Historie waszych randek | Rozstrzygnięcie konkursu z „50 twarzami Tindera”

Historie waszych randek | Rozstrzygnięcie konkursu z „50 twarzami Tindera”

Nie będę owijać w bawełnę – okazuje się, że ludzie mają za sobą więcej nieudanych randek niż tych udanych…

Kiedy na Facebooku i Instagramie ogłosiłam konkurs, w którym do wygrania były egzemplarze książki Joanny Jędrusik 50 twarzy Tindera, spodziewałam się, że zaleje mnie fala zgłoszeń. Że będziecie opisywać wielkie gesty – wypady w nieznane, wystawanie z boomboksem pod czyimś oknem, pocałunki w rzęsistym deszczu. Że przywrócicie mi wiarę w romantyczne randki, udowodnicie, że jest nadzieja w narodzie.

Zalała mnie za to zupełnie inna fala – fala opowieści o randkach nieudanych. O ludziach, którzy nie umieli się zachować. O artyst(k)ach podrywu. Odczułam więc na własnej skórze i na własne oczy przekonałam się, że beznadzieja kocha towarzystwo.

Żeby była jasność – na Facebooku poprosiłam o podzielenie się historiami udanych randek, zaś na Instagramie – tych nieudanych. I kiedy moja instagramowa skrzynka zapełniała się opowieściami, w komentarzach pod facebookowym postem hulał wiatr.

Zrobiło mi się smutno, że ludzie najwidoczniej nie mają za sobą randek, którymi mogliby pochwalić się randomowej blogerce. A potem pomyślałam sobie, że może jednak nie chwalą się, bo była to randka z kimś, z kim dawno już nie utrzymują kontaktu? Może nie chcą, żeby obecnej osobie partnerskiej było przykro, że nie spełniła ich fantazji o wystawaniu pod oknem z boomboksem? A może po prostu są to historie z cyklu: „trzeba tam być, by to zrozumieć”? Tego już raczej się nie dowiem.

Ale już przejdę do rzeczy – oto nagrodzone historie waszych randek:

Randki udane…

Chyba najlepszą moją randką było oprowadzanie po warszawskiej Pradze. Wiesz, tej brudnej, odrapanej i jakby nie patrzeć czasem nie pachnącej fiołkami Pradze Północ. Wbrew stereotypom, ani ja ani współrandkowicz w dziób nie dostaliśmy (no chyba, że sobie nawzajem daliśmy. W dziób.). Pamiętam z tego zwiedzania okropnie tłuste pierogi w barze na Ząbkowskiej. I klatkę schodową na Kłopotowskiego (wpisz w google, serio serio!). 
Próby zaimponowania mi gwarą warszawską też jakieś nieśmiałe były, ale że mój ojciec tą gwarą mówił i ja za dzieciaka takoż, to wyszło odwrotnie :D 
Kurcze, fajnie było. :)

Natalia

Natalia udowodniła, że wcale nie musi być pięknie i glamour, żeby było fajnie i ja to doceniam. Sama bym się przeszła zobaczyć tę klatkę. Wygooglałam!

Najlepsza randka mojego życia miała miejsce w 2002 roku (tak dawno niestety), kiedy to poderwałam przewodnika wycieczki po Francji, w której brałam udział. Nie mam pojęcia, jak mi się udał ten wyczyn, bo nie miałam wtedy zbyt wielkiego doświadczenia w podrywaniu kogokolwiek. Chodziliśmy po Paryżu nocą, m.in. odwiedzając muzeum seksu i jedząc lody Häagen Dazs, które wtedy jeszcze były w Polsce niedostępne. Nie muszę dodawać, że większość uczestników wycieczki patrzyła na nas z potępieniem. Od tego czasu już tylko standardowe, klasyczne randki…

Paweł, jeśli to czytasz, pozdrawiam, miło wspominam ;).

Agnieszka

Pamiętajcie, że nawet zwykłe rzeczy robione w niezwykłym miejscu mogą okazać się czymś, co po latach będziecie wspominać z przyjemnością. Serio, następnym razem, kiedy będziecie podróżować z bliską osobą, pomyślcie o doświadczaniu nowego miejsca jak o randkach, nie zaś zwiedzaniu. Albo pójdźcie na randkę po całym dniu zwiedzania!

Niecałe dwa lata temu, gdy po nieprzespanej nocy ;) poszliśmy na randkę na Paradę Równości, każdy z nas po raz pierwszy. Świetne przeżycia, mega ciekawe doświadczenie, ludzie, kolory, wow!, a teraz to dla nas już rytuał, tak sobie obchodzimy rocznice.

