zabawę, wysyła taki sygnał innym ludziom, to niech się zwyczajnie nie dziwi, że jest jak zabawka traktowany. Seks nie jest zabawą, wiedzą to ludzie w stałych związkach. Gdyby był, zdrada nie byłaby tak wielką tragedią. Seks ma dla ludzi gigantyczne znaczenie, ale jeżeli sama traktuję go powierzchownie, jako przygodę, to nie mam prawa się dziwić, że ktoś równie powierzchownie traktuje mnie. To tak jak pójść szukać męża z cyckami/tyłkiem na wierzchu do klubu i się dziwić, że pochodzą sami wpół pijani faceci, co im tylko w głowie bzykanie. Ludzie odbierają nas tak, jak się im pokazujemy. Jeżeli pokażesz się jako łatwa, to który facet Cię ze chce? Kto chce mieć łatwą laskę?

        2. Nat wrote:

          Espelia, Twoje opinie są krzywdzące zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Dlaczego uważasz, że ludzie są gorsi, bo mają inne postrzeganie seksu i związków niż Ty?

        3. Freya wrote:

          Jestem w długim, stałym związku, sformalizowanym zresztą i dla mnie seks jest zabawą. Fakt faktem bawię się tak tylko z mężem, a on tylko ze mną, ale to dlatego, że tak MY ustaliliśmy i tak NAM pasuje. Póki co ;). A miała być wakacyjna miłość i niezobowiązujący seks. Okazaliśmy się oboje dojrzali i nie oceniliśmy się jako „zabawki”, a wzajemne zainteresowanie sobą, nawet już po konsumpcji, z czasem przerodziło się w fantastyczny związek. Zdrada a bycie w otwartym związku lub bycie singlem i uprawianie seksu kiedy i z kim się ma ochotę to jednak zdecydowana różnica, zależna tylko i wyłącznie od jednostki, o czym świadczy chociażby to że zdradę każdy definiuje inaczej. Zresztą, po co ja się w ogóle produkuję, to że bawię się z kimś w berka nie oznacza, że ten ktoś jest zabawką i wolno mi z nim robić co mi się podoba i szastać w jego stronę bezpodstawnymi opiniami. Naprawdę można uprawiać dużo seksu z dużą ilością ludzi i mieć dużo szacunku wobec siebie samego i innych ludzi. Świat nie jest czarno biały. Lubienie seksu nie sprawia, że człowiek jest złym człowiekiem. Lubienie seksu nie sprawia, że jest się „łatwym”. Lubienie seksu nie znaczy, że będzie się zdradzało stałego partnera. Wystarczy być dojrzałym, świadomym i odpowiedzialnym człowiekiem. Lubienie seksu tego nie niweluje.

        4. Nat wrote:

          Amen, Freya!

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr