• „Pleasure box” – mój sposób na ulepszenie związku

    W stałych związkach, zwłaszcza gdy już ze sobą mieszkamy, łatwo ulec złudzeniu, że przeglądanie internetów na swoich laptopach, ale w jednym pokoju = robienie czegoś razem. Skoro już partner/ka zaklepany/zaklepana nie ma co się wysilać, prawda? Nic bardziej mylnego. Oczywiście, fajnie byłoby pójść na randkę, ale zawsze wykręcimy się brakiem czasu, brakiem gotówki czy pogodą za oknem. Gdy razem z Marianem zaczęliśmy ulegać temu schematowi, wymyśliliśmy „pleasure box” i „czas my” – dwa elementy, które naprawdę się sprawdzają.

    „Czas my” zagościł w moim związkowym słowniku podczas planowania urlopu – jako miejsca dosyć aktywnego wypoczynku wybraliśmy dwa kraje, a podział był taki, że każde z nas planuje zajęcia w jednym z nich. Gdy ustalałam harmonogram pierwszego wypadu, Marian ostrzegł mnie, że oprócz „zaliczania” kolejnych atrakcji, chciałby, żeby znalazło się miejsce na „czas my„, czyli coś, co pozwoli nam skupić się nie na fotografowaniu zabytków, ale na sobie nawzajem. Pomysłowi przyklasnęłam i od tego czasu, gdy któreś z nas zaczyna czuć, że jesteśmy razem, a jednak obok siebie, zarządza „czas my„.

    Przybiera on różne formy, od zorganizowanej randki po spontaniczny filmowy maraton. Ostatni – a oglądaliśmy tryptyk Przed wschodem słońca, Przed zachodem słońca i Przed północą, czyli filmy typowo „gadane” o europejskich, słodko-gorzkich zakończeniach – sprawił, że sami, równolegle z bohaterami, przegadaliśmy wiele aspektów bycia razem. I to jest właśnie w „czasie my” najlepsze – ta niewiadoma, w którą stronę ostatecznie się popłynie.

    Usłyszałam niedawno historię pewnej pary, która nie przetrwała próby czasu z bardzo prostej przyczyny: braku ekscytacji na co dzień oraz wyobrażenia, że popołudniowe czytanie książek na jednej kanapie (czyli wersja vintage buszowania po internetach w tym samym pomieszczeniu) jest równoznaczne z wyprawą z plecakami przez Chile, którą zaliczyli dwa lata wcześniej i wystarczy, by się (ze sobą) nie zanudzić. Każda serotonina w końcu się w organizmie rozłoży, dlatego w związkach powinniśmy dbać o stały jej dopływ – zwłaszcza robiąc coś wspólnie. Wówczas kojarzymy szczęście z tymi, którzy towarzyszą naszemu kolekcjonowaniu pozytywnych przeżyć.

    „Pleasure box”, choć brzmi jak nazwa zestawu gadżetów erotycznych, jest czymś, co służy, póki co, moim i Mariana rozkoszom pozasypialnianym. Nasze pudełko to raczej „pudełko NA przyjemności„, do którego trafiają pieniądze z dodatkowych fuch i te zarobione razem. Ich przeznaczenie jest proste: wydajemy je na przyjemności wspólne, bez wyjątku – nie ma podbierania na codzienne wydatki, paliwo, prezenty dla znajomych czy nowy gadżet. Te pieniądze wspomagają, no właśnie, „czas my„: wizytę w parku rozrywki, wypad do restauracji, aktywności w różnym stopniu ekscytujące. Jutro na przykład, jako typowi użytkownicy Blackberry, idziemy na przedpremierowy pokaz filmu jOBS.

    Zarządzanie pudełkowym budżetem to żadna sztuka, w końcu posiadanie „pudełka na przyjemności” opiera się na bardzo prostych zasadach. Być może dla mnie to ostatni krok przed założeniem wspólnego konta w banku? Jestem jednak przekonana, że „box” zadziałałby również w przypadku par, które już dawno zrzekły się indywidualnych budżetów. Wygospodarowanie małej części z dochodów jest szalenie proste – w tej kwestii nie uwierzę narzekaniom na zbyt małe dochody, bo aby przeprowadzić taką mini (r)ewolucję wystarczy na przykład ustalić między sobą miesięczną składkę lub wprowadzić regułę, że każda pięciozłotówka reszty ze wspólnych zakupów trafia do skarbonki i jest tam zamrażana w wiadomym celu. Najlepiej dostosować „pleasure box” do swoich możliwości finansowych, bo i same przyjemności wcale nie muszą kosztować dużo.

    Ważne, aby cieszyły obydwoje.

    Zdradzisz mi swój sposób na menedżerowanie wspólnym czasem?

    [grafika wpisu via]

    This article has 3 comments

    1. […] Następnie odkryłam, że dużo częściej flirtuję z wszystkimi naokoło (ekspedientami w sklepach, moimi klientami czy współpracownikami) niż z własnym facetem. Wpadłam w pułapkę związkowych rozmów „użytkowych”, typu, gdzie i co zjemy na kolację, jak spędzimy weekend. Nie było miejsca na to wszystko, co podtrzymuje ogień: sprośne gadki, komplementy. Analizując tę związkową codzienność, wnioskowałam, że wszystko jest w porządku: Marian jest nakarmiony, nie ma mokro, zapewniłam mu rozrywkę, bo poszliśmy na wystawę i nauczyliśmy się kilku nowych słówek; bynajmniej nie czułych i nie zaczynających się na literę „K”. Przy okazji, będąc z moim facetem, cały czas dumałam, że muszę zmienić pracę, znaleźć ładniejsze mieszkanie i może dorobić gdzieś na waciki. Tak, ja – orędowniczka „czasu my„. […]

    2. […] monopolu, czyli byciem skazanym na siebie 24h na dobę? Wczasy to ekstremalny przykład „czasu my„, więc na to mam tylko jeden sposób – wprowadzenie „czasu ja„. Właśnie […]

    3. Margaret wrote:

      Świetny pomysł z tym odkładaniem kasy na różne wypady. I cały post taki na czasie, bo przygniotło nas ostatnio codzienne „robienieczegośrazemajednakwcalenie”. To także ulga, że nie tylko my tak mamy. Uff…

    Dodaj komentarz

    • RSS
    • Newsletter
    • Facebook
    • Twitter
    • Tumblr