Aleks

Chyba domyślam się, dlaczego noc była nieprzespana! Poza tym nie mogłam nie nagrodzić kogoś, kto rocznicę obchodzi na Paradzie Równości. Parady Równości są, kurde, ważne. Dlatego wpłacam datki na organizowanie tęczowych parad w różnych miastach, ostatnio np. na raj w Krakowie, a w lipcu poprowadzę warsztaty podczas Poznań Pride Week. Wstaw tęczę i się dogadamy!

… i te mniej udane

Umówiłam się z kolesiem przez Tindera, na zdjęciach mi się mega podobał. Miał oszczędny opis, który jednak nie wzbudził u mnie żadnych obaw. Jakoś szybko przeszliśmy do wysyłania sobie wiadomości, co lubimy robić w łóżku, to szybko przeszło w pisanie o tym, co chcielibyśmy robić razem, umówiliśmy się na wieczór u mnie.

Wyszłam po niego na zewnątrz, bo do mojego mieszkania niełatwo trafić, ale nie zauważyłam nikogo z tinderowego zdjęcia. Za to zawołał za mną ktoś wyglądający jakoś inaczej… Tak ze 30 kg później, włosy jakieś inne, twarz bez okularów, zupełnie nie ten typ i nie mój typ. Byłam w ogromnym szoku i pomyślałam, że może źle zapamiętałam to zdjęcie z Tindera i głupio mi było spytać: „Halo, dlaczego wyglądasz inaczej!?”, i zaprosiłam go do mieszkania na herbatę, zamierzając go zbyć dość szybko, ale nie chcąc odmawiać mu zupełnie randki. 

U mnie w pokoju spytał, czy plakat Vampire Weekend ma coś wspólnego z disco-polo (którego nie znoszę). Zrobiłam mu herbatę i siadłam na krześle, po tym jak on siadł na łóżku. Rozmowa nam się nie kleiła, mówił coś o tym, że lubi chodzić na imprezy do klubów, ale wyszło, że do zupełnie innych niż ja. Włączyłam muzykę, on w którymś momencie spytał, czy chcę zatańczyć, a ja zdecydowanie odmówiłam. Chyba zrozumiał, że jednak nie jestem zainteresowana i szybko się zmył. 

Jeszcze przez tydzień byłam w takim szoku, że wyglądał na zdjęciach zupełnie inaczej niż na profilu, że wszystkich innych kolegów z Tindera pytałam, czy się zawiedli, kiedy zobaczyli mnie na żywo. Na szczęście, okazało się, że ja wyglądam zgodnie z profilem (tylko czasem zdarza mi się szminka na zębach).

Asia Lew

Historii, w których nastąpiła niezgodność „towaru” ze zdjęciem otrzymałam całkiem sporo. Jaka płynie z tego nauka? No, taka, że wszystkie i wszyscy wiemy, że w aplikacjach randkowych i ogólnie – w internetach większość osób publikuje zdjęcia, na których wygląda korzystnie. I w ramach niepisanej umowy internetowo-społecznej się na to godzimy i to rozumiemy. Ale jest osobne miejsce w tinderowym piekle dla ludzi, którzy zamieszczają cudze zdjęcia lub fotografie tak przerobione, że nie da się ich rozpoznać i myślą, że druga strona się nie połapie, że coś tu nie gra.

Zapowiadało się całkiem przyjemnie, mężczyzna po 30, wiedział, czego chce. Nasze spotkanie miało na celu bliższe poznanie i następnie ustalenie, czy chcemy nawzajem się zaspokoić. Przyjemna knajpka na starówce, kilka drinków (które tylko ja piłam).

Gdy spotkanie miało się przenieść w miejsce bardziej komfortowe do uniesień, wsiedlismy do samochodu i zaczęliśmy się całować. Dotykał moich kolan i nagle wybiegł z samochodu, podobno za nagłą potrzebą. Wrócił z poplamionymi spodniami. Następnego dnia przyznał się, że ta plama to była sperma…

Monika

Co tu się zadziało? Serio, chciałabym wiedzieć, bo w głowie mam jakieś trzy scenariusze i żaden z nich nie jest piękny.

Hej, jeżeli jesteś na randce i robi się porno i duszno, a znasz swoje ciało na tyle, że wiesz, że zaraz wystrzelisz, poproś drugą osobę o zwolnienie tempa. Nie masturbuj się w krzakach, nie myśl o obrzydliwościach i nie udawaj, że to żel do włosów.

W życiu przeżyłam trochę randek, ale tej jednej chyba nigdy nie zapomnę. Otóż plan na randkę był taki, że zobaczę się z facetem w piątek (weekendu początek) i będzie mnie uczył gry w szachy (jak bardzo czasami trzeba się poświęcić, żeby facet był nami zainteresowany), a potem obejrzymy jakiś film. 

Problemy zaczęły się już w piątek rano, bo on jest przeziębiony i nawet wziął L4 w pracy, żeby nikogo nie zarażać, to może i randkę przełożymy.
Przyznam szczerze, że trochę mnie tym zirytował, bo ja całe plany pod niego układałam, nawet te szachy kupiłam, a on w ostatniej chwili zrezygnował. Oczywiście powiedziałam mu, żeby się nie przejmował, wpadnę, żeby mu herbatkę zaparzyć itd.

Trochę mi się plany poprzesuwały, więc napisałam mu, że się sporo spóźnię, więc w pewnym momencie zadzwonił do mnie i stwierdził, że jak nie przyjdę w ciągu 10 minut, to mi nie otworzy (sic!), a ja byłam 15 minut pieszo od jego mieszkania, w śniegu deszczu i zawierusze (otworzył mi, bo wiedział, że jak tego nie zrobi to go zamorduję). Potem grając w szachy tak się zmęczył, że stwierdził, że chce sprawdzić ile ma gorączki – miał 36,7°C (serio!).

Ostatecznie obejrzeliśmy film (jedyny pozytywny aspekt całej tej randki), a na końcu uznał, że odwiezie mnie do mieszkania, ale jęczał przy tym tak bardzo, że mu zimno, że mu źle, że ostatecznie już nigdy się z nim nie spotkałam. 

A i termometr, którym sprawdzał temperaturę, był mój. Też go nigdy nie odzyskałam (w sumie żadna strata).

Klaudia

Morał z historii Klaudii jest taki: jeżeli nie masz mocy czasowych czy emocjonalnych na randkę, po prostu ją odwołaj. Miej odwagę powiedzieć drugiej osobie, że nie możesz się z nią zobaczyć i nie wymyślaj chorób czy wymówek, licząc, że druga strona podejmie za ciebie decyzję i się z tego wymiksuje.

Tak na marginesie – lista rzeczy, które robiłam i którymi udawałam zainteresowanie tylko po to, żeby zaimponować drugiej osobie lub ją sobą zainteresować, jest długa. I powiem wam, że nie było warto. Bo udawane zainteresowanie prędzej czy później kopnie nas w tyłek, a pielęgnowanie w sobie cudzych zainteresowań jest męczące i często nie zostawia miejsca na własne.

Dziś żodyn by mnie nie przekonał, żeby dla niego uczyć się gry w szachy. Żodyn!

okładka wpisu: Hanna Postova via Unsplash

3 komentarze

Zostaw komentarz
  1. Kazimierz

    29 maja 2019 at 23:49

    Mam szczęście. Nigdy nie byłem na żadnej randce, a mam trzydzieści lat :)

  2. katmaz

    24 maja 2019 at 13:09

    Skoro tak mało tych pozytywnych opowieści, to dodam swoje. Wszystkie moje randki były z Tindera, z pierwszym i drugim facetem spotkałam się jakość po tygodniu pisania, jeśli chodzi o część randkową spotkań, tzn. rozmowa w knajpie lub rozmowa w mieszkaniu, było bardzo fajnie. W łóżku może już nie rewelacyjnie, ale wciąż naprawdę w porządku. Pierwsza znajomość skończyła się po jednym spotkaniu, druga po kilku, chciałam sobie dać spokój z apką, ale poznałam chłopaka, z którym przegadałam z 2 miesiące na Tinderze i Facebooku zanim się spotkaliśmy. Druga randka była zaraz po przerwie swiatecznej, kilka godzin świetnej rozmowy, zwiedzenie kilku knajp na Starym Mieście i Kazimierzu w Krakowie, przejście do drobnych pieszczot typu tulenie, głaskanie po brodzie, drapanie po rękach, pierwsze (i jak bardzo udane <3) pocałunki w całkiem sympatycznej atmosferze, bo ulice i Rynek były udekorowane świątecznymi dekoracjami świetlnymi. No i potem tulenie i całowanie pod tymi wszystkimi świecącymi kulami i choinkami, dopóki tego nie zdjęli. I tak sobie to leci do dziś.

  3. Aga

    23 maja 2019 at 21:31

    Temu choremu panu z ostatniej opowieści trochę się nie dziwię. Ewidentnie chciał odwołać albo przesunąć randkę, a tu się uparta kobita znalazła, zdesperowana chyba nawet, skoro szachy kupiła, choroby się nie przestraszyła i pojechała w deszcz i wichurę. Tylko tak czuję, że facetowi to nie było w smak, a jakoś nie ma informacji o tym, ile wynosiło to spóźnienie (bo się nagle plany poprzesuwały! no jakby się chłopu poprzesuwały to by dopiero oburz był!). I jeszcze na koniec wymuszonej randki pewnie równie wymuszona podwózka.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.